niedziela, 13 grudnia 2015

Kiedy swego czasu na większości blogów pojawiały się entuzjastyczne wpisy na temat debiutanckiej powieści Andy’ego Weira, czytając je myślałam: to może być fajna opowieść. Jeden z astronautów przez przypadek pozostawiony na Marsie i walczący o przeżycie – ileż tu musi być emocji, ile psychologii, ile wartościowych przemyśleń.

I powiem Wam, że już po kilkudziesięciu stronach zaczęłam wypisywać sobie na karteczce wszystkie moje „ale” i „jestem na nie”. Ba, w pewnym momencie nawet mi się odechciało czytać do końca… Ale doczytałam i lektury nie żałuję. Nawet jeśli była nudna i męcząca, zawsze to jakieś kolejne doświadczenie czytelnicze.

Bardzo przeszkadzało mi w „Marsjaninie” skupienie się autora na tematyce ściśle naukowej. Cały czas miałam wrażenie, że autor koniecznie chciał się popisać wiedzą. Obfitujące w chemiczno-fizyczne detale wywody Marka Watneya jak to sobie radzi, żeby uzyskać tlen, wodę czy jak naprawić uszkodzony sprzęt  itp. były dla mnie nudne jak flaki z olejem. Równocześnie ze mną książkę czytał mój partner (z mojego zresztą polecenia, bo interesuje się kosmosem, ma naprawdę sporą wiedzę w tym zakresie, więc od razu wyczułam, że tematyka powieści przypadnie mu do gustu) i dla niego monologi Watneya drobiazgowo opisującego poszczególne reakcje chemiczne były ciekawe (a że Luby studiował m.in. chemię to i miał zabawę w wyłapywanie ewentualnych błędów ;)). Ja z kolei jestem typową kobietą i szukam  książkach emocji. A tych mi w „Marsjaninie” nieco zabrakło.

Mark Watney to taki współczesny (aż chciałoby się dodać amerykański…) Hero. Nieustraszony i świetnie sobie ze wszystkim radzący, bez wyraźnych kryzysów emocjonalnych. Co tam dla niego ponad roczna (!!!) samotna egzystencja na Marsie, nawet nie mając 100% gwarancji, że zostanie uratowany ma przyklejony do twarzy uśmiech i non stop dowcipkuje. Fakt, to właśnie sarkazmem Watney broni się przed niesprzyjającymi warunkami czerwonej planety i przed wizją swojej śmierci na niej ale jest to dla mnie mało wiarygodne z psychologicznego punktu widzenia. Autor miał niepowtarzalną szansę zajrzenia w głąb psychiki człowieka postawionego w sytuacji ekstremalnej i wręcz bezprecedensowej, mogła z tego powstać brawurowa powieść akcji z silną psychologiczną podbudową a jednak tak się nie stało. Podejrzewam, że zabrakło umiejętności i pewnie wiedzy z tego zakresu (bo jak już wspomniałam wiedzą na tematy fizyczno-chemiczno-kosmiczne autor popisuje się wręcz nie do zniesienia).  

Muszę jednak przyznać, że ostatnie strony czytałam z wypiekami na twarzy, wiercąc się na kanapie i jęcząc z przejęcia – uda się czy nie? I nawet łezka się w oku zakręciła ;-)

Jakkolwiek złe nie byłoby moje zdanie o formie podania tej powieści, to nie mogę zaprzeczyć, że zawiera w sobie piękne przesłanie. Historia Marka Watneya to nie tyle triumf jednostki, co całej ludzkości potrafiącej zjednoczyć się ponad wszelkim podziałami, by ratować życie jednego człowieka. Końcówka naprawdę wzruszająca, szkoda, że wcześniejsze trzysta stron nudne jak flaki z olejem.

Moja ocena: 2/5  

 

 

Tagi: USA Weir
17:47, weisse_taube , przeczytane
Link Dodaj komentarz »
niedziela, 15 listopada 2015

Pamiętam kiedy kilka lat temu oglądając film po raz pierwszy w życiu poczułam gniew. Gniew wobec mężczyzn. Tym filmem był „Kolor purpury” – obejrzany potem jeszcze wielokrotnie i za każdym razem wywołujący furię i niezgodę na to, w jaki sposób traktuje się tam kobiety.

Dziś mogę powiedzieć: przeczytałam książkę, która wzbudziła we mnie gniew. Ale tym razem nie tylko wobec mężczyzn. Także – a właściwie głównie – wobec kobiet. Wobec całego świata.

Sylwia Kubryńska napisała książkę o kobietach dla kobiet. I niech Was nie zmyli ta słodka pastelowa okładka. Może i kojarzy się ze rozbrajającą, mało poważną literaturą typu chic-lit; z komedyjką o przygodach jakiejś kobiety, która postanawia zmienić coś w swoim życiu i stać się perfekcyjną panią domu. Ale powieść pani Kubryńskiej to zupełnie inny kaliber. To armata, której kule z niesamowitą mocą trafiają prosto w łeb i zmieniają patrzenie o 180 stopni.

Bohaterka książki to kobieta jakich wiele, jak Ty czy ja. Nie jest pod żadnym względem wyjątkowa ale za wszelką cenę chce być. Tyle że cokolwiek by nie zrobiła, jakkolwiek nie dopasowała się do oczekiwań rodziny, przyjaciół, społeczeństwa, świata i tak zawsze, ZAWSZE będzie z nią coś nie tak, zawsze będzie za bardzo w prawo albo za mało w lewo, zbyt do tyłu lub za bardzo do przodu. Nigdy nikomu nie dogodzi. A najsmutniejsze w tym wszystkim jest to, że obraz i rola kobiety, jaką kreuje nasze społeczeństwo to zasługa przede wszystkim… samych kobiet, które – cytuję opis ze strony wydawnictwa – „kiszą się we własnych głowach, w swoich oczekiwaniach na własny temat” i zatruwają życie sobie i wszystkim dookoła.

Także i ja odnalazłam się w kilku scenach z powieści. Mnie też wychowano w tym chorym myśleniu na temat kobiet, które sprawiło, że wielokrotnie cierpiałam. Ale w końcu coś pękło i przyszedł taki moment, że powiedziałam dość i zaczęłam żyć po swojemu. Poza społecznymi normami i oczekiwaniami i dobrze mi z tym. Dlatego czytając „Kobietę dość doskonałą” wielokrotnie zżymałam się na te wszystkie głupie baby, głupie przesądy, głupie oczekiwania, głupie wymagania i na cały ten bezsensowny kocioł, w którym te wszystkie kobiety od zarania dziejów siedzą i wzajemnie się tłuką, zamiast wspierać i solidaryzować ze sobą.

Uważam, że jest to pozycja obowiązkowa dla każdej kobiety a w szczególności dla tych, które mocno przejmują się opinią innych ludzi. Bo zmusza do zatrzymania się i pomyślenia nad własnym życiem. Nad tym, jak widzą czy traktują Was inni ale przede wszystkim jak wielką krzywdę wyrządzacie samym sobie. I jestem w 100% pewna, że dzień w którym skończycie czytać „Kobietę dość doskonałą” będzie jednocześnie pierwszym dniem Waszego nowego kobiecego „JA”.

Moja ocena: 5/6

Książkę przeczytałam w ramach wyzwania:

* z własnego księgozbioru

 

 

piątek, 21 sierpnia 2015

Nazwisko Aldousa Huxleya przewija się ostatnio przez wiele stron, które odwiedzam w internecie, uznałam to za znak, że pora wreszcie zainteresować się bardziej tym autorem, zwłaszcza, że posiadam w swoim księgozbiorze jego dwa opowiadania.

Huxley to postać bardzo ciekawa, wiele danych z jego życiorysu wzbudziło moje zainteresowanie na tyle, że uznałam, że chętnie przeczytałabym jego biografię.

Pochodził z prominentnej rodziny naukowców - jego ojciec był pisarzem i wydawcą, dziadek znanym biologiem i eseistą. Także dwaj bracia Aldousa zostali uznanymi biologami.

Aldous uczęszczał do wybitnych szkół brytyjskich – najpierw Eton College, następnie Balliol Collage (jedno z kolegiów Oxford University). Niestety musiał przerwać naukę ze względu na zagrożenie ślepotą. Po wielu latach udało mu się jednak poprawić ostrość widzenia dzięki ćwiczeniom opracowanym przez dr Batesa – słyszałam o tej metodzie i mam nawet jedną książkę na ten temat, za którą powinnam się już wziąć, bo od jakiegoś czasu zauważam u siebie pogorszenie wzroku.

Ciekawe wydały mi się podróże Huxleya, który przez 7 lat mieszkał we Włoszech , potem na południu Francji, w Ameryce Środkowej, by w końcu osiąść w Kalifornii. Napisał trzy tomy esejów podróżniczych, teksty te są dostępne online, więc w sprzyjających okolicznościach na pewno przyjrzę się im bliżej.

Ciekawym faktem z życia tego brytyjskiego autora może być to, że był propagatorem zażywania środków psychoaktywnych (np. LSD) i poświęcił im nawet lata bezpośrednich badań. Jego zainteresowania krążyły także wokół filozofii indyjskiej i medytacji.

Zmarł tego samego dnia co C.S. Lewis  – jednak informacja o ich  śmierci została zupełnie przyćmiona w mediach przez zgon prezydenta Keneddy’ego tego samego dnia.

Huxley był siedmiokrotnie nominowany do Nagrody Nobla w dziedzinie literatury.

Tomik, który posiadam zawiera dwa opowiadania Huxleya. W pierwszym zatytułowanym „Uśmiech Giocondy” autor przedstawia historię pana Huttona – przystojnego bawidamka, zdradzającego żonę, nawiązującego wiele niezobowiązujących romansów i nie dbającego o konsekwencje swoich działań wobec pań, które uwodzi. Końcówka pokazuje, że kara go jednak nie ominie… Zaskakujący i inteligentnie zabawny tekst.

W drugim opowiadaniu „I odtąd już zawsze byli szczęśliwi” Huxley uderza w nieco poważniejsze tony i porusza kwestię miłości na tle wojny. Czy czyste i szczere uczucie jest w ogóle możliwe pomiędzy dwojgiem ludzi, z których jedno doświadczyło okrucieństwa wojny a drugie żyje w zupełnej nieświadomości tego, co dzieje się poza sielską wiejską posiadłością?

Z tego, co wyczytałam w sieci Huxley kreśli w swoich powieściach i opowiadaniach karykaturalny obraz obyczajowy postaci z angielskiej inteligencji ówczesnych czasów. Sposób, w jaki to robi, odpowiada mi na tyle, że będę chciała poznać więcej jego utworów (łącznie z antyutopią science-fiction „Nowy wspaniały świat”).

Moja ocena: 4/5

Książkę przeczytałam w ramach wyzwania czytelniczego:

* z własnego księgozbioru


poniedziałek, 17 sierpnia 2015

Buszuję ostatnio namiętnie po Internecie w poszukiwaniu audiobooków i postanowiłam podzielić się kilkoma świetnymi stronami, gdzie legalnie można ściągnąć audiobooki lub też słuchać ich online.

WolneLektury.pl

Bardzo ubogi wybór, ale lektorami są zawodowcy. Jest to polska strona a więc i audiobooki są w naszym ojczystym języku.

LibriVox

Zagraniczna strona, wybór bardzo duży. Pliki można wyszukiwać po autorze, tytule dzieła, według gatunku lub języka. Najwięcej jest oczywiście książek czytanych po angielsku i niemiecku (kilkanaście tysięcy) ale mamy także po kilkaset tytułów w takich językach jak francuski, hiszpański, chiński, holenderski, japoński, portugalski. Strona oferuje także po kilkadziesiąt tytułów po włosku, polsku i rosyjsku oraz kilka-kilkanaście książek w innych, czasem nawet mało popularnych językach.

Lektorzy to wolontariusze. Pasjonaci (czytania) książek, zwykli ludzie bez doświadczenia i logopedycznego treningu, którzy nagrywają w domu swój głos i udostępniają na LibriVox czytane przez siebie książki. I tu pojawia się problem, bo często są to ludzie z fatalną dykcją, wadami wymowy, czytający szybko, połykający końcówki wyrazów, nie zwracający uwagi na znaki przestankowe, mamroczący coś pod nosem. Ciężko jest trafić na osobę, która czyta wyraźnie.

Loyal Books

Tysiące tytułów i języków. Część nagrywana dla LibriVox i udostępniona tutaj. Podobnie jak w przypadku LibriVox jest dostępna wyszukiwarka a audiobooki podzielone są według języków i gatunków. Lektorzy to wolontariusze, więc należy się spodziewać tych samych problemów co na LibriVox.

 

Znacie inne strony z audiobookami? Jeśli tak, podzielcie się informacją w komentarzu :-)

 

Tagi: inne
18:28, weisse_taube , inne
Link Dodaj komentarz »
sobota, 15 sierpnia 2015

Wpadłam ostatnio na pomysł, aby włączyć do swojego czytelniczego życia audiobooki. Ściągnęłam więc sobie jeden na komórkę (trafiło akurat na kryminał Agaty Christie) z myślą umilania sobie codziennej, dosyć długiej drogi z przystanku autobusowego do domu. Już pierwszego dnia okazało się jednak, że sprzęt który posiadam jest na tyle niekomfortowy, że uniemożliwia wręcz normalne słuchanie książki. W trakcie chodzenia słuchawki co chwila wypadają mi z uszu (albo samoistnie albo w wyniku gwałtowniejszego poruszenia ciałem kiedy to poprawiam spadającą z ramienia torbę z zakupami) a zbliżanie się do bardziej uczęszczanych części osiedla sprawia, że warczące silniki samochodów czy inne dźwięki otoczenia całkowicie zagłuszają głos lektora. Z bólem serca więc zrezygnowałam z mojego pomysłu na odrobinę rozrywki podczas nudnego kilkunastominutowgo spaceru do domu, przynajmniej do czasu aż zaopatrzę się w lepsze słuchawki.

Próba numer dwa odbyła się już w domu. Moje dotychczasowe doświadczenia ze słuchaniem czy to audiobooków czy to audycji radiowych podczas wykonywania codziennych prac domowych typu mycie podłóg, prasowanie, wycieranie kurzu z mebli itp. pokazało, że trudno jest mi przez dłuższy czas skupić się na słowie słuchanym i po pewnym czasie odpływam gdzieś myślami i zwyczajnie tracę wątek (problem wypadających z uszu słuchawek nie ma tu miejsca, bo słucham poprzez głośniki). Coś się jednak musiało w tej kwestii zmienić (a może to zasługa doskonałego lektora), bo ze skupieniem się na  „Tajemnicy Bladego Konia” nie miałam żadnych problemów. Całości wysłuchałam w przeciągu dwóch dni (całkowity czas nagrania to 7h 21min).

Przejdźmy może do fabuły. Intryga kryminalna zawiązuje się w momencie zamordowania katolickiego księdza, przy którym policja znajduje kartkę z listą kilkunastu nazwisk. Główny bohater, pisarz-historyk Mark Easterbrook ze zdumieniem odkrywa, że trzy osoby z listy nie żyją. Sprawa komplikuje się, gdy w trakcie śledztwa wychodzi na jaw, że pozostałe też nie żyją. Okoliczności sprawiają, że Mark trafia do tajemniczego klubu Blady Koń, prowadzonego przez trzy kobiety organizujące seanse spirytystyczne, dzięki którym potrafią zabijać na odległość. Tylko czy za śmiercią osób wymienionych na liście rzeczywiście stoi magia czy może bardziej prozaiczne przyczyny?

Moje pierwsze spotkanie z kryminałem Agathy Christe w 2002 roku (były to „Strzały w Stonygates”) zakończyło się prawidłowym wytypowaniem przeze mnie mordercy i opisem w jaki sposób dokonano zbrodni już po kilkunastu stronach powieści. Zniechęciło mnie to nieco do królowej kryminałów, po której spodziewałam się czegoś bardziej skomplikowanego. Dlatego też przez wiele lat nie sięgałam po jej kryminały, obawiając się zbyt słabej dla mojego umysłu rozrywki. Jedno trzeba autorce jednak przyznać – potrafi świetnie mylić wątki i wprowadzać tropy, które zupełnie ogłupiają czytelnika. Tak też było w „Tajemnicy Bladego Konia” – mniej więcej w połowie książki w mojej głowie zaczęło zarysowywać się rozwiązanie – dosyć mgliste co prawda i co i rusz chwiejące się w posadach za sprawą nowych tropów podsyłanych przez autorkę ale na samym końcu okazało się jednak, że osoba, co do której miałam pewne podejrzenia była zabójcą :-)

Odnośnie samego audiobooka mogę powiedzieć, że został nagrany na najwyższym poziomie! Leszek Filipowicz jest rewelacyjnym lektorem – doskonała dykcja idąca w parze z nieprzesadzonym modulowaniem głosu sprawia, że czytane słowa chłonie się z przyjemnością.

Bardzo się cieszę, że na nowo odkryłam audiobooki i zamierzam słuchać ich częściej. Także poza domem - jak już sobie kupię dobre i nie wypadające z uszu słuchawki ;-)

Moja ocena: 4/6


czwartek, 30 lipca 2015

Jakiś czas temu trafiłam wreszcie w bibliotece na pierwszą część serii o Starym Królestwie zatytułowaną „Sabriel”. Ucieszyłam się bardzo, bo książka zbierała pozytywne opinie na blogach a ja już od dawna miałam chrapkę na dobrą powieść fantasy skierowaną do młodzieży. Fajnie się też złożyło, gdyż trafiłam z lekturą na niemały jubileusz – w tym roku powieść obchodzi 20-lecie wydania, co też Wydawnictwo Literackie postanowiło uczcić wznowieniem nakładu w odświeżonej szacie graficznej. Na wielu blogach nastąpił wysyp pozytywnych recenzji, do których i ja mogę dorzucić małą cegiełkę. 

„Sabriel” w języku angielskim ukazała się po raz pierwszy w 1995 roku (zdobyła wtedy nagrodę Aurealis Award w kategorii najlepsza powieść young-adult i najlepsza powieść fantasy) i choć minęło już 20 lat od jej wydania, nie straciła nic na wartości – nadal zachwyca konstrukcją świata przedstawionego i wzbudza chęć jego głębszej eksploracji w kolejnych tomach serii.

Akcja powieści została umiejscowiona w dwóch sąsiadujących ze sobą państwach, oddzielonych murem (skojarzenia z „Gwiezdnym Pyłem” Gaimana tudzież „Grą o tron” Martina jak najbardziej na miejscu). Ancelstierre przypomina świat z początku XX wieku – jest tam elektryczność, po ulicach poruszają się niedawne wynalazki - samochody, wojsko posiada do dyspozycji czołgi, można wykonywać połączenia telefoniczne. Druga kraina zwana Starym Królestwem kojarzy się bardziej ze znaną nam epoką średniowiecza – nikt tam nie słyszał o elektryczności, podróże odbywa się pieszo lub konno a mieszkańcy tych ziem posługują się tzw. Magią Kodeksu.

Główną bohaterkę powieści poznajemy w chwili jej narodzin oraz… śmierci. Dziewczynkę ratuje z Krainy Śmierci jej ojciec, Abhorsen czyli osoba dbająca o równowagę między światem Żywych a Umarłych (więcej o profesji Abhorsena w dalszej części recenzji), matka niestety umiera przy porodzie. Sabriel wychowuje się w Wywerley Collage, szkole dla dziewcząt w Ancelstierre, gdzie prowadzi beztroskie życie ucząc się Magii Kodeksu. Pewnego dnia osiemnastoletnia już dziewczyna otrzymuje wiadomość od ojca, który jest w śmiertelnym niebezpieczeństwie. Posłaniec przynosi jej miecz oraz dzwonki ojca – atrybuty Abhorsena. Sabriel musi wyruszyć do Starego Królestwa, by odnaleźć ojca i uratować krainę przed Zmarłymi. W wędrówce przez Stare Królestwo towarzyszy jej mówiący ludzkim głosem kot Mogget oraz Touchstone, tajemniczy mężczyzna uwolniony przez Sabriel z więzów wieloletniego zaklęcia.

Jak już wspominałam bardzo podoba mi się świat przedstawiony w powieści, zwłaszcza Kraina Śmierci oraz sposób ‘pracy’ Abhorsena. Śmierć to kraina, do której można dostać się poprzez skupienie myśli. Nie wiem, czy jest to umiejętność dostępna tylko magom czy też wszystkim ludziom ale nie kojarzę żadnej wzmianki jakoby zwykły śmiertelnik posiadał takie zdolności. Kiedy Sabriel przenosi się do Śmierci, jej ciało nieruchomieje i pokrywa się lodem/szronem. Jednak najciekawszy jest sam wygląd Krainy Śmierci – Nix przedstawia ją jako miejsce podzielone na rejony z dziewięcioma Bramami i płynącą Rzeką.

Również wątek nekromancji został ciekawie zilustrowany. W powszechnym znaczeniu nekromanta to czarownik, który przyzywa duchy zmarłych. U Nixa jako Abhorsen ma on przede wszystkim za zadanie odsyłać zbłąkanych Zmarłych do Śmierci, aby nie niepokoili mieszkańców Starego Królestwa. Oprócz zaklęć Magii Kodeksu służą mu do tego celu specjalny miecz oraz komplet dzwonków, z których każdy ma inną funkcję poskramiania złych mocy.

Od samego początku polubiłam główna bohaterkę. Sabriel jest dziewczyna rozsądną, mądrą i potrafiącą samodzielnie myśleć i działać. Początkowo jej wiedza na temat Starego Królestwa i panujących w nim zasad jest znikoma, stąd też dziewczyna ma wiele wątpliwości co do podejmowanych działań, odczuwa strach i bezradność. Potrafi jednak bardzo szybko uczyć się na błędach, wyciągać wnioski i dostosowywać się do zastanych okoliczności. Z przyjemnością śledziłam jej losy, przyglądałam się jak uczy się odpowiedzialności i powoli dorasta do roli, jaką przeznaczył dla niej los. Nixowi należą się brawa za to, że nie uczynił z osiemnastoletniej Sabriel rozchwianej emocjonalnie, rozhisteryzowanej nastolatki, która co dwie strony jęczy z miłości. Skoro jesteśmy już w tematach okołosercowych to nie omieszkam wytknąć Nixowi jednej rzeczy, która zdecydowanie mu się nie udała - chodzi oczywiście o bardzo nieudolnie poprowadzony wątek romansowy, który moim zdaniem nic do powieści nie wnosi i jedynie wywołuje w czytelniku wysoki poziom irytacji. Również sama postać ukochanego została potraktowana przez autora po macoszemu - jest niedopracowana, słaba charakterologicznie i mocno wkurzająca. Za każdym razem kiedy Touchstone pojawiał się na kartach powieści, przewracałam z irytacji oczy.

Skoro mowa o pozostałych bohaterach książki warto wspomnieć o Moggecie - białym kocie obdarzonym ludzką mową. Do końca nie wiadomo kim tak naprawdę on jest, czytelnik dowiaduje się tylko, ze jest to zły demon zaklęty setki lat temu przez jednego z Abhorsenów ale powody dla których to uczyniono pozostają do końca niewyjaśnione. Mogget to najzabawniejsza postać z książki, jego złośliwe i drwiące komentarze wprowadzają sporo humoru do fabuły. Podobnie jak Sabriel polubiłam go od pierwszej strony i to tak bardzo, że zamarzył mi się własny biały kocur... Co dziwne o tyle, ze nie należę do miłośniczek kotów ;-)

Chętnie obejrzałabym film na podstawie książki, zwłaszcza, że malowniczość wielu scen aż prosi się o przeniesienie na duży ekran. Bardzo 'filmowa' wydała mi się szczególnie scena walki z Kerrigorem - spece od efektów specjalnych mieliby tu niezłe pole do popisu.

Książka napisana jest prostym językiem, czyta się ją szybko i sprawnie. Już od pierwszych stron wciąga czytelnika w swój świat i nie pozwala opuścić go na dłużej. Ja wykorzystywałam każda wolna chwilę, by móc ponownie wrócić do Starego Królestwa i dalej wędrować razem z bohaterami po jego niebezpiecznych krainach.

"Sabriel" to powieść skierowana przede wszystkim do młodzieży ale zadowoli także i dorosłego czytelnika. Przemyca uniwersalne prawdy na temat przyjaźni, lojalności, odpowiedzialności. Pomimo drobnych zgrzytów ujęła mnie konstrukcją świata przedstawionego i kreacją głównej bohaterki. Już nie mogę się doczekać kiedy sięgnę po następne tomy serii!

Moja ocena: 5/6

 

Książkę przeczytałam w ramach wyzwań czytelniczych:

* Odnajdź w sobie dziecko (wydana po 2000r)

* Trójka e-pik (książka z motywem królewskim) - w ramach nadrabiania zaległości

* Gra w kolory - biały



niedziela, 19 lipca 2015

Przez wiele lat Kasia Bem była odnoszącą sukcesy menedżerką wysokiego szczebla, dyrektorką w reklamowych i medialnych korporacjach, redaktorką, tłumaczką, copywriterką. Nieustającą pracownicą miesiąca, zabieganą, zapracowaną, zestresowaną, kompulsywnie objadającą się byle czym imprezowiczką. Do czasu aż ledwo zipiący z przemęczenia organizm nie zbuntował się na dobre i nie zafundował jej trwającej długi okres czasu depresji. "Potrzebowałam życiowej traumy, żeby dorosnąć do swojego przeznaczenia" pisze Kasia na swojej stronie internetowej. Tym przeznaczeniem okazała się hatha joga polecona przez przyjaciółkę. "Poczułam jak z tysiąca rozedrganych kawałków złożyłam się nowo" - to był przełom, który zapoczątkował kompletną zmianę dotychczasowego życia Kasi.

Dziś jest nauczycielką jogi z wieloma międzynarodowymi dyplomami zaświadczającymi o ukończonych kursach i warsztatach, propagującą tę dyscyplinę samodoskonalenia wśród swoich polskich uczniów. W 2008 roku stworzyła autorski program "Joga dla Twarzy", jest także pomysłodawczynią warsztatów p.t. "Pokonaj stres" oraz programów "Potęga ciszy" czy "Detoks z jogą naturalnie!". I właśnie o tym ostatnim chciałabym dzisiaj powiedzieć kilka słów.

Książka "Happy detoks" powstała na bazie doświadczeń zebranych przez autorkę na przestrzeni kilku lat, w których nauczała jogi i zdrowego trybu życia. Tytuł spotkał się z ogromnie serdecznym przyjęciem i już po dwóch miesiącach sprzedaży doczekał się dodruku. I nie ma się co dziwić, bo jest to jeden z najlepszych poradników, jakie było mi dane w życiu czytać - napełniający radością, zarażający optymizmem i niesamowitym powerem do działania.

Już sama okładka wywołuje uśmiech na twarzy - intensywnie różowa i radosna przyciąga jak magnes. Treść jest nie mniej pozytywna - możecie uwierzyć mi na słowo, że z każdej strony tego poradnika świeci słońce i napełnia pozytywną energią :-)

"Happy Detoks" to kompletny, holistyczny przewodnik oczyszczania ciała, umysłu i emocji. Skierowany jest do wszystkich, którzy świadomie podchodzą do kwestii odżywiania i chcą zadbać o swój organizm. Opiera się on przede wszystkim na diecie alkalizującej czyli takiej, która przywraca w organizmie właściwy poziom pH. Książka zawiera kompletne menu na 10 dni diety Happy Detoks - kilkadziesiąt prostych i szybkich w przygotowaniu przepisów.

Ponieważ Happy Detoks jest z założenia holistycznym programem oczyszczania, włączono do niego dodatkowe elementy sprzyjające oczyszczaniu ciała i umysłu czyli proste zestawy asan, ćwiczenia oddechowe czy medytacje. 

Układ książki jest bardzo przejrzysty, całość podzielono na 10 rozdziałów, w których Kasia Bem krok po kroku prezentuje nam poszczególne fazy diety i udziela cennych wskazówek związanych ze zdrowym trybem życia. Świetne w tym programie jest to, że został on dostosowany do wymogów współczesnego świata, aby bez problemu można go było włączyć do codziennego napiętego planu dnia. W końcu autorka dobrze wie, jak współczesnym kobietom trudno jest wygospodarować choć pół godziny w ciągu dnia tylko dla siebie.

Dieta prezentowana w książce nie jest mi obca, wielokrotnie odkwaszałam w ten sposób swój organizm (ale bez jogi i ćwiczeń oddechowych) i mogę potwierdzić jej fenomenalne działanie zarówno na ciało jak i na ducha. Warto zrezygnować z produktów zakwaszających organizm, uczucie lekkości i energia do działania jakie wywołuje dieta alkalizująca są warte wszelkich wyrzeczeń! I gwarantuję Wam, że nie poznacie swojej skóry w lustrze! Będzie jędrniejsza, bardziej promienna, tryskająca młodzieńczym blaskiem!

Pełną dietę Happy Detoks zaprezentowaną w książce bardzo chciałabym przeprowadzić ale najpierw muszę odpowiednio 'wgrać' ją w mój plan dnia, tzn. głównie przemyśleć kolejność i godziny posiłków (w pracy nie mam mikrofali by odgrzać przygotowany wcześniej obiad), bo czasami wracam do domu na tyle późno, że jem już tylko jeden posiłek (obiado-kolację) aby nie zapełniać żołądka w późnych godzinach wieczornych.

Bardzo podobało mi się stwierdzenie Kasi, że jesteśmy tym co jemy, zadbajmy więc o jakość budulca, z którego tworzymy samych siebie. Od kilku miesięcy jest to zasada bliska również mnie, której efekty coraz częściej cieszą moje oczy i duszę.

Aby nie było tylko słodko i cukierkowo, dodam odrobinę goryczy w postaci dwóch uwag, które nasunęły mi się podczas lektury. Po pierwsze "Happy Detoks" zawiera trochę literówek, które warto byłoby skorygować, zwłaszcza w tak pięknie wydanej książce. A po drugie nie bardzo rozumiem, jaki jest sens powielania w dwóch następujących po sobie rozdziałach tych samych przepisów na potrawy. Skoro pojawiają się one już w rozdziale opisującym dzień po dniu przebieg detoksu, to trzeba było zrezygnować z nich w następnym rozdziale zawierającym spis wszystkich przepisów. Albo zaproponować w nim alternatywne przepisy do wykorzystania w trakcie diety.

Poza tym nie mam żadnych uwag i jestem naprawdę zachwyconą książką jako całością! Zapomniałam dodać, że jest ona interaktywna, tzn. po wgraniu na Wasze smartfony odpowiedniej aplikacji można zeskanować obrazki na niektórych stronach książki i obejrzeć w internecie dodatkowe filmiki, na których Kasia Bem pokazuje jak prawidłowo wykonywać asany czy ćwiczenia oddechowe.

Bardzo serdecznie zachęcam Was do zapoznania się z tą niezwykle kolorową i radosną pozycją - jestem przekonana, że zmieni ona Wasze podejście do odżywiania a kto wie, może i zapoczątkuje też zmiany na nieco głębszym, duchowym poziomie. Spróbujcie same, to działa!

Moja ocena: 5,5/6



Książkę przeczytałam w ramach wyzwań czytelniczych:

* z własnego księgozbioru

* Gra w kolory - różowy

* Wyzwanie 2015 - została wydana w 2015r


środa, 08 lipca 2015

Nie należę do osób lubiących gotować ale życie na własny rachunek wymaga od nas choćby podstawowych umiejętności przygotowywania potraw. Te wraz z moim życiowym partnerem już posiadamy, gorzej z pomysłami na codzienne obiady. Trudno jeść ciągle to samo, od czasu do czasu trzeba szukać inspiracji. Gromadzone przez lata książki kucharskie znajdują więc wreszcie zastosowanie ;-)

Jestem zwolenniczką diety bezmięsnej i najlepiej bezglutenowej. Staram się odżywiać zdrowo, wiem co szkodzi mojemu organizmowi, ma niekorzystny wpływ na pracę poszczególnych narządów oraz wygląd skóry czy włosów. Od kiedy dbam o to, co stanowi budulec mojego organizmu, stan mojej skóry uległ znacznej poprawie a ja czuję się o niebo lepiej na co dzień.

Gotowaniem według Pięciu Przemian nigdy specjalnie się nie interesowałam, ale chińska filozofia natury jest mi znana choćby z teorii urządzania przestrzeni według feng-shui, którą fascynowałam się kilka lat temu. Aspekty związane z jin-jang i przepływem energii nie są mi więc obce. Sięgnęłam po przepisy pani Anny Czelej, bo zasady gotowania według Pięciu Przemian wydały się współgrać z tym, na co zwracam uwagę w odżywianiu. Na czym więc polega ten tradycyjny chiński sposób gotowania?

W skrócie chodzi o to, by przygotowywać potrawę dodając składniki w odpowiedniej kolejności, co sprawi, że wydobędziemy z potrawy odpowiednią energię, która krążąc i wzmacniając energię naszego organizmu, zapewni mu równowagę i pełnię zdrowia. Każdemu z pięciu elementów (drzewo-ogień-ziemia-metal-woda) przyporządkowane są pory roku, poszczególne produkty, smaki oraz narządy człowieka. W odpowiednio zbilansowanej energetycznie potrawie występują składniki z wszystkich pięciu przemian, przy czym należy zwracać też uwagę na to, czy dany produkt działa na organizm ludzki rozgrzewająco, wychładzająco czy neutralnie.


Jak sam tytuł wskazuje, znajdziemy w książce przepisy na potrawy z warzyw i owoców ogólnodostępnych w porze letniej. Wzbogacone nasionami, orzechami, ziołami i przyprawami tworzą podstawę zbilansowanej diety letniej. Według Pięciu Przemian lato to Przemiana Ognia, energetyczna natura yang, kolor czerwony i smak gorzki. W sferze emocji odwołuje się do radości życia, witalności, kreatywności i serdeczności.

Po krótkim wstępie, w którym autorka charakteryzuje porę letnią według filozofii Pięciu Przemian oraz opisuje ogólne zasady tej metody, znajdziemy kilkadziesiąt przepisów na dosyć proste w przygotowaniu potrawy wraz ze zdjęciami autorstwa pani Czelej. Nie grzeszą one ani wyrafinowaną kompozycją ani jakością wykonania ale mnie w zupełności wystarczają. Przepisy podzielone są na sekcje typu: zupy, surówki i sałatki, dania ciepłe, desery, przetwory. Na końcu znajdziemy alfabetyczny spis wszystkich potraw z oznaczeniem dań bezglutenowych.

Stopień trudności przepisów określiłabym od bardzo łatwego do średnio trudnego. Nawet taki kulinarny żółtodziób jak ja nie powinien mieć problemów z przygotowaniem większości dań z książki. Na pochwałę zasługuje także dobór składników poszczególnych potraw – 99% z nich bez problemu kupimy w osiedlowym sklepie czy supermarkecie. Nawet sama autorka w przedmowie wspomina, że jest propagatorką kuchni polskiej w świecie, więc starała się wykorzystywać głównie nasze rodzime owoce czy warzywa.

Przepisy są ciekawe i na tyle apetyczne, że mam ochotę przyrządzić zdecydowaną większość. Zresztą, zobaczcie ile interesujących mnie potraw zaznaczyłam! ;-)


Posiadam wszystkie cztery tomy serii i zamierzam aktywnie korzystać z wiedzy w nich zawartej, zgodnie z aktualną porą roku. Polecam te książki osobom zainteresowanym odkrywaniem nowych szlaków w temacie kulinariów - nie tylko zaawansowanym w sztuce gotowania. Przepisy pani Anny Czelej są na tyle proste, że nawet początkujący kucharze bez problemu zachwycą swoich domowników czy gości przyrządzonymi według nich potrawami.



Moja ocena: 5/6

Książkę przeczytałam w ramach wyzwań czytelniczych:

* z własnego księgozbioru



niedziela, 28 czerwca 2015

Wróciłam z dłuższego urlopu, więc mam nadzieję, że cisza na blogu wreszcie się zakończy i zaczną pojawiać się bardziej regularne wpisy :-)

Tymczasem chwalę się kolejnymi wygranymi książkami :-)

Tagi: inne stosiki
11:11, weisse_taube , stosiki
Link Dodaj komentarz »
sobota, 27 czerwca 2015

Kiedy jesienią zeszłego roku byłam po raz pierwszy w Tatrach, z miejsca zakochałam się w Dolinie Roztoki. Przypomniała mi się wtedy niewielka książeczka z dzieciństwa o małym sarnim koźlątku. Będąc dzieckiem nigdy jej nie przeczytałam (czego teraz oczywiście żałuję), więc nadarzyła się okazja, by nadrobić zaległości.

Po rozpoczęciu lektury okazało się jednak, że wspomniana w tytule Dolina Roztoki mieści się nie w Tatrach a na Nowosądecczyźnie, w rejonie rzeki Poprad. Tam jednak także miałam okazję być – przejeżdżałam przez te okolice jadąc na urlop do Rumunii – i byłam zachwycona widokami za oknem autokaru!    

„Rogaś z Doliny Roztoki” opowiada historię sarniego koźlątka, osieroconego przez matkę i przygarniętego przez rodzinę gajowego na odchowanie do czasu aż będzie mógł powrócić do swego naturalnego domu. Ze zwierzęciem bardzo zżyły się dzieci gajowego, które karmiły je z butelki, bawiły się z nim i opiekowały się brykającym po podwórzu coraz większym jelonkiem. Rogaś sporo psocił dowodząc tym samym swojej dzikiej natury ale potrafił też okazać przywiązanie do ludzi.

Akcja powieści została umiejscowiona w podkarpackiej wsi Rytro położonej w dolinach Popradu i obu Roztok. Opisy przyrody są zachwycające, aż chciałoby się wybrać w te okolice choć na kilka dni! Maria Kownacka wiernie oddała nie tylko nowosądeckie krajobrazy – także wydarzenia przedstawione w książeczce miały miejsce naprawdę.

Jak pisze sama autorka w posłowiu okolice Rytra są prawdziwą skarbnicą pamiątek historycznych, legend i podań, niewiele dotąd znanych a wartych przedstawienia szerszej publiczności. Stąd pomysł na opowiadanie, które jest niejako hołdem złożonym mieszkańcom tych okolic. Maria Kownacka spędziła na Nowosądecczyźnie wiele czasu, rozmawiała  z mieszkańcami Rytra, którzy wprowadzali ją w tajniki tamtejszych obyczajów czy gwary. Opowiadali jej oni różne historie związane z tą miejscowością, między innymi o przygodach małego jelonka.

Osobiście zachwycił mnie nie tylko język opowiadania (piękna polszczyzna, stylizowana miejscami na gwarę) ale i sama zawartość merytoryczna – przygodny psotliwego sarniątka są tylko pretekstem do ukazania wspaniałej obyczajowości mieszkańców okolicznych wsi – ich codziennego życia, zabaw a także tradycji i różnorakich świąt. Opowiadanie kończy się nawiązaniem do ciekawej legendy o rycerzu Rydygierze zabitym przez okolicznego samca sarny. Poza tym historia Rogasia uczy młodego czytelnika szacunku do świata zwierząt – zwłaszcza tych dzikich i zrozumienia, że nie każde zwierzę nadaje się do ciągłego życia z człowiekiem. Dzika natura rządzi się swoimi prawami i trzeba umieć je uszanować.

Wspaniała lektura nie tylko dla młodego czytelnika – dorosłych zachwyci z pewnością malowniczość krajobrazów i bogato opisana obyczajowość mieszkańców Nowosądecczyzny. To świat którego już nie ma, odległy baśniowy świat pełen zachwycającego piękna prosto z natury.

Moja ocena: 5/6

Książkę przeczytałam w ramach wyzwań czytelniczych:

* z własnego księgozbioru

* Gra w kolory - biały

* Odnajdź w sobie dziecko (książka o innym zwierzątku - wydana przed 2000r)
* Wyzwanie 2015 – oparta na prawdziwej historii

* Trójka e-pik (powieść, której jednym z głównych bohaterów jest zwierzę) - w ramach nadrabiania zaległości



13:35, weisse_taube , przeczytane
Link Komentarze (1) »
1 , 2 , 3 , 4 , 5 ... 30
| < Wrzesień 2017 > |
Pn Wt Śr Cz Pt So N
        1 2 3
4 5 6 7 8 9 10
11 12 13 14 15 16 17
18 19 20 21 22 23 24
25 26 27 28 29 30  
Tagi
Related Posts Plugin for WordPress, Blogger...