piątek, 20 maja 2016

Pierwszy raz zetknęłam się z „The Paper Magician” na Instagramie, gdzie debiutancka powieść młodziutkiej Amerykanki o męskim imieniu zbierała całkiem pochlebne opinie. Książka nie ukazała się jeszcze na polskim rynku i nic mi nie wiadomo na temat ewentualnych planów jej wydania. Czytałam ebooka po angielsku.

Bohaterką powieści jest Ceony Twill, absolwentka Szkoły Magii, która trafia na praktyki do domu Emery Thane’a – maga (czarodzieja, magika? Nie wiem jakie słowo byłoby tu najodpowiedniejsze i powiem szczerze, że jeśli książka ukaże się po polsku na pewno ją przeczytam, by dowiedzieć się w jaki sposób zostały przetłumaczone niektóre terminy występujące w książce) zajmującego się papierową magią. Ceony nie jest szczególnie zachwycona magicznym elementem, jaki przypadł jej w udziale – papier wydaje jej się nudny i dający małe pole do popisu. Zawsze marzyła o tym, by zajmować się metalem. Pokornie jednak uczy się zaklęć objaśnianych przez nauczyciela, który wydaje jej się być znaczne ciekawszą postacią niż magia, którą reprezentuje. Thane jest bardzo tajemniczy, zamknięty w sobie i nieco gburowaty, co na początku zniechęca do niego Ceony ale w miarę upływu czasu, dziewczyna czuje się coraz bardziej zaintrygowana jego osobą. A kiedy pewnego dnia, zupełnie znienacka, pojawia się w domu czarnowłosa piękność, która za pomocą magii krwi chce uśmiercić Thane’a, Ceony decyduje się wyruszyć w bardzo nietypową i chyba nigdzie wcześniej nie występującą w literaturze podróż, by ratować swego nauczyciela…

Uch, pisanie o treści tej książki bez zdradzania co ciekawszych faktów i zdarzeń jest bardzo trudne!

Zacznijmy może jednak od pewnej cechy świata wykreowanego przez Holmberg, która szalenie mi się spodobała. Zazwyczaj w powieściach, w których mamy do czynienia z magią, jest ona ukazywana jako zbiór zaklęć rzucanych przez maga/czarodzieja, które pozwalają mu przejąć władzę nad siłami nadprzyrodzonymi i w ten sposób zmieniać rzeczywistość. Dodajmy, że magia ta dotyczy praktycznie wszystkich zjawisk. U Holmberg jest zupełnie inaczej: poszczególni magowie uczą się magii związanej z tylko jednym, wybranym przez siebie (lub narzuconym) elementem: może to być papier, szkło, metal itp. Mag związany z papierem nie potrafi ożywić metalu i odwrotnie. Była to dla mnie bardzo miła i ciekawa odmiana. A Holmberg wspaniale potrafi opisywać ten rodzaj magii na przykładzie swojej bohaterki uczennicy, która wraz z czytelnikiem poznając coraz bardziej skomplikowane ‘foldy’ (sztuka składania papieru, jak w orgiami), zaczyna rozumieć jak wielką moc ma ten niepozorny na pierwszy rzut oka element.

Nie jestem w stanie podać dokładnego czasu i miejsca akcji, zresztą nie przypominam sobie aby autorka informowała o tym wprost ale na podstawie pewnych faktów można się domyślić, że fabuła osadzona jest gdzieś w Anglii na przełomie XIX i XX wieku.

Powieść jest napisana prostym językiem, nie zawiera skomplikowanych form składniowych czy wydumanych metafor. Widać, że jest to debiut Charlie N. Holmberg, podobnie da się to zauważyć w niektórych rozwiązaniach fabularnych czy zbyt nagłych i – przynajmniej z mojej perspektywy – nieuzasadnionych zwrotach akcji ale nie jest to poważny zarzut z mojej strony. Powieść czytało mi się całkiem przyjemnie a spora ilość naprawdę ciekawych i innowacyjnych pomysłów sprawiła, że przymknęłam oko na pewne niedociągnięcia.

Holmberg bardzo umiejętnie stopniuje napięcie i oszczędnie dawkuje informacje na temat przeszłości Thane’a. Dopiero w drugiej części powieści, w trakcie osobliwej podróży Ceony (ależ chciałabym o tym napisać, ale nie! Cicho sza! Nic nie zdradzę) krok po kroku poznajemy jego życie i uczucia praktycznie od podszewki.

Wątku romansowego pomiędzy Ceony a Thanem tu praktycznie nie ma i chwała za to autorce. Pozwala to czytelnikowi skupić się na szczegółach świata przedstawionego czy na koncepcji działania papierowej magii. Cień kiełkującego uczucia pojawia się pod sam koniec powieści i to ku zaskoczeniu obojga bohaterów. Dobrze to pani rozegrała, pani Holmberg.

„The Paper Magician” jest pierwszą częścią trzytomowego cyklu, ale nie wiem czy zdecyduję się kontynuować jego czytanie. Kreacja świata przedstawionego może i jest ciekawa i na pewno warto się z nią zapoznać choćby ze względu na jej unikalność w literackim świecie ale powiedzmy sobie szczerze – nie są to porywające historie, nie tęsknię jakoś szczególnie za bohaterami. Jeśli sięgnę po kolejne tomy to raczej z chęci poczytania trochę po angielsku.

Moja ocena: 3,5/6


 

niedziela, 15 maja 2016

Wielki powrót Balzaka do mojego małego czytelniczego świata!

Po raczej mało znaną powieść „Lilia w dolinie” sięgnęłam przeczytawszy cytat oraz kilka słów zachęty na blogu Koczowniczki, u której mam teraz dług wdzięczności, bo powieść okazała się rewelacyjna!

Balzaka czytałam ostatnio w liceum (czyli dobre 15 lat temu), był to oczywiście „Ojciec Goriot”, z którego zresztą nic już kompletnie nie pamiętam. Ale chcę tę lekturę nadrobić, bo „Lilia w dolinie” wzbudziła we mnie tyle emocji i była tak dużym pozytywnym zaskoczeniem, że chyba przerobię całego Balzaka wzdłuż i wszerz ;-)

„Lilia w dolinie” to powieść epistolarna, w której główny bohater i jednocześnie pierwszoosobowy narrator opowiada w listach do tajemniczej Natalii historię swojej wielkiej miłości do zamężnej kobiety. Trudno tu mówić o romansie, bo była to miłość niespełniona, platoniczna a przez to naznaczona tragizmem. Ukochana Feliksa – Henrietta – nie była w stanie zdradzić i porzucić męża tyrana, znęcającego się nad nią psychicznie. Rozsądek i zasady moralne wzięły górę nad podszeptami serca.

Powieść napisana jest przepięknym językiem, niezwykle sugestywnym i rozedrganym od emocji. Opisy przyrody odzwierciedlają stan emocjonalny bohaterów, a ich plastyczność pobudza wyobraźnię.

Jednak najbardziej ujęła mnie w tej powieści pogłębiona konstrukcja psychologiczna postaci i doskonale umotywowane zachowania. A opis paryskiego społeczeństwa, przed którym hrabina ostrzega młodego i nieobytego w towarzystwie Feliksa, po prostu zwala z nóg swoją aktualnością. Od napisania powieści minęło 180 lat a ja czułam się, jakbym czytała o ludziach nam współczesnych! Świadczy to o tym, jak świetnym obserwatorem i psychologiem był Balzak, skoro nawet po tylu latach jego spostrzeżenia potrafią zaskoczyć swoją trafnością.

Zaskakujące jest także zakończenie. Dowiadujemy się wtedy jaką rolę w życiu Feliksa pełni tajemnicza adresatka listów Natalia, choć bystry czytelnik domyśli się tego wcześniej. A to czy postąpiła słusznie, o tym każdy czytelnik będzie musiał zadecydować sam.

Jestem szczerze zachwycona tą powieścią, którą słuchałam w formie audiobooka. Spędziłam w jej towarzystwie kilkanaście fantastycznych popołudni – umilała mi pieczenie ciasta lub sprzątanie mieszkania. Włodzimierz Nowakowski był wspaniałym lektorem, z dobrą dykcją i umiejętną modulacją głosu.

Polecam Wam  zapoznanie się z tą piękną opowieścią o niespełnionej miłości i jej tragicznych konsekwencjach. Może podobnie jak ja odkryjecie dzięki niej Balzaka na nowo! 

Moja ocena: 5,5/6



14:47, weisse_taube , przeczytane
Link Komentarze (2) »
sobota, 07 maja 2016

Po dłuższej przerwie wracam do blogowania. W okresie zimowym zapadłam nieco w letarg i nie miałam ochoty na większą aktywność umysłową. Obserwuję u siebie tę tendencję od kilku lat, ale póki okres ‘zimowego snu’ nie przedłuża się nadmiernie i jestem w stanie szybko i bezboleśnie powrócić do żywych, nie mam powodu do zamartwiania się tym zbytnio. Odpoczęłam, zresetowałam umysł, zrobiłam porządki wokół siebie, mam więc nową energię do działania.

W pierwszym kwartale roku udało mi się skończyć zaczęty jeszcze jesienią drugi tom Kronik Wardstone pt. „Klątwa z przeszłości”. Osoby, które nie czytały części pierwszej i nie orientują się w tematyce cyklu, odsyłam do recenzji.

Tym razem Tom i jego mistrz Gregory udają się do Priestown, by pokonać ukrytego w katakumbach Mora – istotę zmiennokształtną i potrafiącą wpływać na umysły ludzi. Jest to stwór bardzo niebezpieczny, zagrożone jest całe hrabstwo. Ale to nie jedyne niebezpieczeństwo, któremu musi stawić Stracharz i jego uczeń – do miasta bowiem przybywa okrutny Kwizytor, który szuka i skazuje na śmierć wszystkich, którzy mają do czynienia z Mrokiem…

Ten tom czytało mi się o wiele dłużej niż poprzedni i wcale nie ze względu na nadmiar obowiązków (dla przypomnienia – Kroniki Wardstone podczytuję w wolnych chwilach w pracy). Zupełnie nie mogłam wciągnąć się w początkowe rozdziały, wydarzenia związane z przybyciem Stracharza i Toma do miasta były dla mnie na tyle mało atrakcyjne, że nawet mając wolny czas wolałam robić coś innego niż czytać. Dopiero mniej więcej w połowie akcja ruszyła z kopyta, co pozwoliło mi połknąć resztę w dwa dni.

Drugi tom Kronik wydaje się słabszy od pierwszego i zaczynam dostrzegać schemat, na którym opiera się Delaney pisząc ten cykl. Nie zmienia to faktu, że po kolejne tomy sięgnę na pewno, choćby z czystej ciekawości i chęci poznania dalszych szczegółów z życia Stracharza, które autor umiejętnie dawkuje w kolejnych tomach.

Kroniki Wardstone to świetny cykl dla dzieci powyżej 10. roku życia, nie polecam młodszym czytelnikom ze względu na sporą ilość makabry i grozy w opisach Mroku i jego mieszkańców.


Moja ocena: 3,5/6



sobota, 30 stycznia 2016

W wolnym czasie bardzo lubię 'dłubać' na szydełku, drutach, szyć czy robić różne rzeczy z papieru, filcu i innych materiałów. Ostatnio w ruch poszły nożyczki, kolorowy papier i bawełniane koronki. A oto co udało mi się stworzyć: zakładki w nieco vintage'owym, romantycznym stylu:

 

sobota, 23 stycznia 2016

Kiedy za oknem temperatura spada grubo poniżej zera a puszysty śnieg przykrywa całą okolicę białą kołderką, to idealny moment na sięgnięcie po powieść w tego rodzaju klimacie czyli z akcją umiejscowioną w dalekim, odludnym miejscu, gdzie panuje sroga zima wpływająca nie tylko na krajobraz ale i na duszę i uczucia ludzi. Taką właśnie książką jest „Dziecko śniegu”, debiutancka powieść pochodzącej z Alaski Eowyn Ivey (matka poetka nadała jej imię na cześć jednej z bohaterek „Władcy Pierścieni”). Eowyn pracuje w Fireside Books, klimatycznej księgarni w miasteczku Palmer i to właśnie tam znalazła inspirację do napisania swojego debiutu. Któregoś dnia porządkując książki na półkach w księgarni, trafiła na książeczkę dla dzieci p.t. „The Snow Child” z ilustracjami alaskańskiej artystki Barbary Lavallee. To właśnie wtedy po raz pierwszy zetknęła się z rosyjską baśnią o Śnieżynce. Pisząc powieść prowadziła research na temat recepcji baśni na świecie i okazało się, że przez wieki była ona przetwarzana na wszelkie możliwe sposoby – pojawiała się w malarstwie, literaturze a także w świecie opery i baletu. Wszystkie te ‘retelligi’ były paliwem dla wyobraźni Ivey. 

„Dziecko śniegu” również bazuje na rosyjskiej „Śnieżynce”. To historia bezdzietnej pary, która pewnej zimy lepi ze śniegu postać dziewczynki. Następnego dnia po śniegowej postaci nie ma śladu, zaś do drzwi staruszków puka dziecko…

W historii stworzonej przez Ivey bohaterami jest para w średnim wieku Jack i Mabel. Przytłoczeni tragedią jaka wydarzyła się w ich życiu kilka lat temu (narodziny martwego dziecka), niemożność posiadania dzieci i brak chęci  życia wśród szczęśliwych, odnoszących sukcesy i przede wszystkim wielodzietnych członków pozostałej rodziny, skłania tę dwójkę do przeniesienia się na odludną Alaskę, by zacząć życie od nowa – z dala od naznaczonej nieszczęściem przeszłości. Akcja powieści osadzona jest na początku XX wieku, trzeba więc uświadomić sobie, na co porwali się Jack i Mabel. Życie w tym okresie w tak odludnym i mało przyjaznym człowiekowi środowisku nie należało do najłatwiejszych. Ludzie żyli w tym mało zaludnionym amerykańskim stanie głównie z pracy własnych rąk i to bardzo ciężkiej pracy. Alaskańska ziemia nie chciała tak łatwo dać się uprawiać - przygotowanie odpowiednio dużego pola pod uprawę wymagało najpierw kilkudniowego karczowania terenu a później całodziennej orki, często ponad siły młodego człowieka a co dopiero osób starszych, o kiepskim zdrowiu i kondycji. Mabel i Jack nie poddają się jednak i robią wszystko, by pozostać na Alasce. W końcu powrót do rodziny do Pensylwanii oznaczałby kolejną porażkę w ich życiu. Pewnego zimowego popołudnia para urzeczona pierwszym śniegiem tej zimy otulającym wszystko dookoła, lepi ze śniegu dziewczynkę. Mabel ubiera ją w niebieski szal i rękawiczki, tak jak para staruszków z rosyjskiej baśni, którą pamięta z dzieciństwa. Następnego dnia śniegowa postać znika, zaś na obrzeżach lasu w pobliżu gospodarstwa pojawia się dziewczynka ubrana w błękitny szal Mabel. Początkowo małżeństwo nie wie, co myśleć o małej dzikusce biegającej po lesie – czy to prawdziwe dziecko czy tylko wytwór ich wyobraźni, ‘zimowa gorączka’ jak twierdzi ich sąsiadka Esther. Zdaje się, że Bóg wysłuchał w końcu modłów Jacka i Mabel i zesłał im upragnione dziecko. Kim ono jest i jaki będzie miało wpływ na życie tej pary? Warto przeczytać i przekonać się samemu.

„Dziecko śniegu” nie jest powieścią zapierającą dech w piersiach. Czytałam na jej temat wiele pięknych słów, jednak mojego serca ta książka nie skradła. Zbyt słabo oddziałuje na moje emocje, by zyskać sobie miano poruszającej historii. Owszem, jest piękna i smutna ale nic poza tym.

Zdecydowanie najmocniejszą stroną powieści jest opisana w niej alaskańska przyroda. Dzika, dziewicza i  nieposkromiona i właśnie dlatego tak piękna. Opisy są bardzo sugestywne, zresztą nie ma się co dziwić, skoro stworzyła je osoba, która na co dzień na nie patrzy. Początkowo ten surowy, zimowy klimat kojarzył mi się z powieścią „Hohaj” Elisabeth Rynell albo z opowiadaniem „Bergkristall” Adalberta Stiftera (choć w obu przypadkach mamy do czynienia z zupełnie inną częścią świata). Pomimo obecności elementów baśniowych, magicznych powieść jest mocno osadzona w kontrastującej z nimi surowej alaskańskiej dziczy. Eteryczna, jakby nie z tego świata dziewczynka zostaje zestawiona z brutalnością życia na pustkowiu, ukazując w ten sposób jego piękno. „Dziecko śniegu” uczy szacunku i pokory wobec przyrody. Pokazuje, że zabijanie w tych warunkach jest konieczne do przeżycia, to naturalna część łańcucha pokarmowego ale pod warunkiem, że nie odbywa się dla sportu. Początkowo Garrett, syn sąsiadów chodzi na polowania nie tyle z konieczności wyżywienia rodziny, co dla samej satysfakcji z tropienia i zabijania zwierząt, udowadniania wyższości człowieka nad światem przyrody. Dopiero obcowanie z wychowaną wśród dziczy Fainą uczy bohaterów tej powieści patrzeć na ten świat także z zachwytem, dostrzegać jego piękno i cieszyć się nim.

W powieści pojawia się także element zaskoczenia. Początkowo myślałam, że historia Jacka, Mabel i Fainy podąży w spodziewanym przeze mnie kierunku i nawet wydawało mi się, że wiem, jak to wszystko się skończy. Jednak autorka nieco inaczej pokierowała tą historią, co zaliczam na plus, bo mniej więcej w połowie książka zaczynała mnie już trochę nużyć.

Trochę zdziwiło mnie, że „Dziecko śniegu” było nominowane do nagrody Pulitzera. Zawsze wydawało mi się, że to niezwykle prestiżowa nagroda i nominuje się do niej tylko naprawdę wybitne książki a debiut Ivey moim zdaniem wybitny nie jest.

Jest to powieść, która zgrabnie łączy baśniowość z surowością i brutalnością przyrody na Alasce, powieść o nadziei, umiejętności życia tu i teraz, o cieszeniu się chwilą ale także o miłości i oswajaniu. Piękna, momentami smutna i choć nie porusza do głębi, to warto po nią sięgnąć w mroźny, zimowy wieczór. W końcu nieczęsto trafiają do nas książki opisujące dziewicze krajobrazy Alaski pokrytej grubą warstwą śniegu.  

Moja ocena: 4,5/6



Tagi: Alaska Ivey USA
13:54, weisse_taube , przeczytane
Link Komentarze (2) »
piątek, 22 stycznia 2016

Okazja do pierwszego książkowego szaleństwa zakupowego nadarzyła się szybciej, niż mogłam się tego spodziewać a głównym winowajcą w tym przypadku jest Wydawnictwo Literackie, które skusiło mnie atrakcyjną promocją na fantastykę oraz kolekcję z Zielonego Wzgórza.

Gdyby nie ostry sprzeciw zdrowego rozsądku („Kobieto! Miałaś oszczędzać na mieszkanie!”) kupiłabym więcej (w koszyczku na pewno wylądowałyby jeszcze co najmniej trzy powieści Jacka Dukaja) ale pomyślałam sobie, że pewnie jeszcze nie raz trafi się dobra okazja, by i Dukaj znalazł się w moich zbiorach.

Zakupiłam serię o Starym Królestwie Gartha Nixa, którego pierwsza część spodobała mi się na tyle, że umieściłam ją w rankingu najlepszych powieści przeczytanych w zeszłym roku. Mam nadzieję, że cała seria okaże się sympatyczna i nie będę żałowała zakupu.

Spełniłam również jedno ze swoich marzeń a mianowicie nabyłam pięknie wydaną serię książek Lucy Maud Montgomery. Bardzo lubiłam tę pisarkę w dzieciństwie, mam do jej książek ogromny sentyment i zawsze marzyłam o tym, by mieć na własność wszystkie jej książki. Do całej kolekcji brakuje mi tomu 11 (wyczerpany nakład) ale doświadczenie pokazuje, że w najmniej spodziewanym momencie i jego uda mi się zdobyć w korzystnej cenie. Jestem cierpliwa, nie muszę go mieć już teraz, więc spokojnie sobie poczekam aż trafi się okazja zakupu.

Kolekcja jest pięknie wydana, nie mogę się wprost napatrzeć na te śliczne kolorowe okładki. W zeszłym roku miałam w planach przeczytać wszystkie książki Montgomery ale oczywiście na planach się skończyło… Teraz te okładki tak mnie do siebie ciągną, że najchętniej zamknęłabym się w domu na dwa miesiące i czytała, czytała, czytała… :-)

Miłego weekendu!

Tagi: stosiki
19:42, weisse_taube , przeczytane
Link Dodaj komentarz »
niedziela, 17 stycznia 2016

Nie pamiętam już, w jaki sposób trafiłam na Mateusza Grzesiaka, pewnie jak to zazwyczaj bywa – zupełnie przypadkiem. Zaczęło się od pewnego video na youtube, gdzie polecał kilka przeczytanych przez siebie książek. Na tyle spodobało mi się to, co oraz jak mówi, że już po chwili wertowałam youtube pod kątem filmików motywacyjnych pana Mateusza. I wsiąkłam na amen :-) Sięgnięcie po jedną z książek tego bodajże najpopularniejszego w chwili obecnej coacha i trenera rozwoju osobistego w Polsce było więc naturalną koleją rzeczy.

Postać Grzesiaka a właściwie jego metody wzbudzają wiele kontrowersji w branży. W jednym z artykułów w Tygodniku Powszechnym „jego byli współpracownicy i coachowie twierdzą, że Grzesiak psuje opinię ich branży i jest raczej nieprzeciętnie utalentowanym mówcą motywacyjnym niż coachem i trenerem. Zarzucają mu również brak stałych poglądów w głoszonych treściach, niekonsekwencję pomiędzy głoszonymi poglądami a prezentowanymi zachowaniami, kłamstwa, agresję słowną, seksizm oraz eksperymentowanie na klientach. Ponadto autorka artykułu zawraca uwagę, że Grzesiak nie jest certyfikowany przez wiodące organizacje szkolące coachów w Polsce oraz nie podlega superwizji. Zarzuca mu także, że zaciera ślady poprzednich aktywności, m.in. związków z NLP.” (źródło: Wikipedia) Zbyt pobieżnie poznałam pracę pana Mateusza by móc w jakikolwiek sposób odnieść się do stawianych mu zarzutów ale z całą pewnością będę o nich pamiętać zgłębiając dalej proponowane przez niego metody rozwoju osobistego. Na chwilę obecną jedyne, co mogę powiedzieć, to że jestem zachwycona tym, co przeczytałam w recenzowanej tu książce.

„Success and change” to autorski program coachingowy Mateusza Grzesiaka, w którym przedstawia sposoby na osiągnięcie sukcesu (cokolwiek to dla nas znaczy) poprzez optymalizację działania naszego umysłu i umiejętne zarządzanie naszą osobowością. „Stwórz życie, w którym jesteś najlepszą wersją siebie, masz to, czego pragniesz, pomagasz innym i zmieniasz świat” – to motyw przewodni książki i jednocześnie zwięzły opis jej zawartości.

Książka podzielona jest na sześć rozdziałów oraz ćwiczenia oparte na najskuteczniejszych i najnowocześniejszych technikach rozwoju osobistego. Na wstępie Grzesiak przybliża czytelnikowi pojęcie psychologii sukcesu oraz mechanizmy nią rządzące. Zwraca uwagę, jak ważnym czynnikiem na drodze naszego rozwoju jest środowisko, w którym żyjemy, bardzo plastycznie obrazując swoją tezę na przykładzie ciasta pieczonego w foremce. Ciasto owszem wyrośnie, ale będzie ograniczone ściankami blachy. Dlatego też pierwszym zaleceniem autora jest wykroczenie poza własne ramy środowiskowe, obracanie się wśród ludzi lepszych od nas, takich, którzy nas inspirują, których podziwiamy i z których chcemy brać przykład. Nie mniej istotnym czynnikiem są tzw. kompetencje miękkie. W dzisiejszych czasach sama wiedza, choćby nie wiem jak szeroka i imponująca, nie wystarcza do osiągnięcia sukcesu. Jeśli nie posiadasz kompetencji miękkich, nie potrafisz tej wiedzy ‘sprzedać’, masz marne szanse na sukces.

Czy jest więc coś, co może nam pomóc w osiągnięciu upragnionego celu? Tak, istnieje jedno potężne narzędzie a na dodatek posiada je każdy z nas – własny umysł. Wystarczy poznać, jak działa aby móc w pełni korzystać z jego możliwości. Dzięki instrukcjom zawartym w książce czytelnik może nauczyć się, jak wpływać na własne myśli, przekraczać ograniczenia, zmieniać nawyki (także myślowe), jak zarządzać emocjami, samodzielnie się motywować, tworzyć silną i zwartą osobowość, jak skutecznie się komunikować, budować zdrowe relacje i cieszyć się upragnionym życiem. Tego wszystkiego nauczymy się z głównej części książki, która opisuje program coachingowy Grzesiaka, oparty na metodach kontrolowania i zarządzania własną osobowością i czasem (Ego Management, Time Management).

Na samym końcu znajduje się kilkanaście zestawów ćwiczeń – do codziennej praktyki i stopniowego treningu umysłu. Każde opatrzone jest odpowiednim komentarzem wyjaśniającym, jak działa dane ćwiczenie i czego dzięki niemu możemy się nauczyć.

Jestem szczerze zachwycona książką „Success and change”. Mateusz Grzesiak jest świetnym mówcą, potrafi zainteresować czytelnika tym, o czym opowiada a co najważniejsze – otwiera nasze umysły i inspiruje do działania. Chłoniesz wiedzę zawartą na stronach książki i wiesz, że nie ma już dla ciebie rzeczy nieosiągalnych.

Panie Mateuszu, ma Pan we mnie wierną fankę :)  

Moja ocena: 6/6



 

niedziela, 10 stycznia 2016

Światowy bestseller, największe objawienie literackie zeszłego roku, tysiące pozytywnych recenzji i przychylne komentarze gwiazd kina oraz kolegów po piórze – mowa o „Dziewczynie z pociągu”, debiucie 43-letniej Brytyjki Pauli Hawkins, która szturmem wtargnęła także i do polskiej blogosfery. Przeczytałam więc i ja i powiem tak: szału nie ma, ale to całkiem dobra powieść w swoim gatunku, fajne czytadło trzymające w napięciu do ostatniej strony.

Książka opowiada historię Rachel, trzydziestoparoletniej rozwódki ze sporym problemem alkoholowym, która codziennie jeździ do pracy tym samym pociągiem i obserwuje z okien pewną parę siedzącą na tarasie. Nadaje im wymyślone imiona i wyobraża sobie jak wygląda ich życie, sporo przy tym idealizując. Pewnego dnia Rachel jest świadkiem miłosnej sceny pomiędzy kobietą z tarasu a zupełnie obcym mężczyzną. Jest zszokowana i zniesmaczona faktem, że bohaterka jej wyimaginowanej historii ma kochanka. Po kilku dniach okazuje się, że kobieta z tarasu zniknęła bez śladu a policja wszczyna śledztwo w tej sprawie. Wtedy Rachel postanawia zgłosić się na policję i opowiedzieć, co widziała. Tylko czy aby na pewno będzie to dobrym posunięciem?

Powiem szczerze, że ok. strony 90 rozpracowałam układy panujące pomiędzy bohaterami tej historii a kilkanaście stron później – czyli mniej więcej po przeczytaniu 1/3 książki – wytypowałam mordercę i jak się okazało na samym końcu, zrobiłam to trafnie. Czy jestem więc nieco rozczarowana, że tak łatwo przyszło mi odgadnąć, kto zabił? Otóż nie, bo Paula Hawkins potrafi doskonale mieszać czytelnikowi w głowie, mylić tropy, podsuwać nowe rozwiązania. Praktycznie do samego końca miałam wątpliwości, czy aby na pewno mam rację, czy to jednak nie mógł być ktoś inny…

Powieść wciągnęła mnie od pierwszej strony i to tak, że za jednym posiedzeniem łyknęłam 130 stron! Biorąc pod uwagę, iż należę do osób czytających bardzo wolno i z trudem pochłaniającą choćby 50 stron za jednym zamachem, jest to mój absolutny rekord życiowy.

Główna bohaterka nie zdobyła mojej sympatii, zupełnie nie mogłam zrozumieć, jak można sobie tak zniszczyć życie, jak można tak nisko upaść? Rachel kompletnie nie radzi sobie ze swoją skłonnością do picia, często urywa jej się film, nie pamięta co robiła. Ma to duży wpływ na stosunek czytelnika do jej osoby, no bo skąd ma mieć pewność, że to co opowiada Rachel jest prawdą a nie pijackim zmyśleniem?

Na jesieni ma wejść do kin film na podstawie powieści, chętnie go obejrzę.

Czy polecam „Dziewczynę z pociągu”? Polecam, jednak z zastrzeżeniem, aby nie spodziewać się nie wiadomo jakich atrakcji. Akcje marketingowe strasznie rozdmuchały wartość tej książki a to tylko fajne czytadło i niezła rozrywka na kilka wieczorów, nic poza tym.

Moja ocena: 5/6



 

16:42, weisse_taube , przeczytane
Link Dodaj komentarz »
sobota, 09 stycznia 2016

Pod względem czytelniczym był to dosyć dobry rok. Mimo iż dużo działo się w moim życiu prywatnym i zawodowym a czasu na czytanie było niewiele, zwłaszcza w połowie roku, kiedy to podjęłam decyzję o wyprowadzeniu się z domu rodzinnego, udało mi się przeczytać więcej książek niż w zeszłym roku i powróciłam do mojej stałej czytelniczej średniej wynoszącej mniej więcej ok. 24-25 pozycji rocznie.   

Przeczytałam 23 książki (w tym dwa audiobooki i dwa ebooki). Jak na razie zakup czytnika do książek (planuję osobną notkę na jego temat) nie przyczynił się zbytnio do zwiększenia ilości czytanych pozycji ale przewiduję, że w tym roku się to zmieni.

Wśród tych 23 książek znalazło się 15 powieści, 3 poradniki (głównie z zakresu żywienia i dietetyki), 1 zbiór opowiadań (choć określenie dwóch opowiadań wydanych jako jedna książka mianem ‘zbioru’ to chyba jednak przesada), 1 epopeja/poemat, 2 audiobooki (na podstawie powieści) oraz 1 esej skatologiczny.

Jeśli chodzi o płeć autora, to podobnie jak w zeszłym roku liczby są zbliżone: przeczytałam 13 pozycji napisanych przez mężczyzn i 10 autorstwa kobiet.

Smuci mnie trochę, że tak mało podróżowałam po czytelniczym świecie. Odwiedziłam raptem 7 państw i to takich, które już znam. Cały czas obracam się wśród literatury europejskiej i tej z kontynentu Ameryki Północnej. Od lat próbuję to zmienić, ale niestety bezskutecznie.

Najwięcej czytałam literatury brytyjskiej: 8 pozycji autorów z Anglii. 6 książek było autorstwa pisarzy polskich, 4 tytuły autorów z USA i 2 tytuły pisarzy francuskich. Poza tym przeczytałam po jednej książce autorów pochodzących z Kanady, Rosji i Australii.


visited 7 states (3.11%)
Create your own visited map of The World or Brazil travel guide for Android

 

Przeczytałam jedną książkę po angielsku - „First Term at Mallory Towers” Enid Blyton, pierwszą część młodzieżowej serii o perypetiach grupy dziewczynek uczących się w szkole z internatem.

Pora na wytypowanie najlepszych i najgorszych książek roku :)

Piątka thebeściaków:

1. Orson Scott Card „Gra Endera” - genialnie napisana, niezwykle wartościowa powieść z pięknym przesłaniem, na długo zapadająca w pamięć. Tuż po skończeniu czytania wiedziałam, że to właśnie Ender zgarnie tytuł ‘powieści roku’

2. Thomas Hardy „Z dala od zgiełku” – Hardy’ego nie czyta się łatwo, ale końcówka wynagradza wszelkie trudy. Piękna historia z głębokim tłem psychologicznym.

3. Garth Nix „Sabriel” - przemyca uniwersalne prawdy na temat przyjaźni, lojalności, odpowiedzialności. Pomimo drobnych zgrzytów ujęła mnie konstrukcją świata przedstawionego i kreacją głównej bohaterki

4. Julita Bator „Zamień chemię na jedzenie” – za uświadamianie Polaków w kwestii wpływu chemii w żywności na nasze zdrowie i samopoczucie, za mnóstwo cennych rad i wskazówek

5. Kasia Bem „Happy detoks” – za bijącą z każdej strony pozytywną energię, mnóstwo pysznych przepisów i ciekawych porad

I piątka, o której wolałabym nie pamiętać ;-)

1. John Green „Gwiazd naszych wina” – jest to książka tak źle napisana, że aż brak mi słów :( Nie rozumiem, jak taki gniot może być bestsellerem :(

2. Wieniedikt Jerofiejew „Moskwa-Pietuszki" – alkoholowe wywody pana Jerofiejewa zupełnie do mnie nie trafiają

3. Anna Gavalda „Kochałem ją” – czyste grafomaństwo… brak umiejętności tworzenia konstruktywnych dialogów, nieudolne wtręty i silenie się na psychologiczną głębię

4. Philip Pullman „Dobry człowiek Jezus i łotr Chrystus” – wieje nudą a zapowiadanej przez wydawcę kontrowersyjności tematu ani widu ani słychu

5. Andy Weir „Marsjanin” – nudne jak flaki z olejem

 

Odkryciem roku był dla mnie Jacek Dukaj, którego prozy zawsze panicznie się bałam. Jak wysłucham do końca audiobooka, napiszę nieco więcej na ten temat.

Jak już jesteśmy przy audiobookach, warto chyba wspomnieć, że niezmiernie cieszy mnie fakt, że polubiłam tę formę poznawania książek i zamierzam ją kontynuować. Wieczory ze słuchawkami na uszach i szydełkową robótką w dłoniach są bardzo przyjemne :)

Moje plany czytelnicze oczywiście jak zwykle szlag trafił, nie udało mi się ukończyć żadnego wyzwania czytelniczego, w którym brałam udział, ale szło mi całkiem nieźle – większość wyzwań zakończyłam co najmniej w połowie. I 13 książek, po które sięgałam w 2015 roku było z mojej własnej półki czyli wreszcie czytam więcej ze swojego księgozbioru :)

Aby tradycji stało się zadość, na koniec wspomnieć muszę co nieco o zakupach książkowych. A tutaj – wielka rewolucja! ;) Przyczyniły się do niej dwa wydarzenia:

a) wyprowadzka na swoje a co za tym idzie zwiększone koszty życia, co wpływa na zmniejszenie budżetu na książki oraz

b) zakup czytnika, dzięki któremu mam łatwiejszy dostęp do wielu tytułów i nie muszę kupować kota w worku

W 2015r przybyło mi więc tylko 39 książek (nie liczę pozycji, które przybyły w wyniku przyłączenia biblioteczki Lubego do mojej). Konkretnie wygląda to tak:

Zakupione: 28

Wygrane w konkursach: 9

Egzemplarze recenzenckie: 2

Zakupione 28 książek kosztowały mnie 644,76 zł.

Planów nie robię, kto wie, co mnie czeka w tym roku… Idę na żywioł a co z tego wyniknie, zobaczymy za rok ;)

 

 

 

12:55, weisse_taube , inne
Link Dodaj komentarz »
niedziela, 03 stycznia 2016

Zanim przedstawię podsumowanie mojego czytelniczego roku 2015, kilka słów na temat książki, której nie zdążyłam zrecenzować w zeszłym roku.

Wszystko zaczęło się od tego plakatu:

Ujrzałam go przeglądając pod koniec 2014r jedną ze stron z trailerami filmów i już wiedziałam, że będę chciała go obejrzeć. I zupełnie straciłam głowę dla głównego motywu muzycznego – jeśli miałabym wskazać moją najukochańszą piosenkę minionego roku, wskazałabym właśnie na „Let no man steal your thyme” w wykonaniu Carey Mulligan.

Trailer obejrzałam jakoś w listopadzie 2014r, film miał trafić do kin na wiosnę, więc czym prędzej udałam się do biblioteki po literacki pierwowzór, by zdążyć z czytaniem przed premierą. Nawet sobie nie wyobrażacie jak bardzo byłam napalona na książkę! Zresztą, pamiętałam bardzo pozytywne wrażenie jakie zostawiła na mnie inna powieść Hardy’ego „Tessa d’Urberville”. Książkę zdobyłam w bibliotece dopiero w lutym (o kupieniu w księgarni nie było wtedy mowy, tytuł wznowiono dopiero przy okazji polskiej premiery filmu latem) a skończyłam czytać… na jesieni. Trochę już się możecie domyślać, że przysporzyła mi nieco problemów i nie była tak porywająca jak to sobie wyobrażałam ale o tym za chwilę.

Podobnie jak w przypadku „Tessy d’Urberville” bardzo nużące były dla mnie opisy życia na wsi, hodowli owiec, codziennej pracy pasterzy, ich prawości, uczciwości i pracowitości. A że stanowią one niemal 2/3 książki i nie dzieje się wtedy prawie nic, to w pewnym momencie prawie się poddałam. Musiałam sobie zrobić przerwę od bogobojnych i uczciwych pasterzy, bo już mnie od nich mdliło.

Za to ostatnie 150 stron pożerałam z wypiekami na twarzy! Akcja gwałtownie przyspieszyła, co kilka stron serwując czytelnikowi coraz to nowsze zawirowania i atrakcje a ja chłonęłam to wszystko z obłędem w oczach i sercem walącym jak młot. Ach, gdyby cała powieść była taka!

Główna bohaterka wzbudzała we mnie mieszane uczucia. Betsaba Everdeen (podobno Katniss z „Igrzysk Śmierci” nosi nazwisko właśnie na część protagonistki Hardy’ego) nie jest typową kobiecą postacią jaką kojarzymy z dziewiętnastowiecznych powieści, w których kobiety mają niewiele do powiedzenia, nie pracują i są uzależnione finansowo od męża czy rodziny. Betsaba jest kobietą rezolutną, przedsiębiorczą i potrafiącą zadbać o własne interesy. Po zwolnieniu nieuczciwego rządcy sama zarządza własnym majątkiem i to z pozytywnym skutkiem. Niestety zupełnie nie radzi sobie na polu uczuciowym. Praktycznie każdej jej decyzji dotyczącej mężczyzn towarzyszyło głośne plaśnięcie mojej dłoni o czoło. Jak można być tak zaślepionym? Jak można tak niszczyć sobie życie?

Hardy przedstawia za to bardzo ciekawe grono bohaterów płci męskiej. Każdy jest inny, każdy na swój sposób ciekawy i – jak to zawsze u Hardy’ego – poddany głębszej psychologicznej analizie. Najbardziej polubiłam Gabriela Oaka i mocno trzymałam kciuki za jego uczucie do Betsaby. Ujął mnie wewnętrznym spokojem, uczciwością i praktycznym podejściem do życia. Szalenie frapujący okazał się Boldwood, drugi adorator. Hardy mistrzowsko ukazał powolny postęp jego choroby psychicznej, tak spłaszczony i okrojony w filmie (ale o tym później). Od samego początku nie znosiłam za to sierżanta Troya, bawidamka i lekkoducha. Jak ja nie znoszę takich mężczyzn! Za każdym razem kiedy Troy pojawiał się w pobliżu Betsaby fukałam i potrząsałam gniewnie książką, jakbym chciała potrząsnąć samą Betsabą i wyzwać ją od bezmyślnych i zaślepionych idiotek.

Ale jedno trzeba przyznać – Thomas Hardy to mistrz opisywania psychicznych rozterek swoich bohaterów, ich działania zawsze są dobrze umotywowane psychologicznie. Dzięki temu jego powieści nabierają interesującej głębi i silnie oddziałują na czytelnika.

Bardzo polecam Wam tę powieść, nawet jeśli pierwsza połowa wyda się Wam nużąca, brnijcie dalej! Końcówka to prawdziwa emocjonalna huśtawka i wynagrodzi Wam nieciekawy początek.

Po przeczytaniu powieści oczywiście obejrzałam ekranizację. Jest to film bardzo ładny wizualnie, bardzo plastyczny, jednak zupełnie pozbawiony głębi, którą zapewnia książka. Twórcom filmowym niestety nie udało się przełożyć psychologii powieści na filmowe środki wyrazu. Widać to zwłaszcza na przykładzie Boldwooda, którego zachowanie na ekranie wydaje się kompletnie nieumotywowane. Oglądałam ekranizację nieco rozczarowana płytkim podejściem do tematu i oceniam go pozytywnie wyłącznie w odniesieniu do efektów wizualnych. Przyznam nawet, że na końcowej scenie trochę się pobeczałam ;)

Jeśli film Wam się podobał, tym bardziej zalecam przeczytanie książki. Dopiero wtedy zrozumiecie jak piękną historię opowiada.

Moja ocena: 4,5/6


 

 

 

Tagi: Anglia Hardy
17:30, weisse_taube , przeczytane
Link Dodaj komentarz »
 
1 , 2 , 3 , 4 , 5 ... 29
| < Maj 2016 > |
Pn Wt Śr Cz Pt So N
            1
2 3 4 5 6 7 8
9 10 11 12 13 14 15
16 17 18 19 20 21 22
23 24 25 26 27 28 29
30 31          
Tagi
Related Posts Plugin for WordPress, Blogger...