sobota, 14 lutego 2015

Chciałabym dzisiaj pokrótce przedstawić sylwetkę twórczą młodego polskiego poety – Mateusza Bruckiego, który za pomocą kilku słów skradł mi w zeszłym roku serce i duszę :-) Twórczość Bruckiego to moje wielkie zeszłoroczne odkrycie literackie, którego dokonałam – jak to zazwyczaj bywa – zupełnie przypadkiem.

Wszystko zaczęło się od „Erotyka z palcem na ustach”, na który natknęłam się któregoś razu na facebooku:

Kilka minut później wertowałam Internet w poszukiwaniu większej ilości wierszy a kiedy je znalazłam, zniknęłam ze świata rzeczywistego na dobrych kilka godzin. Weszłam w świat obezwładniającej, zmysłowej poezji Mateusza Bruckiego i już nie chciałam z niego wychodzić :-) 


"Erotyk można zacząć od rozmowy"

ON: gdybym miał cię nie kochać tego dnia jak przed snem

kiedy złote jezioro zapłonęło nam w palcach

niby iskry obrączek jak w rzucone na brzeg

pół rozmową pół szeptem zaproszenie do tańca

zmieniłbym się w mokradła co wsysają twój ślad

aż po zręby na bezwznak układanych obietnic

że jedyne co będę w stanie zburzyć to świat

obok świata co wierszem krwinki od nas odetnie

ONA: obym mogła cię kochać każdej chwili jak w noc

co zmalała nam w palcach aż do granic patrzenia

gdy wzrok rzucał się w lilie zakochane na wskroś

w ciepłych brzuchach topielic wiecznie głodnych marzenia

i zmieniła się w światło co wpuściło nam w twarz

długą smugę korzenia by ten czas już nie broczył

żebyś mógł do ostatniej tęczy krwi ze mnie rwać

czyste płatki anioła którym wierzę ci w oczy


 

Ten młody poeta (ur. 28 III 1987) pochodzi ze Starogardu Gdańskiego, gdzie pracuje jako nauczyciel języka polskiego w jednym z gimnazjów. Jest absolwentem filologii polskiej w Państwowej Wyższej Szkole Zawodowej w Elblągu. Od wielu lat związany jest z grupą Teatr Kuźnia Bracka.

Wydał dotychczas dwa tomiki poetyckie: "Wpół do wiersza" (2008) i „Nie polecam nas bogom (2010). Publikował także w różnych almanachach pokonkursowych i w pismach literackich.

 

"Erotyk po"

(według obrazu Henri Toulouse-Lautreca pt.: „Łóżko”)

a teraz

zbudźmy się na oślep

wypuśćmy słońce spod pościeli

i patrzmy jakie jest zazdrosne

że nie ma z kim tak nocy dzielić

i obiecajmy dniom zaspanym

że to się więcej nie powtórzy

na wszystkie nasze dalsze plany

których nam tyle czas nawróżył

a potem

złammy obietnicę

i znów zatajmy słońce w pościel

by wyły na mnie półksiężyce

które znów podasz mi na oścież



Brucki specjalizuje się w ekfrazie – czyli artystycznym opisie dzieła sztuki w literaturze pięknej – którą najczęściej realizuje poprzez przetworzenie rzeczywistości z obrazu na język poetycki.  Ekfrazę stosował także np. Stanisław Grochowiak.

 

"Wysmakowani"

„To wcale nie wymagało wielkiego charakteru

[...] mieliśmy odrobinę koniecznej odwagi

lecz w gruncie rzeczy była to sprawa smaku”

(Zbigniew Herbert)

jeżeli

jeszcze kiedyś będziemy się kochać

po raz pierwszy więc na czczo

żując białą noc

wsparci o chłodną ścianę lasu czy katedry

będziemy bardziej czyści i jeszcze pewniejsi

że nie ma rąk

i powiek na to średniowiecze

które by się złożyły do pozoru nieba

wmawiając nam w nadgarstki usprawiedliwienie

za przełkniętą w pośpiechu ślinkę czy religię

 

Bardzo rzadko zdarza się, aby poezja uwiodła mnie do tego stopnia, by podczas lektury aż brakowało mi powietrza z zachwytu. Obrazy poetyckie, które tworzy Brucki pochłaniają całe moje jestestwo, każdym kolejnym słowem otwierają mnie od środka  rzeźbiąc we mnie kolejne drzwi w głąb mego serca.Tylko nielicznym dane jest dotrzeć do tak głębokich pokładów mojej wrażliwości.

 

"Erotyk na chwilę"

zapamiętana wilgoć rozpina nam usta:

to jest jak żyzny oddech jak wspomnienie morza

i skrawek galaktyki palce co się płożą

w złotowłose komety w złotogłosych muszlach

to dyskrecja bursztynu na zziębniętym piasku

albo gaszenie myśli do zlizania śladów

tylko podmuch czy odpływ grudką soli bladą

włazi pomiędzy rzęsy by tak już nie zasnąć

 

"Na moście w Tleniu"

wieczorny przelot rzeki od skrzydłami mostu

w karminy się dochwiewa nocturno błękitu

kołysanka dla chwili po sen w wodzie skrytej

niekończącej się nigdy jak prostota ostów

smyczkiem mojego czasu po samą rękojeść

zgrywam się z kwiatostanem ostatnich płomieni

czujemy się do szpiku jest niebo brak ziemi

kosmosy się zdarzają srebrzystym spokojem

 

Jeśli i Wam Mateusz Brucki skradł serce, jeśli zaciekawiła Was poezja tego niezwykle uzdolnionego młodego twórcy, zachęcam do odwiedzenia strony z wybranymi wierszami z obu wydanych jak dotąd tomików:

http://www.oko-lice-kultury.pl/folkpubs/wybrane_brucki/



12:19, weisse_taube , poezja
Link Komentarze (1) »
wtorek, 10 lutego 2015

Zbliża się termin zwrotu książek do biblioteki, więc zmusiłam się do przeczytania drugiego w moim czytelniczym życiu dzieła Wieniedikta Jerofiejewa. Po przykrych doświadczeniach z „Zapiskami psychopaty” nie bardzo miałam ochotę na kolejne pijackie wywody ale cóż… Zawzięłam się i przeczytałam.

To nie będzie długa recenzja, bo i pisać nie mam za bardzo o czym. Niestety proza Jerofiejewa zupełnie do mnie nie trafia.

„Moskwa – Pietuszki” to krótka, suto zakrapiana (a jakże…) historia alkoholika, który jedzie pociągiem ze stolicy Rosji do Pietuszek, gdzie czeka na niego dziewczyna i dziecko. Utwór podzielony jest na kilkanaście rozdziałów, które są jednocześnie nazwami kolejnych odcinków na trasie Dworzec Kurski w Moskwie – Dworzec w Pietuszkach. Podczas jazdy bohater pije z innymi pasażerami wódkę i prowadzi filozoficzno-polityczne dysputy.  

W tak zwanych ‘internetach’ wyczytałam same cuda na temat ‘prozy poetyckiej’, jak zwykło się określać ten utwór. Andrzej Drawicz, tłumacz Jerofiejewa określa „Moskwę…” jako arcydzieło prozy rosyjskiej i kunsztowną parabolę opisującą bezwyjściowość losu rosyjskiego. Gdzieś rzuciło mi się w oczy porównanie do drogi krzyżowej (przez wzgląd na stacje).

Na temat tego, co przeczytałam mogę niestety powiedzieć tyle samo, co jedna z prostytutek występujących w utworze, która zwraca się co Jerofiejewa następującymi słowy:

„Czytałam jeden pański kawałek. I wie pan co? Nigdy bym nie pomyślała, że na pięćdziesięciu stronach można wypisać tyle bzdur. Przecież to ponad ludzkie siły.”1

Niestety najwyraźniej brak mi oczytania, wiedzy dotyczącej sytuacji społeczno-politycznej ówczesnej Rosji jak i zrozumienia dla postawy życiowej przybieranej przez bohaterów. Z żalem stwierdzam, że nie potrafię dostrzec w prozie Jerofiejewa tkwiącej tam ponoć głębi.

To moje ostatnie spotkanie z Wieniediktem Jerofiejewem. Nie rozumiem jego prozy i nie mam ochoty próbować ponownie się w nią zagłębiać.

 

Moja ocena: 2/6


1 Wieniedikt Jerofiejew, Moskwa - Pietuszki, Wydawnictwo Literackie, Kraków 2007, str. 55


Książkę przeczytałam w ramach wyzwań czytelniczych:

* Trójka e-pik (literatura rosyjska) - w ramach nadrabiania zaległości

* Wyzwanie 2015 - przeczytana w jeden weekend



niedziela, 01 lutego 2015

Początek roku obfituje w wygrane w różnych konkursach. Najpierw kalendarz w Mydlarni u Franciszka, teraz książka od wyd. Biały Wiatr. Czekam jeszcze na wygraną w konkursie magazynu Nowa Fantastyka :-)

11:52, weisse_taube , inne
Link Komentarze (1) »
piątek, 30 stycznia 2015

Lucy Maud Montgomery miała 33 lata kiedy w czerwcu 1908 roku ukazała się „Ania z Zielonego Wzgórza”. To prawie tyle co ja, kiedy po wielu latach powróciłam do jednej z ulubionych książek dzieciństwa (czy też czasów wczesnonastoletnich).

Nieco ponad rok przed publikacją książki, 2.maja 1907r Maud wspomniała w liście do Ephraima Webera, swojego wieloletniego korespondencyjnego przyjaciela, że czeka na wydanie swojej pierwszej powieści:

„Przez całą jesień i zimę pracowałam nad książką. Nie pisnęłam o tym nikomu ani słowa, bo bardzo się bałam, iż nie znajdę dla niej wydawcy. Gdy wszystko było gotowe, posłałam egzemplarz do bostońskiego wydawnictwa, którego właścicielami są bracia L.C. Page i dwa tygodnie temu, po dwóch miesiącach oczekiwań, dostałam odpowiedź. Przyjęli książkę i oferują mi dziesięć procent zysków ze sprzedaży!”1

Praca nad książką, którą wspomina Maud nie była jednak pisaniem powieści od zera a poszerzaniem i redagowaniem wcześniejszej wersji, która powstała między wiosną 1904r a jesienią 1905r. Wtedy żaden z pięciu wydawców, którym przedstawiła swoje dzieło, nie był zainteresowany jego wydaniem, więc zniechęcona Maud wsadziła rękopis do pudła na kapelusze i schowała głęboko do szafy. Kiedy rok później robiąc w domu generalne porządki znalazła rękopis, zaczęła go podczytywać i stwierdziła, że wcale nie jest taki zły – wymaga tylko odpowiedniego dopracowania. Jednak pomimo przyjęcia książki do druku, debiutująca na rynku pisarka była pełna wątpliwości co do napisanej przez siebie powieści. Tak pisała w tym samym liście do Webera:

„Proszę nie myśleć, że oto powstała wielka powieść literatury kanadyjskiej. To jedynie książeczka dla młodzieży, a właściwie dla dziewcząt. Nie przypuszczam, by odniosła wielki sukces i nawet nie marzę o innej grupie czytelników.”2

Och, gdyby Maud wiedziała wtedy jaki los spotka jej książkę! Nawet w najśmielszych snach nie przypuszczała, że „Ania z Zielonego Wzgórza” podbije serca czytelników na całym świecie a nazwisko Lucy Maud Montgomery będzie od tej pory nierozerwalnie kojarzone z Wyspą Księcia Edwarda i literaturą kanadyjską. Już w połowie września 1908r, trzy miesiące od premiery, powieść doczekała się czwartego (!) wznowienia a pod koniec listopada szóstego.

Rudowłosa dziewczynka dorastająca w Avonlea skradła serca milionom kobiet na całej kuli ziemskiej, które uśmiechają się szeroko słysząc tytuł „Ania z Zielonego Wzgórza” i dodają: ‘wychowałam się na tej książce’. Ba! Całą serię o przygodach Ani Shirley przeczytał nawet mój firmowy informatyk! Kiedy któregoś dnia podczas rozmowy o książkach wspomniał, że czytał Anię, to widząc nasze zdziwione spojrzenia wzruszył tylko beztrosko ramionami i powiedział: ‘no co? Siostra miała to czytałem’ :-)

Była to również i moja ulubiona książka. A przynajmniej tak twierdziłam będąc w wieku wczesnoszkolnym. Tak w ogóle to dziwna historia z tą Anią, bo pytana w dzieciństwie o ulubioną książkę zawsze wymieniałam między innymi właśnie pierwszy tom przygód Ani a tak naprawdę… nigdy go do końca nie przeczytałam. Zaczynałam kilka razy, docierałam do połowy (albo i dalej) i jakoś nie miałam już ochoty czytać dalej. Za to film (ten najsłynniejszy, z 1985r z Megan Follows w roli głównej) oglądałam wielokrotnie. Później przeczytałam „Emilkę ze Srebrnego Nowiu” i to ona skradła mi serce. Nigdy nie zastanawiałam się nad tym, czemu po jakimś czasie lektura „Ani…” mnie nużyła aż do teraz, kiedy sięgnęłam po nią po tylu latach. I chyba już wiem, co jest przyczyną  :-)

A mianowicie nie jestem w stanie znieść ciągłego trajkotu głównej bohaterki. Ja rozumiem, że można być straszną gadułą ale na miłość boską, żeby aż tak?! O nie, nie… tego moja lubująca się w ciszy osoba nie zniesie. Jestem z natury osobą spokojną i małomówną, wolę słuchać i dobrze czuję się w towarzystwie przysłowiowych gaduł – ale bez przesady! Z Anią mam jeszcze dodatkowy problem w postaci jej wiecznego rozkojarzenia i roztrzepania. Są to cechy stojące w zupełnym przeciwieństwie do mojego charakteru i naprawdę ciężko było mi poskromić irytację, kiedy czytałam o kolejnych gafach Ani, popełnianych w wyniku jej skłonności do totalnego odpływania w świat marzeń. Dobrze rozumiałam załamującą nad paplaniną Ani ręce Marylę (Montgomery nadała tej postaci pewne cechy Lucy Woolner Macneill, swojej babki ze strony matki) i wielokrotnie miałam ochotę pacnąć po łbie tego małego rudzielca i powiedzieć: 'zamknijże się wreszcie'  ;-)  Przez całą książkę mocno mnie jej osoba irytowała i dlatego też nie mogę zaliczyć Ani Shirley do grona moich ulubionych bohaterek literackich. Jeśli już to znalazłoby się dla niej miejsce obok Becky Sharp/Crawley, Emmy Bovary czy Katarzyny Earnshaw czyli w niechlubnym gronie moich literackich antypatii. Ponieważ zamierzam kontynuować poznawanie losów Anny Shirley nie pozostaje mi nic innego jak mieć nadzieję, że w dalszych tomach okaże się bohaterką, którą da się jednak polubić :-)

Trzeba jednak przyznać, że Ania została także obdarzona kilkoma bardzo pozytywnymi cechami – doceniam jej dobre serce, wyobraźnię a przede wszystkim wrażliwość na piękno przyrody oraz umiejętność dostrzegania pozytywnych stron w życiu.

A dlaczego w ogóle zdecydowałam się na powrót do jednej z lektur dzieciństwa? Głównie za sprawą przeczytanej pod koniec zeszłego roku biografii Lucy Maud Montgomery autorstwa Mollie Gillen, z której dowiedziałam się nie tylko wielu ciekawych faktów na temat życia pochodzącej z Wyspy Księcia Edwarda pisarki ale także miałam okazję poznać okoliczności powstania wielu jej dzieł. Ciekawa lektura sprawiła, że postanowiłam powrócić do książek z dzieciństwa i przeczytać w tym roku wszystkie książki Montgomery w kolejności chronologicznej. 

Śliczna okładka Wydawnictwa Literackiego widniejąca w górnym lewym rogu tej recenzji została wybrana tylko i wyłącznie ze względów estetycznych. Ja czytałam swoje stare i wysłużone wydanie Naszej Księgarni z 1970 roku w tłumaczeniu R. Bernsteinowej. Język wyraźnie trąci myszką ale ma to swój urok. 

Cieszę się, że po tylu latach powróciłam na Zielone Wzgórze. Nawet jeśli tylko po to, by przekonać się, że nadal mam problemy z polubieniem jego rudowłosej mieszkanki. Nie da się jednak ukryć, że „Ania z Zielonego Wzgórza” to absolutna klasyka i grzechem byłoby jej nie znać. Jeśli w przyszłości będę miała córkę, z całą pewnością będę ją namawiać do sięgnięcia po serię o Ani. Ciekawe, jak ona ją odbierze? :-)


Moja ocena: 4/6


1 Mollie Gillen, Maud z Wyspy Księcia Edwarda, Wydawnictwo Literackie, str. 149-150

2 ibidem, str. 152

 

Książkę przeczytałam w ramach wyzwań czytelniczych:

* z własnego księgozbioru

* Trójka e-pik (własna książka, która na półce czeka już zbyt długo) – w ramach nadrabiania zaległości

* Odnajdź w sobie dziecko (książka, której bohaterką jest dziewczynka w wieku szkolnym – wydana przed 2000r)

* Wyzwanie 2015 – w tytule jest kolor


czwartek, 29 stycznia 2015

"Postać Holendra tułacza jest mitycznym poematem ludu; prastary rys natury ludzkiej wypowiada się w nim z poruszającą serca potęgą. Rysem tym jest w najogólniejszym znaczeniu tęsknota za spokojem wśród burz życia." 

Richard Wagner


Poszłam na ten spektakl z lekką obawą. No wiecie... w końcu to ten wielki i poważny Wagner... ;-) Poza tym był to pierwszy spektakl operowy w życiu mojego partnera, więc zastanawiałam się, czy czasem po paru minutach nie ucieknie z krzykiem ;-) Całe szczęście tak się nie stało a przedstawiona na scenie historia okazała się nad wyraz ciekawa.

Ale nie tyle historia sama w sobie mnie uwiodła (choć przyznaję, że podczas pierwszego aktu zdarzało mi się przysypiać ;-) - ale to zapewne ze zmęczenia, byłam po ciężkim dniu w pracy). To scenografia zrobiła na mnie największe wrażenie. Jednym słowem: zapiera dech w piersiach - piękna, mroczna, niezwykle klimatyczna.

Cały spektakl ma w sobie coś ewidentnie niemieckiego, nie potrafię dokładnie powiedzieć, co to takiego ale moje germanofilskie serce wyraźnie to czuło. Może to niemiecki duch romantyzmu unoszący się nad przedstawioną historią? W końcu libretto opery oparł Wagner na jednym z opowiadań Heinricha Heinego bazującego na jednej ze skandynawskich legend.

Arie nie zrobiły na mnie wielkiego wrażenia, choć jedna z arii śpiewanych przez Sentę wywołała we mnie dreszcze :-)

Jedyne, co mi się w "Holendrze Tułaczu" nie podobało to zakończenie. Szybkie, nagłe, sprawiające wrażenie zrobionego 'na odwal', byle by w końcu jakoś tą historię zakończyć. Siedziałam osłupiała w fotelu i oszołomiona zastanawiałam się, co to ma znaczyć? Klątwa została przełamana czy nie? I co się stało z Holendrem?  

Jednak pomimo tego rozczarowania na końcu uważam obejrzany spektakl za absolutnie fantastyczny. Wzbudził moją ciekawość jeśli chodzi o legendę o Latającym Holendrze. Bardzo chciałabym przeczytać jakąś zajmującą powieść, która jest literacką adaptacją tej niezwykłej legendy!


*wszystkie zdjęcia pochodzą ze strony operalodz.com

Tagi: opera teatr
18:58, weisse_taube , inne
Link Dodaj komentarz »
wtorek, 13 stycznia 2015

Cóż za literackie kuriozum trafiło w moje ręce!

„Sztuka pierdzenia” powstała we Francji w 1751 roku i cieszyła się dużą popularnością w kręgach ówczesnej socjety – fragmenty tego suto okraszonego humorem eseju cytowano na salonach po spożyciu ostatniego posiłku, aby poprzez śmiech ułatwić gościom trawienie.

Autor tegoż dziełka, niejaki Pierre Thomas Nicolas Hurtaut to persona o szerokich i dosyć osobliwych zainteresowaniach jak można mniemać po tytułach spłodzonych przez niego dzieł. Oprócz wspomnianej tu „Sztuki pierdzenia” spod jego pióra wyszły też np. „Esej medyczny o upławach miesięcznych”, „Angielski rzut oka na ceremonie ślubne” czy „Skrócony podręcznik historyczny o królach dynastii Merowingów”.

Książeczka, którą chciałabym wam dzisiaj przybliżyć należy do literatury skatologicznej, czyli takiej, która w humorystyczny sposób traktuje o ludzkich wydalinach. Jej podtytuł brzmi „Esej teoriofizyczny i metodyczny” i jak sama nazwa wskazuje dąży do wyjaśnienia pochodzenia i działania pierdnięć, bo przecież „doprawdy wstyd, Czytelniku, że od kiedy pierdzieć począłeś, nie wiesz nawet, jak to robisz i jak to robić powinieneś”.1

A czego konkretnie możemy się z eseju pana Hurtauta dowiedzieć? Zaczynamy oczywiście od definicji pierdnięcia („sprężone powietrze, które ujścia szukając, przebiega rozmaite partię ciała i wreszcie znajduje pospieszne wyjście, którego przyzwoitość nazwać nie zezwala”2), zaznajamiając się przy okazji z różnicami pomiędzy pierdnięciem a beknięciem. Co dociekliwsi czytelnicy poczują się usatysfakcjonowani szczegółowymi opisami odmian pierdów (dyftongalne, klarowne, przydechowe), ich przyczyn i konsekwencji. Z ciekawostek dowiemy się np. dlaczego umiejętność grania na instrumentach dętych pomaga w prawidłowym (toż to prawdziwa sztuka jest!) wypuszczaniu gazów, dlaczego mogą służyć jako skuteczne narzędzie przy odprawianiu egzorcyzmów i jaki wpływ mają one na… piegi. Na zakończenie autor raczy nas charakterystyką pierdnięć reprezentantów poszczególnych zawodów czy grup społecznych a jako epilog poznajemy dzieje księcia Pierdziwiatra i królowej Amazonek czyli opowieść o tym skąd we Francji wzięli się szambiarze.

A wszystko to w doskonałym tłumaczeniu Krzysztofa Rutkowskiego, dzięki któremu podczas czytania tej króciutkiej książeczki uśmiech ani razu nie schodzi z twarzy.

Ukochany, przekartkowawszy pobieżnie książeczkę, mruknął tylko z chytrym uśmieszkiem: ‘ciężka bania’  ;-)  Może i tak ale jest to pozycja w całej swej absurdalności tak urocza, że chętnie będę do niej wracać, bo po ciężkim i wkurzającym dniu niezwykle skutecznie przywraca dystans do siebie i do świata.

Moja ocena: 4,5/6

1 Pierre Thomas Nicolaus Hurtaut, Sztuka pierdzenia , wyd. słowo/obraz terytoria, Gdańsk 2010r, str.7

2 ibidem, str.14


Książkę przeczytałam w ramach wyzwań czytelniczych:

* z własnego księgozbioru

* Gra w kolory - biały

* Wyzwanie 2015 - ma więcej niż 100 lat

 

20:09, weisse_taube , przeczytane
Link Komentarze (1) »
niedziela, 11 stycznia 2015

To jest książka, po przeczytaniu której odechciewa się kupowania większości jedzenia w sklepach. Ba! Robi się niedobrze na widok zwykłej bułki, wędliny czy soku w kolorowym kartonie.

W ciągu ostatnich kilkudziesięciu lat produkty żywnościowe, które trafiają na sklepowe półki zostały poddane tak zaawansowanym procesom technologicznym, które zmieniły nie tylko ich kolor, zapach, smak ale i pozbawiły je cennych naturalnych witamin i minerałów, że można się zacząć zastanawiać, czy jest to jeszcze ‘jedzenie’ czy już może tylko i wyłącznie nafaszerowany szkodliwą chemią sztuczny wytwór przemysłu spożywczego.

Julita Bator przez wiele lat żyła w przekonaniu, że jej dzieci urodziły się chorowite i nic nie da się na to poradzić. Oświecenie przyszło podczas jednego z wakacyjnych wyjazdów, na którym rodzina jadła naturalne, nieprzetworzone produkty a dzieci po raz pierwszy nie skarżyły się na żadne dolegliwości. Obudziło to w autorce zmysł detektywa i po przyjeździe do domu zaczęła śledztwo w sprawie chemii zawartej w żywności. Swoje odkrycia, wnioski i doświadczenia opisała w książce „Zamień chemię na jedzenie”.

W temacie zdrowego odżywiania nie jestem laikiem, więc nie mogę powiedzieć, że książka pani Bator zrewolucjonizowała moje nawyki żywieniowe. Nie pozwoliła mi odkryć żadnych nowych lądów ale z całą pewnością poszerzyła moją dotychczasową wiedzę na temat szkodliwej chemii w żywności. Od kilku lat obserwuję swój organizm, wiem na co źle reaguje. Wnioski do jakich doszłam dzięki tym obserwacjom zostały potwierdzone w badaniu metodą dr.Volla, jakiemu poddałam się w zeszłym roku. Sposób odżywiania ma więc dla mnie bardzo duże znaczenie, bo bezpośrednio wpływa na stan mojego zdrowia.

Poradnik podzielony jest na kilkanaście rozdziałów posegregowanych według grup produktowych (pieczywo, nabiał, słodycze, mięso, warzywa i owoce itp.). Na początku znajdziemy obszerny rozdział dotyczący ‘instrukcji obsługi’ żywności, tzn. sporo informacji na temat dodatków syntetycznych, GMO czy jak czytać etykiety. Z kolei na sam koniec pani Bator funduje nam spis przydatnych serwisów internetowych, tabelę szkodliwych substancji oraz źródła zdobytych przez nią informacji w tym wiele ustaw i rozporządzeń. Środek poradnika wypełniają rozdziały o konkretnych grupach produktowych, zawartych w nich syntetycznych dodatkach oraz wskazówki dotyczące zdrowszych zamienników (są także podane przepisy na własnej roboty chleb, majonez, słodycze itp.). Jestem pełna podziwu dla samozaparcia i ogromu pracy włożonej przez autorkę w zebranie tych wszystkich informacji. Pani Julito, chylę czoła!

Bardzo podoba mi się podejście autorki do czytelników książki. Nie stawia się ona na wyższej pozycji, nie przemawia tonem osoby wszystkowiedzącej i uważającej swoją wiedzę za jedyną słuszną. Sama wielokrotnie przyznaje, że nie uważa się za eksperta i nie czuje się kompetentna, by rzucać na prawo i lewo niepodważalne teorie i argumenty. Wszystko co opisuje wynika z jej osobistych doświadczeń a co z otrzymaną w tej książce wiedzą zrobi czytelnik to już jego sprawa.

Autorka podkreśla też, że nie da się w 100% wyeliminować chemii z naszego jadłospisu. Jedyne, co możemy zrobić to starać się w świadomy sposób robić zakupy spożywcze i komponować nasze menu.

Jest to książka do wielokrotnego czytania i przeglądania. Aż prosi się, by zawsze była pod ręką aby w każdej chwili można było do niej zajrzeć i sprawdzić potrzebną informację. W moim przyszłym domu planuję mieć w kuchni specjalną półkę, na której będę trzymać ulubione książki kucharskie i poradniki z zakresu żywienia. Książka Julity Bator zajmie na niej honorowe miejsce.

POLECAM! Ciekawa i wartościowa lektura dla każdego człowieka, któremu nie jest obojętne własne zdrowie.

Moja ocena: 5/6


Książkę przeczytałam w ramach wyzwań czytelniczych:

* z własnego księgozbioru

* Gra w kolory - biały

* Wyzwanie 2015 - poradnik

 

wtorek, 06 stycznia 2015

Doświadczenie pokazuje, że wszelkie moje czytelnicze plany zazwyczaj szlag trafia i na koniec roku muszę się wstydzić sama przed sobą. Nie zmienia to jednak faktu, że niezmordowanie czynić je będę nadal – najwyżej znów wszystko diabli wezmą ;-)

Tym razem postanowiłam dwie rzeczy: sama wymyślę sobie swoje własne, prywatne wyzwania na 2015r. a jeśli już zdecyduję się brać udział w ogólnych zabawach czytelniczych, to raczej w takich, które nie są obwarowane ścisłymi zasadami dotyczącymi ilości przeczytanych książek w danym miesiącu. I będę je traktować przede wszystkim jako zabawę :-)

Jak wyglądają konkrety? Przede wszystkim chciałabym częściej sięgać po książki z własnej półki. Nie przeczytanych pozycji mam tyle, że na co najmniej trzy lata mogłabym zapomnieć o bibliotece. Najwyższy czas to zmienić. Poza tym chciałabym skończyć wszystko, co zaczęłam w zeszłym roku i z różnych przyczyn zaniechałam. Uzbierało się około 8-10 takich powieści a ja mam ambicję je dokończyć, tym bardziej, że w większości to naprawdę bardzo dobre tytuły.

Od kilku lat obiecuję sobie, że wraz z nadejściem nowego roku wezmę się za Władcę Pierścieni. Tym razem (wreszcie!) z dumą mogę powiedzieć, że obietnicy dotrzymałam. Dokładne 01.stycznia w godzinach wieczornych zaczęłam czytać przedmowę i prolog, więc za jakiś czas będę mogła w końcu powiedzieć, że znam literacki pierwowzór jednego z moich ulubionych filmów. Dostrzegam już różnice między książką a filmem – zdecydowanie na korzyść tej pierwszej i jestem pewna, że trafi ona do pierwszej trójki najlepszych książek roku.

Przeczytanie biografii Lucy Maud Montgomery, poznanie szczegółów jej życia i pracy twórczej zachęciło mnie do przypomnienia sobie ulubionych książek z dzieciństwa (czy raczej czasów wczesno-nastoletnich). Postanowiłam więc przeczytać wszystkie książki, jakie wyszły spod pióra kanadyjskiej pisarki w kolejności chronologicznej.

Jeśli zaś chodzi o ogólnodostępne wyzwania czytelnicze to zamierzam kontynuować ‘Grę w kolory’ oraz nieistniejącą już ‘Trójkę e-pik’. Pierwsze wymaga wprawdzie przeczytania co najmniej jednej książki w miesiącu, ale myślę, że jak zrobię sobie jakiś sensowny plan czytelniczy na każdy miesiąc i skrupulatnie będę się go trzymać, to się uda. Drugie wyzwanie – jako że już nie istnieje a ja nadrabiam je w ramach zaległości – jest raczej zabawą i pozwala mi dowolnie dobierać sobie kategorie do przeczytanej akurat książki.

Z nowych wyzwań zdecydowałam się na dwa: jedno z konkretnymi zasadami, drugie bez.

Trzecia już odsłona zabawy ‘Odnajdź w sobie dziecko’ wymaga od uczestników nie tylko przeczytania i zrecenzowania co najmniej jednego tytułu w miesiącu ale dodatkowo musi to być książka zawierająca konkretny motyw (szczegółowa lista na stronie wyzwania). Ponieważ mam już pomysł na lekturę styczniową, to pomyślałam sobie: a co tam, biorę udział. W kolejnych miesiącach będę sobie najwyżej łamać głowę, co dalej ;-)

A na facebooku znalazłam za to takie oto ‘Wyzwanie 2015’:

Nie ma tu żadnych zasad dotyczących ilości lektur w danym miesiącu, więc pozostaje tylko dopasowanie poszczególnych kategorie do tego, co akurat czytam.

A jak już jesteśmy przy facebooku… W zeszłym roku postanowiłam założyć konto dla Zacisza Literackiego. Pomyślałam, że skoro tak rzadko bywam na blogu, to może chociaż na fb uda mi się częściej wrzucać jakieś krótsze wpisy i dawać znak życia. Założyłam konto, po czym… zupełnie o nim zapomniałam. W drugiej części roku sobie o nim przypomniałam i starałam się od czasu do czasu coś tam umieszczać – głównie jakieś cytaty z książek i czasopism, które akurat czytam. Nie wiem, czy konto dalej będzie istnieć, może w tym roku dojdę do wniosku, że wolę to wszystko umieszczać na blogu ale póki co konto jest i można je podejrzeć tutaj.

Jak widać mam dosyć szeroko zakrojone plany czytelnicze a czy uda mi się czytać i opisywać wrażenia z lektur w miarę na bieżąco – czas pokaże. Obecny rok będzie w pewnych kwestiach (prywatnych, zawodowych) kontynuacją poprzedniego, więc nie obiecuję, że Zacisze Literackie na tym nie ucierpi. Przede wszystkim czeka mnie przeprowadzka i organizowanie sobie nowego życia, co wiąże się z mniejszą ilością czasu wolnego a także zapewne chwilowym brakiem Internetu (choć to drugie akurat jest mniejszym problemem – notatki mogę pisać w nowym domu a publikować w pracy, gdzie mam dostęp do sieci). Ja w każdym razie trzymam kciuki za powodzenie moich czytelniczych przedsięwzięć i z nową energią biorę się za ich realizację :-)


11:32, weisse_taube , inne
Link Dodaj komentarz »
piątek, 02 stycznia 2015

Rok 2014 był dla mnie rokiem wielu zmian, szczególnie w życiu prywatnym. To rok dojrzewania do pewnych decyzji, rok, w którym postawiłam przede wszystkim na własne szczęście. Opłaciło się – nawet bardziej niż mogłam to sobie wymarzyć. Jeśli jesteście zdania, że życie nie pisze takich fabuł jak w pięknych książkach z Happy Endem, to ja jestem żywym przykładem na to, że czasem się to zdarza. Wystarczy tylko przestać być biernym, wziąć sprawy w swoje ręce i uwierzyć, że świat nam sprzyja. Odnalazłam swoją cichą przystań, port, do którego chcę wracać i wiem już, w jakim kierunku chcę podążać.

Pod względem ilości przeczytanych książek nie był to dobry rok ale nie mam do siebie o to pretensji. Byłam skoncentrowana na zupełnie innych, ważniejszych dla mnie sprawach a czytanie dla przyjemności zeszło siłą rzeczy na drugi plan. Przeczytałam raptem 15 pozycji ale były to książki w większości bardzo dobre – na tyle, że aż połowę z nich wspomnę w zestawieniu najlepszych tytułów roku.

Wśród tych 15 książek znalazło się 8 powieści, 1 biografia, 4 poradniki (głównie z zakresu rozwoju duchowego), 1 książka popularno-naukowa i 1 pamiętnik/dziennik.

Jeśli chodzi o płeć autora, to mamy w tym roku prawie remis: przeczytałam 8 pozycji napisanych przez mężczyzn i tylko o jedną mniej autorstwa kobiet.

Najwięcej czytałam literatury amerykańskiej: 9 pozycji autorów z USA. 2 książki były autorstwa pisarzy brytyjskich. Poza tym przeczytałam po jednej książce autorów pochodzących z następujących krajów: Francja, Niemcy, Włochy, Kanada, Japonia, Rosja i … Polska. Chyba po raz pierwszy od momentu istnienia bloga miałam w ręce tak mało powieści autorów polskich! Nie sięgnęłam nawet po żadną powieść mojej ukochanej polskiej pisarki Hanny Kowalewskiej :-(


visited 9 states (4%)
Create your own visited map of The World or Triposo world travel guide for Android

Nadal obracam się głównie wśród literatury europejskiej i tej z kontynentu Ameryki Północnej. Od lat próbuję to zmienić, ale niestety bezskutecznie. Może w tym roku się uda?

Nie przeczytałam żadnej książki w obcym języku.

Pora na wytypowanie najlepszych i najgorszych książek roku. Jak już wspomniałam na wstępnie aż 8 pozycji zdobyło moje uznanie i znalazło się wśród wyróżnionych. Cieszy mnie to bardzo, bo świadczy to o tym, że pomimo niewielkiej liczby książek, które udało mi się przeczytać ich poziom był generalnie całkiem wysoki.

Kolejność przypadkowa – nie byłam w stanie wytypować najlepszej z najlepszych:

1. J.R.R. Tolkien „Hobbit czyli tam i z powrotem” – za możliwość uczestniczenia w emocjonującej wyprawie, która sprawiła mi niesamowitą frajdę i pozwoliła poczuć się jak prawdziwy członek kompanii Thorina. Towarzyszenie Bilbo i krasnoludom w wyprawie po skarb umilało mi codzienną jazdę autobusem i możecie mi wierzyć na słowo, że jeszcze nigdy nie była to tak pasjonująca podróż ;-) O kreacji świata przedstawionego i bohaterów pisać nie będę, bo przecież rozumie się samo przez się, że są wprost genialne :-)

2. Gail Carriger „Bezduszna” – za absolutnie genialną kreację steampunkowej wersji XIX wieku, niesamowite poczucie humoru i oczywiście za obłędnego Lorda Maccona. Mrrrrau ;-)

3. Juli Zeh „Instynkt gry” – nie udało mi się zrecenzować tej książki (ale nadrobię to!) ale nie darowałabym sobie, gdybym tu o niej nie wspomniała. Bardzo dobra pozycja poruszająca temat wartości we współczesnym świecie i jak widzą je nastolatki. Gęsta proza psychologiczna, dostarczająca wielu przemyśleń, bardzo wartościowa książka. Uważam, że powinna być lekturą w szkole średniej. W styczniu pisałam o spektaklu teatralnym na podstawie książki.

4. Federico Moccia „Trzy metry nad niebem” – za powrót do czasów nastoletnich miłostek i za bohaterkę, którą bardzo polubiłam

5. Haruki Murakami „Na południe od granicy, na zachód od słońca” – za typowy dla powieści Japończyka melancholijny klimat, w którym czułam się jak ryba w wodzie a także za piękną refleksję nad życiem.

6. Mollie Gillen „Maud z Wyspy Księcia Edwarda” – nie zdążyłam z recenzją ale już się powoli pisze! Bardzo ciekawa biografia Lucy Maud Montgomery. Pozwoliła mi nie tylko dowiedzieć się czegoś więcej na temat uwielbianej na całym świecie autorki „Ani z Zielonego Wzgórza” ale także ze zdziwieniem stwierdzić, że w pewnych kwestiach byłyśmy bardzo podobne.

7. Joanne K. Rowling „Harry Potter i kamień filozoficzny” – za powrót do dzieciństwa, za pyszną zabawę z bohaterami powieści i za wartości, które ta książka propaguje wśród młodych ludzi

8. David Deida „Błękitna prawda” – za niezwykłą, choć czasami bolesną wędrówkę w głąb własnej duszy, za możliwość lepszego poznania siebie i motywację do dalszej pracy nad sobą.

O jakości przeczytanych przeze mnie książek niech świadczy też fakt, że w ostatecznym rozrachunku chciałabym wspomnieć tylko jedną pozycję, która niestety bardzo mnie rozczarowała:

Wieniedikt Jerofiejew „Zapiski psychopaty” – ani to śmieszne ani ciekawe. Nie trafiły do mnie młodzieńcze zapiski alkoholowych libacji.

Odkryciem roku była dla mnie proza Gail Carriger. Wciągająca na amen, przesycona niesamowitym humorem, zapełniona przesympatycznymi i arcykomicznymi postaciami no i ta alternatywna wersja XIX wieku! Kapelusze z głów! :-)

Bardzo zaintrygowała mnie także fizyka kwantowa i teorie wykorzystujące ją w metodzie dwupunktowej. Jest to tematyka, którą zdecydowanie chcę dalej zgłębiać.

Aby tradycji stało się zadość, na koniec wspomnieć muszę co nieco o zakupach książkowych. W 2014r udało mi się pohamować moje zakupowe apetyty – przybyło mi tylko 56 książek, z czego 2 stanowiły dodatki do czasopism, jedną otrzymałam od wydawnictwa, jedna jest prezentem oraz jedną wygrałam w konkursie. Zakupiłam 51 książek, co kosztowało mnie 922,98 zł. Cenowo nie jest to dobry wynik, ale przyznaję, że czasem nie chciało mi się czekać na większe promocje.

I jeszcze jedna rzecz: w 2014 roku nie pojawił się na blogu ani jeden stosik ;-) Trzeba to będzie zmienić :-)


Od początku zeszłego roku postanowiłam także notować tytuły wszystkich filmów i seriali, jakie udało mi się obejrzeć. Zrobiłam w tej kwestii duży postęp, gdyż zazwyczaj można je było policzyć na palcach jednej ręki… :-/

Obejrzałam 29 filmów, z czego za najlepsze (najciekawsze, najbardziej poruszające czy zapadające w pamięć) uznałam:

Hobbit: Niezwykła podróż, reż. Peter Jackson (2012)

Hobbit: Pustkowie Smauga, reż. Peter Jackson (2013)

Mary i Max, reż. Adam Elliot (2009)

Rezerwat , reż. Łukasz Palkowski (2007)

Płynące wieżowce, reż. Tomasz Wasilewski (2013)

Czekając na Joe, reż. Kevin Macdonald (2003)

 

Z obejrzanych seriali polecam:

- uwielbianego przeze mnie „Sherlocka”

- „Pod kopułą” na podstawie powieści Stephena Kinga – wciąga na maxa, nie mogę się doczekać lata i trzeciego sezonu!

- „Notatnik śmierci” – mangowy serial, bardzo ciekawy i przede wszystkim  inny od tego się zazwyczaj ogląda ;-)

Oglądam też „Teen Wolf” ale to takie pitu-pitu dla nastolatek ;-)

O planach na przyszły rok napiszę w oddzielnej notce.



13:56, weisse_taube , inne
Link Dodaj komentarz »
piątek, 26 grudnia 2014

To będzie krótka recenzja.

Na jednym z ulubionych blogów wyczytałam, że „Zapiski psychopaty” to świetna wakacyjna lektura. Lato wprawdzie już dawno się skończyło ale jako że akurat miałam ochotę na coś lekkiego i niezobowiązującego, to wypożyczyłam.

No cóż… najwyraźniej zupełnie inaczej rozumiem termin „lektura na wakacje”, bo omawiane tu zapiski odebrałam jako mało zrozumiały bełkot notorycznego pijaczyny, z którego to bełkotu tylko czasami da się wyłuskać coś sensownego. Nawet śmieszne to dla mnie nie było.

„Zapiski psychopaty” to pamiętnik młodego Jerofiejewa (wówczas studenta), pisany w latach 1956-1958 i opublikowany dopiero po jego śmierci. Rzecz niespójna fabularnie, na którą składają się wyrwane z kontekstu fragmenty rozmów, zapis monologów, snów, scen z życia codziennego w sowieckiej Rosji. Autor skupia się głównie na alkoholizmie, prostytucji, niemożliwości odnalezienia się w systemie politycznym, w jakim przyszło mu żyć, na relacjach międzyludzkich.

Nie będę ukrywać, że historia współczesna (a już w szczególności Rosji) nigdy nie należała do kręgów moich zainteresowań, stąd i moja wiedza na temat życia w Rosji w latach 50-tych XX wieku jest zerowa. Przyczyniło się to zapewne do braku zrozumienia tego, o czym pisze autor. Nie potrafiłam (a może nie chciałam?) zrozumieć mentalności „człowieka radzieckiego”, żyjącego w oparach absurdu i groteski.

Najbardziej zdziwiły mnie jednak pełne zachwytu recenzje innych czytelników, którzy chwalili niesamowity humor bijący z zapisków i ich ‘życiową mądrość’. Wiele osób wspominało, że wynotowali w swoich specjalnych zeszycikach mnóstwo cytatów – prawdziwych perełek czarnego humoru.

Ja chyba jestem dziwna, bo „Zapiski psychopaty” wcale nie były według mnie śmieszne. Może ja nie rozumiem czarnego humoru? Zresztą, zawsze uważałam, że mam dosyć nietypowe poczucie humoru i mało kto je rozumie ;-) Podczas czytania pamiętników Jerofiejewa uśmiechnęłam się tylko w trzech miejscach (dwa fragmenty cytowałam jakiś czas temu a w trzecim autor opisywał własny pogrzeb, na którym był zbyt martwy aby wyrazić, co o tym wszystkim sądzi), poza tym lektura była dla mnie istną mordęgą i męczyłam się z nią prawie tydzień. Niewiele humoru i mądrości byłam w stanie wychwycić z wyrwanych z kontekstu bełkotliwych opisów nieustannego pijaństwa.

Niestety książka zupełnie do mnie nie trafiła a gdybym wzięła ją ze sobą na wyjazd jako wakacyjną lekturę zapewne wróciłabym z urlopu zła, że trafiłam na tak kiepski umilacz czasu. 

Wypożyczyłam też „Moskwę Pietuszki” ale szczerze mówiąc nie bardzo mam ochotę ją czytać. 


Moja ocena: 2/6


Książkę przeczytałam w ramach wyzwania czytelniczego:

* Trójka e-pik ( Jaki kraj, taki obyczaj - książka opisująca życie w danym państwie ) - w ramach nadrabiania zaległości


1 , 2 , 3 , 4 , 5 ... 30
| < Kwiecień 2017 > |
Pn Wt Śr Cz Pt So N
          1 2
3 4 5 6 7 8 9
10 11 12 13 14 15 16
17 18 19 20 21 22 23
24 25 26 27 28 29 30
Tagi
Related Posts Plugin for WordPress, Blogger...