poniedziałek, 15 grudnia 2014

- Jerofiejew! Mówi do was sierżant milicji, a nie jakaś dziewucha!

- No i co z tego?

- Dlatego nie udawajcie głupka!

- Dajcie spokój, towarzyszu sierżancie, gdzieście widzieli, żeby ktokolwiek wobec dziewczyny udawał głupka?

- He he he, Jerofiejew, pewnie myślicie, że jeśli jestem sierżantem milicji, to nie zadaję się z dziewczynami?

- No to w każdym razie teraz nie macie do czynienia z dziewczyną, dlatego nie udawajcie głupka, tylko sierżanta milicji.

 

*****

 

- Tak patrzę na ciebie, Jerofiejew, jesteś ode mnie młodszy tylko o rok, a znajdujesz się teraz na takim etapie, na jakim ja byłem chyba trzy albo cztery lata temu. Pasjonujesz się wierszami, a dla mnie to już dawno miniony etap... Co prawda, nigdy nie pasjonowałem się nimi tak jak ty - żeby całymi dniami niczym innym się nie zajmować...

- Wiecie co, towarzyszu ślusarzu-hydrauliku, ja też kiedyś mówiłem głupstwa... ale to dla mnie dawno miniony etap. Co prawda, nie pasjonowałem się tym tak jak ty - żeby całymi dniami zajmować się tylko tym i niczym więcej...


 

Wieniedikt Jerofiejew "Zapiski psychopaty"

niedziela, 07 grudnia 2014

Czytany przeze mnie trzy lata temu debiut literacki Katarzyny Rygiel pt. „Pod powiekami” zrobił na mnie bardzo pozytywne wrażenie. Niby zwykłe czytadło, ale poruszyło we mnie pewną czułą strunę. W moim życiu miały wtedy miejsce pewne wydarzenia, znajdowałam się wówczas w takim a nie innym stanie psychicznym i powieść po prostu idealnie wpasowała się w to, co wtedy czułam. Recenzja nie pojawiła się jednak na blogu – już nie pamiętam dlaczego. Może nie miałam czasu a może nie bardzo byłam skłonna pisać o swoich uczuciach.

„Miłość i samotność” już mnie tak nie poruszyła. Problemy w niej zawarte są mi zupełnie obce a postawa głównej bohaterki zupełnie niezrozumiała. Coś chyba jednak musi być w stwierdzeniu, że książka jest w stanie poruszyć czytelnika dopiero kiedy opowiada historię, z którą może się on w pewnym stopniu identyfikować.

Agata i Piotr to para archeologów mieszkająca w Warszawie. Ona jeszcze studiuje, on pracuje już w zawodzie i wyjeżdża od czasu do czasu na wykopaliska. Pewnego dnia otrzymuje propozycję półrocznego wyjazdu do pracy pod Gdańsk. Kocha swoją pracę, więc przyjmuje ją z radością a jednocześnie z lekką obawą o reakcję Agaty na tak długą rozłąkę. Nie wiadomo czemu, Piotr informuje swoją partnerkę o wyjeździe raptem dzień przed planowanym wyjazdem. Agata reaguje histerycznie, ma pretensje do Piotra. Po jego wyjeździe nie potrafi odnaleźć się w pustym mieszkaniu, z trudem znosi nieobecność ukochanego. Pewnego dnia spotyka w uczelnianej bibliotece mężczyznę łudząco podobnego do Piotra. Kim on jest? Czy to majaki chorego z tęsknoty umysłu czy może to zupełnie inny mężczyzna? A może Piotr wcale nie wyjechał i prowadzi podwójne życie?

Lubię sobie od czasu do czasu przeczytać jakieś lekkie czytadełko o miłości. Ot, żeby sobie westchnąć, rozmarzyć się a nawet łezkę uronić. „Miłość i samotność” nie wywołała we mnie takiego stanu. Nie potrafiłam odnaleźć się w problematyce przedstawionej w książce, postawy bohaterów (szczególnie Agaty) były dla mnie kompletnie niezrozumiałe.

Agata jest osobą niedojrzałą, to histeryczka uzależniająca swoje szczęście i dobre samopoczucie od drugiej osoby. Po wyjeździe Piotra ledwo jest w stanie normalnie funkcjonować, ‘umiera’ z tęsknoty, wykazuje skłonność do stanów depresyjnych. Zachowuje się jak obrażona mała dziewczynka, która pisze do ukochanego pełne pretensji i ukrytego zastraszania listy.

Piotr popełnił jeden podstawowy błąd – nie poinformował Agaty odpowiednio wcześnie o tym, że wyjeżdża na pół roku. Nie dał jej czasu na oswojenie się z tą decyzją, na ewentualne przedyskutowanie i zaplanowanie jak będzie wyglądało ich życie podczas tej rozłąki. Piotr jest właściwie jedyną osobą w tej książce, którą potrafiłam jako tako zrozumieć. Wydaje mi się, że mam podobny do niego charakter. Oboje kochamy swoją pracę, jesteśmy sumienni i obowiązkowi, nie sprzeciwiamy się, gdy obowiązki zawodowe w jakiś sposób kolidują z naszym życiem prywatnym. Co nie zmienia jednak faktu, że nie mogłam pojąć, czemu poinformował swoją partnerkę o półrocznej rozłące dzień przed wyjazdem. Z rozmów pomiędzy tym dwojgiem wysnułam wniosek, że Piotr musiał się w jakiś sposób źle czuć w tym związku, być może się w nim ‘dusił’, może chciał odpocząć. Znając niedojrzałość i toksyczne skłonności Agaty wcale mnie to nie dziwi. Stąd niechętnie reagował na propozycje Agaty, że ta przyjedzie do niego na wykopaliska, zasłaniał się ogromem pracy, krzywo patrzącym przełożonym, brakiem możliwości zakwaterowania.

Głównym problemem jest to, że Agata nie miała do Piotra pretensji o to, że nie poinformował jej wcześniej o podjętej decyzji. Ona nie mogła pogodzić się z faktem, że on zadecydował o czymś bez jej udziału, że ona nie mogła mieć wpływu na tę decyzję. Agata chce aby jej partner uzależniał swoje życie od jej osoby, aby dostosowywał się do jej wymagań i kaprysów. A kiedy tego nie otrzymuje, stosuje szantaż emocjonalny. Jest to według mnie bardzo niedojrzała postawa. Ciężko było mi zrozumieć Agatę. Nie rozumiem kobiet umierających z miłości, potrzebujących do życia stałej obecności partnera. Jestem typem samotnika, nie owijam się wokół partnera jak bluszcz, więc trudno było mi wczuć się w sytuację bohaterki.

W relacji Agaty i Piotra uderzyło mnie jeszcze jedno a mianowicie jak niedojrzała musi to być miłość skoro już przy pierwszej próbie, przy pierwszym kryzysie wszystko nieomal się wali a partnerzy nie są skłonni do szczerej rozmowy w cztery oczy. Zamiast tego wolą wymieniać pełne pretensji i oskarżeń listy. Kolejna rzecz, której nie mogłam w tej książce zrozumieć. Dla mnie rozmowa jest podstawą związku, bez niej nie da się zbudować czegoś trwałego i wartościowego.

Oprócz opisu relacji pomiędzy młodymi archeologami mamy też w tej powieści wątek Stanisława i Wandy – ludzi dojrzałych, będących ze sobą trzydzieści lat, który ma za zadanie ukazać kontrast pomiędzy problematyką związku ludzi do niego niedojrzałych a takich, którzy mają już za sobą pewne doświadczenia i potrafią – choć z trudem – o ten związek walczyć. Powiem szczerze, że wątek tej pary jest według mnie zupełnie zbędny i stanowi tak zwaną ‘zapchajdziurę’. Pojawiają się oni na kartach powieści raptem ze dwa czy trzy razy i to na krótko. Autorka wykorzystała ich wątek w końcówce, co jednak nie było moim zdaniem konieczne a przemianę Agaty można było rozegrać inaczej.

Sama końcówka mocno razi kilkustronicowym wykładem moralnym, w którym autorka czarno na białym określa co jest dobre a co złe. Tak jakby nie wierzyła, że czytelnik potrafi samodzielnie myśleć i wyciągać wnioski z tego, co przeczytał.

W przeciwieństwie do debiutu pani Rygiel, „Miłość i samotność” nie poruszyła mnie wcale. Nie potrafiłam zrozumieć postaw bohaterów, ich problemy były mi obce. Podczas lektury wielokrotnie unosiłam brwi ze zdziwienia i zastanawiałam się: ‘ale po co ta cała histeria?’. Być może gdybym przeżyła kiedyś to, co bohaterowie, mogłabym się z nimi bardziej identyfikować, a tak po skończonej lekturze tylko wzruszyłam obojętnie ramionami.

 

Moja ocena: 3,5/5



Tagi: Polska Rygiel
11:05, weisse_taube , przeczytane
Link Dodaj komentarz »
niedziela, 23 listopada 2014

Wielkimi krokami zbliża się premiera trzeciej części ekranizacji „Hobbita”, zmotywowałam się więc do przeczytania książkowej wersji. Od razu zaznaczam, że nie czytałam (jeszcze!) „Władcy Pierścieni”, choć od paru lat pod koniec roku zawsze obiecuję sobie, że wraz z początkiem stycznia wezmę się w końcu za najsłynniejsze dzieło Tolkiena. Jak się domyślacie, na obietnicach się kończy. Może jednak coś się w tej kwestii zmieni, bo lektura „Hobbita” bardzo zaostrzyła mój apetyt na trylogię i to nie tylko ze względów fabularnych ale także (a może przede wszystkim) translatorskich.

„Hobbit” opisuje wyprawę grupy krasnoludów celem odzyskania skarbów zrabowanych ongiś przez okrutnego smoka Smauga. Do kompanii dołączają czarodziej Gandalf oraz tytułowy hobbit Bilbo Baggins, dla którego wyprawa na Samotną Górę będzie nie tylko przygodą życia ale i okazją do zmiany samego siebie. Wyprawa będzie długa i niebezpieczna a po drodze drużyna króla krasnoludów Thorina będzie musiała stawić czoła wielu nieprzyjaznym istotom zamieszkującym Śródziemie ale zyska także nowych przyjaciół.

Czytałam książkę w tłumaczeniu Marii Skibniewskiej. Przyznam, że początkowo ciężko było mi wgryźć się w powieść, coś nie do końca mi pasowało w języku, jaki zaproponowała pani Skibniewska. Miałam też dostęp do tłumaczenia Andrzeja Polkowskiego, ale i ono nie odpowiadało mi w 100%. Z czasem jednak oswoiłam się ze stylem Skibniewskiej i już do końca pozostałam przy jej wersji. Nadal jednak czytałam powieść dosyć wolno (całość zajęła mi około 2 tygodni) i byłam bardzo zdziwiona czytając w wielu recenzjach, że inni blogerzy ‘łyknęli’ tę książkę w 1 czy 2 dni powołując się na prosty język i fabułę pisaną z myślą o młodym czytelniku (Tolkien napisał „Hobbita” dla swoich dzieci). Fabuła może i jest prosta – wiele wydarzeń jest moim zdaniem niedopowiedzianych, ledwie zarysowanych  Można by je było rozwinąć, pociągnąć dalej ale zdaję sobie sprawę, że dorosły czytelnik nie jest bezpośrednim targetem tej książki, stąd wiele uproszczeń fabularnych, które młodemu czytelnikowi w zupełności wystarczą. Nie zgodzę się natomiast co do prostoty języka. Uważam, że „Hobbit” nie został napisany językiem typowym dla książek dla dzieci i młodzieży.  

Posiadam także odmienne zdanie co do ekranizacji „Hobbita”. Wiele osób uważa pomysł rozbicia 300-stronicowej książki na trzy ponad dwugodzinne filmy za totalną głupotę, przez co film zawiera dłużyzny, bywa momentami nudny a co gorsza zawiera wątki i postaci, które nie występują w książce. Dla mnie film nie jest nudny. Ba, zaryzykuję nawet stwierdzenie, że podoba mi się bardziej niż książka. „Władca Pierścieni” a teraz również i „Hobbit” to jedne z moich ulubionych filmów. Widzę świat Tolkiena oczami Petera Jacksona, jego wizja Śródziemna jest i moją wizją. Moja wyobraźnia jest do tego stopnia spaczona w tej kwestii, że czytając książkowy pierwowzór wielokrotnie krzywiłam się czytając opis wyglądu danego bohatera, który nijak miał się do wersji przedstawionej przed Petera Jacksona. 

A propos odmiennych wizji postaci. Bardzo ale to bardzo nie podobały mi się Tolkienowskie elfy. Jestem przyzwyczajona do pięknych, smukłych i dostojnych przedstawicieli elfiego gatunku u Petera Jacksona a u Tolkiena elfy to rozchichotane i non stop nastawione na imprezowanie (nie wiem czy to dobre słowo :P ) postaci. W tym przypadku jestem mocno na ‘nie’.

Bilbo Baggins, protagonista „Hobbita” trafił w poczet moich ulubionych bohaterów. Nie jest może tak zabawny jak w filmie ale bardzo cenię go za uczciwość i dobre serce.

Pomimo początkowych trudności bardzo mi się „Hobbit” podobał a na końcu aż mi łezka popłynęła ze wzruszenia. Przez dwa tygodnie towarzyszyłam małemu hobbitowi, czarodziejowi i dwunastu krasnoludom w wędrówce przez krainy Śródziemia, razem z nimi walczyłam z goblinami, uciekałam przed wargami, śmiałam się i bawiłam na uczcie Beorna, szybowałam na skrzydłach orłów i brałam udział w naradach wojennych. Czułam się członkiem kompanii Thorina. Kiedy skończyłam czytać książkę rozpaczliwie pytałam sama siebie, z kim ja teraz będę przeżywać przygody? A możecie mi wierzyć na słowo, że czytając taką powieść jak „Hobbit” codzienna jazda autobusem do i z pracy nabiera zupełnie innego wymiaru ;-)  

Polecam zapoznanie się z „Hobbitem” zarówno dużym jak i małym czytelnikom. Pomijam  już fakt, że to klasyka literatury fantasy, o wiele istotniejsze wydają mi się wartości jakie ta książka propaguje. Dla mnie zarówno „Hobbit” jak i „Władca Pierścieni” (ten drugi na razie tylko w wersji filmowej) to jedne z najpiękniejszych opowieści o sile przyjaźni i przywracające wiarę w dobro w ludziach (albo innych stworzeniach :P).

Myślę, że sięgnięcie po „Władcę Pierścieni” to w moim przypadku tylko kwestia czasu.

 

Moja ocena: 5/6

czwartek, 20 listopada 2014

Na dworze szaro, zimno i ponuro, na dodatek pojawiły się dziś pierwsze opady śniegu :( A ja na przekór tej smutnej pogodzie wspominam piękną, kolorową jesień.

Zapraszam do obejrzenia kilku zdjęć wykonanych w połowie października w Arboretum w Rogowie. Ależ było wtedy ciepło i kolorowo! :)

Rozpoczynam w ten sposób nową kategorię wpisów na blogu. Od dziś co jakiś czas będą się pojawiać fotki z różnych miejsc, które lubimy odwiedzać z moim partnerem życiowym :)

©FanFerrari

Więcej zdjęć można obejrzeć tutaj.

Tagi: podróże
19:18, weisse_taube , podróże
Link Dodaj komentarz »
niedziela, 16 listopada 2014

Po długiej nieobecności w teatrze (rany boskie, kiedy ja tam ostatnio byłam???) wybrałam się dzisiaj na spektakl pod tytułem „Klimakterium 2 czyli menopauzy szał”. Trafił mi się darmowy bilet i choć nie paliłam się zbytnio do obejrzenia tego przedstawienia, ostatecznie poszłam myśląc, że i tak nie mam nic lepszego do roboty. I dobrze zrobiłam, bo super spędziłam czas i nieźle się uśmiałam.

Przedstawienie jest kontynuacją „Klimakterium i już” (którego nie widziałam) i powstało na wyraźną prośbę publiczności, która chciała poznać dalsze losy bohaterek. Przedstawia wycinek z życia czterech niemłodych już koleżanek Maliny, Zosi, Pameli i Angeli, które spotykają się w pubie Maliny, by świętować jej urodziny. Kobiety choć na co dzień zmagają się z menopauzą i związanymi z nią dolegliwościami psychiczno-fizycznymi, są jednak młode duchem i swoim zachowaniem zaprzeczają stereotypowi zramolałej starszej pani, która już niczego nie oczekuje od życia. Jak zawsze mają sobie wiele do powiedzenia i rozkręcają imprezę na maksa udowadniając, że klimakterium to nie koniec świata, a dopiero początek nowego życia.

Wbrew pozorom nie jest to przedstawienie tylko i wyłącznie dla kobiet w wieku 'okołomenopauzalnym' (mimo iż właśnie takie stanowiły większość widowni), choć one pewnie lepiej zrozumieją kobiece przypadłości, z których śmieją się bohaterki. Podczas spektaklu wszystkie panie wyśmienicie się bawią. To prawdziwa terapia śmiechem, pod wpływem której można nabrać dystansu do siebie i swoich problemów.

Spektakl opiera się głównie na słowie, akcji zbyt wiele w nim nie ma. Jest to jednak zupełnie bez znaczenia, bo dialogi są tak błyskotliwe, że wywołują salwy śmiechu. Publiczność żywo reaguje także na  piosenki, w których do znanych i chwytliwych melodii napisano nowy tekst. A to, co się momentami dzieje na scenie powoduje, że ze śmiechu łzy ciekną i żołądek dostaje dziwnych skurczy  – np. scena tańczenia lambady (w spódniczkach o odpowiedniej długości a raczej 'krótkości' ;)) – tego nie da się opisać, to trzeba zobaczyć na żywo!!! :D

„Klimakterium 2 czyli menopauzy szał” jest spektaklem objazdowym, granym w różnych teatrach w całej Polsce. Jeśli zawita i do Waszego miasta, serdecznie polecam się wybrać. Świetna zabawa gwarantowana!



Tagi: teatr
22:05, weisse_taube , inne
Link Dodaj komentarz »
sobota, 15 listopada 2014

Moje pierwsze spotkanie z bodajże najpopularniejszym japońskim pisarzem w Polsce miało miejsce w 2008r i było bardzo udane. Oniryczno-fantasmagoryczny klimat czytanej przeze mnie wówczas powieści „Tańcz, tańcz, tańcz” bardzo do mnie przemówił aczkolwiek chyba niewystarczająco głośno i skutecznie, bo przez następnych 6 lat tylko powtarzałam sobie: „muszę wrócić do Murakamiego” ale jakoś bez efektów. Ostatnio jednak często natykam się w czytanych przeze mnie wywiadach z różnymi aktorkami na nazwisko Murakami. Jego prozą zachwycają się m.in. Magdalena Cielecka i Maria Seweryn, więc i ja postanowiłam wrócić w końcu do tego niezwykle klimatycznego świata.

Fabuła powieści krąży wokół Hajime i jego niespełnionej miłości do Shimamoto, kulejącej przyjaciółki z dzieciństwa. Jej wspomnienie przez wiele lat nie daje Hajime spokoju, każdą swoją dziewczynę porównuje on do wyidealizowanego obrazu swej dziecięcej miłości. Kiedy po 25 latach ich drogi ponownie się przecinają, oboje będą musieli odpowiedzieć sobie na pytanie czy powrót do przeszłości jest możliwy i czy warto gonić za nieosiągalnym ideałem.

„Na południe od granicy, na zachód od słońca” nie jest książką w onirycznym klimacie, brak tu także elementów fantastyki tudzież realizmu magicznego. Klimat powieści tworzy co innego a mianowicie typowe dla powieści Murakamiego poczucie osamotnienia bohaterów, ich wyraźny introwertyzm i coś na kształt ‘weltschmerzu’. Nie każdy lubi takie klimaty, nie każdy odnajdzie się w takiej rzeczywistości – ja czułam się jak przysłowiowa ryba w wodzie. Jestem typem mocno introwertycznym, wyraźnie odczuwającym pewne niedopasowanie do otaczającego mnie społeczeństwa, więc mogę napisać, że bezbłędnie potrafiłam wczuć się w nastroje bohaterów powieści.

Charakterystyczną cechą książek pana Murakamiego są częste muzyczne ‘wtręty’, mające zapewne dopełnić klimatu i pomóc czytelnikowi wczuć się w atmosferę panującą w powieści. Utwory, które towarzyszą bohaterom w wielu scenach to najczęściej różne jazzowe standardy (przeważnie w wykonaniu mężczyzn). W tej kwestii autor zupełnie rozminął się z moim muzycznym gustem. Niestety nie przepadam za jazzem, a już w szczególności w męskim wykonaniu.

Tym, co przez większą część książki nie pozwalało mi się od niej oderwać i sprawiało, że każdą wolną chwilę przeznaczałam na lekturę była owiana aurą tajemniczości Shimamoto. Gorączkowe brnięcie w powieść wywołane było chęcią poznania tajemnicy, jaką skrywa bohaterka, dowiedzenia się w końcu, jak przez wszystkie lata wyglądało jej życie i co sprawiło, że ułożyło się tak a nie inaczej. Niestety do samego końca Shimamoto nie zdradziła się ani przed Hajime ani przed czytelnikiem. Wszystko pozostało w kwestii domysłów.  

Najpiękniejsza w całej powieści jest mocno psychologicznie zarysowana końcówka, zmuszająca do zamyślenia i chwilowego ‘zatrzymania się w czasie’. Dopiero wtedy czytelnik zaczyna rozumieć symboliczne imię bohatera (Hajime w języku japońskim oznacza ‘początek’) a także metaforyczne przesłanie tytułu książki (pierwsza część nawiązuje do piosenki Nat King Cole’a, druga zaś wiąże się z chorobą zwaną hysteria siberiana). 

„Na południe od granicy, na zachód od słońca” jest piękną i niesamowicie klimatyczną opowieścią o poszukiwaniu swojej drogi w życiu, o wpływie niespełnionych marzeń na nasze życiowe wybory, o zagrożeniach płynących z pogoni za ideałem (który uosabia Shimamoto). Podobało mi się przebardzo i mam teraz ogromną chęć na więcej Murakamiego.


Moja ocena: 5/6


Książkę przeczytałam w ramach wyzwania czytelniczego:

*  Trójka e-pik (książka, której akcja dzieje się w Chinach lub Japonii) - w ramach nadrabiania zaległości





środa, 12 listopada 2014

Dzisiaj dotarła do mnie wreszcie wygrana w magazynie 'Sens' książka autorstwa Ałbeny Grabowskiej "Stulecie Winnych. Ci, którzy przeżyli". To pierwsza część rodzinnej sagi, na którą miałam chęć od momentu ukazania się powieści na rynku.

Bardzo się więc cieszę z wygranej :-)


Tagi: inne
19:01, weisse_taube , stosiki
Link Dodaj komentarz »
sobota, 08 listopada 2014

Całe życie zrywam się i padam,
jakbym w piersi miał wiatr na uwięzi,
i chwytają mnie złe listopady
czarnymi palcami gałęzi.

Ja upiłem się tym tchem, tym szumem,
niepokojem, który serce zatruł -
to dlatego śpiewać już nie umiem,
tylko wołam wołaniem wiatru,

to dlatego codziennie się tułam
po wieczornych, po czarnych ulicach
i prowadzi mnie wilgotny trotuar
w mgłę wilgotną, która bólem nasyca.

Acetylen słów płonie na wargach,
płonie we mnie bolesna maligna,
chodzę błędny, jak ludzie w letargu,
zewsząd, zewsząd niepokój mnie wygnał.

Nie ma wyjścia, nie ma wyjścia, nie ma wyjścia,
muszę chodzić coraz dalej, coraz dłużej.
Jestem wiatr szeleszczący w liściach,
jestem liść zagubiony w wichurze.

Tylko w oczach mgła i oczy bolą,
tylko serce bije coraz częściej.
Jak błękitny płomień alkoholu,
płoniesz we mnie moje nieszczęście.

Muszę chodzić, muszę męczyć się wiecznie,
w mgłę za włosy mnie wloką wieczory,
lecą za mną, nieprzytomne, pospieszne,
moje słowa, moje upiory.

Muszę wiecznie zrywać się i padać,
jakbym w piersi miał wiatr na uwięzi.
Pochwyciły straconą radość
nagie gałęzie.

Przelatują, wieją przeze mnie
listopady chwil, których nie ma...

To tylko liście jesienne.
To pachnie ziemia.

 

czwartek, 30 października 2014

„Widzimy kobiecość w błysku kobiecych oczu, w trosce o tych, których kochamy, w gniewie wobec niesprawiedliwości, w bezwarunkowej miłości do wszystkiego co istnieje. Można ją znaleźć w kołyszących się biodrach i śmiechu do rozpuku, tak samo jak w rozpaczy nad krzywdą i wykorzystywaniem niewinnych dzieci. Jest w pocałunku złożonym na szyi ukochanego i w bijącym sercu, które zaufało na tyle, aby się odsłonić. Znajdziesz ją w gwałtownych burzach i rześkich, jesiennych porankach. Jest tutaj, w głębi twojej tęsknoty, w karmiących piersiach, w butwiejących liściach, i w głosie, który szepce prawdę. Jest tą, która potrząsa tobą, gdy żyjesz, idąc na kompromis i tą, która tańczy z tobą w ekstazie. Kobiecość we wszystkich postaciach, dzika i kolorowa, szara i nieruchoma, nieustannie zmieniająca kształt. Jest głosem, który wybiera miłość ponad wszystko, nie wykluczając niczego.”1

Kiedy po raz pierwszy trafiłam na stronie wydawnictwa Biały Wiatr na te słowa, wiedziałam, że moja kobieca dusza nie uspokoi się dopóki nie przeczytam tej książki. Fragment ten wzbudził we mnie tak silne emocje, że zapragnęłam poznać tę książkę już teraz, w tym momencie, natychmiast. Kupiłam ją więc razem z dwoma innymi pozycjami ale lekturę „Kobiecości” odłożyłam sobie na sam koniec, jako przysłowiową wisienkę na torcie. Spodziewałam się po niej naprawdę wiele, liczyłam że trafi w poczet moich książkowych przewodników duchowych, będzie pozycją, do której będę wracać po inspirację i ukojenie. Tak się jednak nie stało.    

Chameli Gad Ardagh jest mieszkającą w północnej Kalifornii założycielką Awakening Women Institute, propagatorką rozwoju osobistego kobiet i zwolenniczką współczesnego podejścia do kobiecej duchowości. Ma na swoim koncie liczne warsztaty oraz kilka książek o tematyce związanej z  kobiecą mocą i mądrością. Jest zwolenniczką przełamywania współczesnych poglądów dotyczących roli kobiet – ich kobiecej natury, rozwoju osobistego, związków, przemijania. Proponuje wiele praktycznych wskazówek i ćwiczeń związanych z podniesieniem jakości swojego życia poprzez rozwijanie duchowej strony własnej kobiecości. I o tym właśnie traktuje „Kobiecość. Praktyczne lekcje i ćwiczenia dla budzących się kobiet”.

Autorka próbuje uświadomić czytelniczkom jak bardzo współczesny świat wypaczył obraz kobiecości, wrzucił go w ramy patriarchalnego postrzegania rzeczywistości, ignorując a czasem nawet ośmieszając pierwotną kobiecą moc. Ardagh podzieliła swoją książkę na kilka rozdziałów, w których przygląda się poszczególnym aspektom kobiecej natury, zachęcając do ich świadomego odkrywania. Na końcu każdego rozdziału znajdują się ćwiczenia (głównie oddechowe lub opierające się na wizualizacji czy ruchu poprzez np. taniec) mające pomóc nam zbliżyć się do pierwotnej kobiecej mocy tkwiącej w każdej z nas.

Naszą przygodę z kobiecością rozpoczynamy od rozdziału dotyczącego świadomości ciała – umiejętności osadzenia się w nim i głębokiego przeżywania tu i teraz. Następnie autorka przybliża nam temat emocji i naszego błędnego ich odbierania, co prowadzi do konfliktów wewnętrznych i zbędnego dramatyzmu. W trzecim rozdziale jest mowa o naturalnych cyklach życiowych, przemijaniu pór roku, fazach księżyca, które są przecież tak bliskie naszym kobiecym cyklom. W dalszych odsłonach książki poznajemy znaczenie kontaktu z naturą, kobiecej solidarności i potrzeby obcowania z innymi kobietami. Jest też rozdział poświęcony związkom uczuciowym oraz seksualności a także istocie procesu twórczego oraz bycia kreatywną. Książka kończy się omówieniem sztuki modlitwy, oddania się i zaufania.

Jak już wspominałam na wstępie, „Kobiecość” niestety mnie nie porwała. Chameli Gad Ardagh pisze językiem potocznym, mało obrazowym. Jej sposób przekazywania myśli do mnie nie trafił. Język, jakim posługuje się pisarz stanowi dla mnie bardzo istotny element, gdyż to właśnie od niego zależy, czy pomiędzy autorem a czytelnikiem (czyli mną) dojdzie do skutecznej komunikacji i porozumienia na poziomie serca. Styl Ardagh ani nie przykuwa mojej uwagi na tyle, bym nie mogła oderwać się od lektury ani nie sprawia, bym zapadała się w sobie pod wpływem silnej identyfikacji z treścią poruszaną w książce (jak to miało miejsce np. w przypadku „Błękitnej prawdy”). Niestety przytoczony przeze mnie na samym początku tej notki piękny cytat z „Kobiecości” jest tak właściwie jednym fragmentem, który poruszył moje serce i duszę. Ciężko znaleźć w tej książce fragmenty na podobnym poziomie stylistycznym.

Poza tym różne aspekty kobiecości opisywane przez autorkę nie były dla mnie niczym nowym. Nie znalazłam na kartach tej książki niczego odkrywczego. Mało tego – zawsze ciekawiły mnie warsztaty dla kobiet związane właśnie z taką pracą z ciałem, jaką proponuje Chameli Gad Ardagh czyli ruch poprzez swobodny taniec w rytm bębnów czy ćwiczenia oddechowe mające ułatwić osadzenie się w ciele. Po lekturze tej książki doszłam do wniosku, że to jednak nie są warsztaty dla mnie i wolę odkrywać swoją pradawną moc w nieco inny sposób.

Niemniej jednak dla osób zainteresowanych tą tematyką „Kobiecość” może okazać się ciekawą lekturą, więc mimo wszystko polecam się z nią zapoznać. A nuż przypadnie Wam do gustu?


Moja ocena: 3,5/6


1 Chameli Gad Ardagh, Kobiecość. Praktyczne lekcje i ćwiczenia dla budzących się kobiet, Wyd. Biały Wiatr, Rzeszów 2014r, str. 15


Książkę przeczytałam w ramach wyzwania czytelniczego:

* Gra w kolory - szary



sobota, 25 października 2014

Czemuż to, ach czemuż zawsze trafiam z takim opóźnieniem na tak cudowne książki??? Czemu nie słucham płynących zewsząd zachwytów myśląc sobie: ‘no dobrze, to kiedyś tam przeczytam, skoro to takie fajne’. Czemu nie lecę z miejsca do biblioteki, by od razu przekonać się, czy naprawdę jest się czym ekscytować? A w przypadku powieści Gail Carriger jest czym i to od początku do samiuteńkiego końca. Tylko czemu ja zawsze muszę przekonywać się o tym jako ostatnia?!

Winę zrzucam przede wszystkim na brzydką i mało atrakcyjną dla zmysłu wzroku okładkę. Niezbyt urodziwa niewiasta w sukni o mało twarzowym kolorze plus szaro-bure tło – oj, zdecydowanie nie jest to ten rodzaj estetyki, który preferuję. Ale jak mówi stare porzekadło: nie oceniaj książki po okładce!

„Bezduszna” to pierwsza powieść otwierająca steampunkowy cykl pod hasłem „Protektorat parasola”, której bohaterką jest Alexia Tarabotti. Nie dość, że jest ona starą panną a jej ociec był z pochodzenia Włochem, to na dodatek Alexia nie posiada duszy a co za tym idzie nie działają na nią moce istot nadprzyrodzonych. Nie może jej ugryźć żaden wampir ani wilkołak, gdyż pod wpływem jej dotyku tracą oni swoje ponadnaturalne moce. Kiedy na jednym z przyjęć Alexia zostaje zaatakowana przez wampira, stanowi to nie tyle skandaliczne wręcz naruszenie zasad dobrego wychowania ale okazuje się być też początkiem niezłych tarapatów, bo ów wampir przypadkowo ginie z rąk naszej bohaterki. A śledztwo w tej sprawie wszczyna Lord Maccon – gburowaty, grubiański, za to zabójczo przystojny wilkołak, alfa miejscowej watahy. Z biegiem czasu okazuje się, że tajemniczy wampir z przyjęcia ma związek ze sprawą znikających nagle wampirów i pojawiających się w ich miejsce innych a Alexia zostaje podejrzana o maczanie palców w tej sprawie… Czy zdoła udowodnić swoją niewinność? O tym dowiecie się z książki.

Akcja powieści dzieje się w epoce wiktoriańskiej ale jest to alternatywna wersja tych czasów – efekt przeciągnięcia ich przez niezwykłą wyobraźnię autorki i jej zamiłowanie do mody i steampunku. Istoty nadprzyrodzone czyli wilkołaki i wampiry nie są tu dzikimi potworami, przed którymi wszyscy uciekają z krzykiem a rodzice straszą nimi dzieci na dobranoc, stanowią oni równorzędnych członków społeczeństwa, powszechnie przez nie akceptowanych.

To, co od razu przyciąga uwagę czytelnika to zachwycający styl pisania Carriger. Język jest wprawdzie dopasowany do realiów ale okraszony przy tym sporą dozą poczucia humoru autorki. Widać, że posiada ona lekkie pióro a pisanie przychodzi jej z łatwością. Czytając książkę zastanawiałam się nawet, czy autorka jest osobą gadatliwą, gdyż odniosłam wrażenie, że podczas pisania powieści słowa musiały chyba niezwykle naturalnie i płynnie wychodzić jej spod palców, tak jakby pisanie i dobierane odpowiednich słów było dla niej czymś tak naturalnym jak oddychanie.

Kreacja Alexii i Lorda Conalla Maccona opiera się na działaniu zasady: kto się czubi ten się lubi. Oboje udają, że się nie znoszą a w rzeczywistości każde ich spotkanie wywołuje w obojgu eksplozję takiej energii seksualnej, że aż iskry lecą  ;-)

A sam Lord Maccon… Oooch, czy słyszycie ten gardłowy jęk dobiegający z głębi moich trzewi? ;-) Co za mężczyzna! Z miejsca trafił w poczet moich najulubieńszych bohaterów literackich płci męskiej a mój dotychczasowy faworyt i literacki ideał mężczyzny czyli pan Rochester (z „Dziwnych losów Jane Eyre” jakby ktoś nie pamiętał ;-)) zyskał mocnego konkurenta! 100% samiec alfa, silny, męski, stanowczy, nieco gburowaty i grubiański, zdecydowany w działaniu i posługujący się niewybredną frazeologią a jednocześnie gdy jest zakochany taki... pocieszny i ciapowaty ;-) Eksplozja testosteronu w jego wykonaniu wydobywa z moich trzewi pełne rozkoszy pomruki i powoduje, że mocniej ściskam książkę w rękach ;-)

Pozostali bohaterowie (a przynajmniej ci wysuwający się na pierwszy plan) ukazani są przez pryzmat poczucia humoru autorki, widać, że darzy ich ona ogromną sympatią, zresztą podobnie jak czytelnik. Bo jak tu nie lubić profesora Randolpha Lyalla – pomocnika Lorda Maccona i jego prawą rękę, betę watahy Woolsey – człowieka (ekhm… właściwie powinnam powiedzieć wilkołaka) nadzwyczaj spokojnego i łagodnego, który nie tyle studzi dzikie popędy swego przełożonego, ale i poprzez swój melancholijny charakter potęguje komiczny efekt wybuchów Maccona. Zresztą odnoszę nieodparte wrażenie, że inspiracją do stworzenia przez Carriger tej dwójki był inny słynny duet detektywów – Sherlock Holmes i dr John Watson. A że ja współczesną wersję Sherlocka (serial TV stworzony przez Stevena Moffata i Marka Gatissa) kocham całą sobą, to nie dziwi, że i tej dwójce uległam ;-) Mamy tu też pannę Ivy Hisselpenny, przyjaciółkę Alexii o fatalnym wręcz guście jeśli chodzi o nakrycia głowy i Lorda Akeldamę, przyjaciela Alexii, wampira o dosyć specyficznym guście jeśli chodzi o ubiór i sposób zachowania, mocno wskazujący na homoseksualne skłonności ;-) No i nie należy zapominać komicznie przedstawionych członków rodziny panny Tarabotti z jej wścibską i pruderyjną matką na czele oraz służącym Flootem, zawsze stojącym po stronie Alexii i ukrywającym przed rodziną jej różne występki.

To właśnie głównie poprzez kreacje bohaterów uwidacznia się komizm w „Bezdusznej”, choć zdarza się i ten sytuacyjny.

Bardzo podoba mi się pomysł na poszczególne tytuły w serii czyli przymiotniki kończące się w języku angielskim przyrostkiem –less (soulless, changeless, blameless, heartless, timeless) i tłumaczone odpowiednio na polski za pomocą przymiotników z przedrostkiem bez- (bezduszna, bezzmienna, bezgrzeszna, bezwzględna). Również pomysł na okładki w tym samym stylu uważam za bardzo trafiony, choć stylistyka, w jakiej są utrzymane nie do końca trafia w mój gust.

Jestem po uszy zakochana w prozie Gail Carriger i z całego serca polecam Wam się z nią zapoznać. „Bezduszna” to idealna lektura na chandrę – przezabawna, ciepła (a momentami wręcz gorrrąca ;-)), inteligentna i poprawiająca humor. U mnie koło łóżka czeka już drugi tom cyklu!

 

Moja ocena: 6/6

Książkę przeczytałam w ramach wyzwania czytelniczego:

* Gra w kolory - szary



 
1 , 2 , 3 , 4 , 5 ... 25
| < Grudzień 2014 > |
Pn Wt Śr Cz Pt So N
1 2 3 4 5 6 7
8 9 10 11 12 13 14
15 16 17 18 19 20 21
22 23 24 25 26 27 28
29 30 31        
Tagi