czwartek, 30 lipca 2015

Jakiś czas temu trafiłam wreszcie w bibliotece na pierwszą część serii o Starym Królestwie zatytułowaną „Sabriel”. Ucieszyłam się bardzo, bo książka zbierała pozytywne opinie na blogach a ja już od dawna miałam chrapkę na dobrą powieść fantasy skierowaną do młodzieży. Fajnie się też złożyło, gdyż trafiłam z lekturą na niemały jubileusz – w tym roku powieść obchodzi 20-lecie wydania, co też Wydawnictwo Literackie postanowiło uczcić wznowieniem nakładu w odświeżonej szacie graficznej. Na wielu blogach nastąpił wysyp pozytywnych recenzji, do których i ja mogę dorzucić małą cegiełkę. 

„Sabriel” w języku angielskim ukazała się po raz pierwszy w 1995 roku (zdobyła wtedy nagrodę Aurealis Award w kategorii najlepsza powieść young-adult i najlepsza powieść fantasy) i choć minęło już 20 lat od jej wydania, nie straciła nic na wartości – nadal zachwyca konstrukcją świata przedstawionego i wzbudza chęć jego głębszej eksploracji w kolejnych tomach serii.

Akcja powieści została umiejscowiona w dwóch sąsiadujących ze sobą państwach, oddzielonych murem (skojarzenia z „Gwiezdnym Pyłem” Gaimana tudzież „Grą o tron” Martina jak najbardziej na miejscu). Ancelstierre przypomina świat z początku XX wieku – jest tam elektryczność, po ulicach poruszają się niedawne wynalazki - samochody, wojsko posiada do dyspozycji czołgi, można wykonywać połączenia telefoniczne. Druga kraina zwana Starym Królestwem kojarzy się bardziej ze znaną nam epoką średniowiecza – nikt tam nie słyszał o elektryczności, podróże odbywa się pieszo lub konno a mieszkańcy tych ziem posługują się tzw. Magią Kodeksu.

Główną bohaterkę powieści poznajemy w chwili jej narodzin oraz… śmierci. Dziewczynkę ratuje z Krainy Śmierci jej ojciec, Abhorsen czyli osoba dbająca o równowagę między światem Żywych a Umarłych (więcej o profesji Abhorsena w dalszej części recenzji), matka niestety umiera przy porodzie. Sabriel wychowuje się w Wywerley Collage, szkole dla dziewcząt w Ancelstierre, gdzie prowadzi beztroskie życie ucząc się Magii Kodeksu. Pewnego dnia osiemnastoletnia już dziewczyna otrzymuje wiadomość od ojca, który jest w śmiertelnym niebezpieczeństwie. Posłaniec przynosi jej miecz oraz dzwonki ojca – atrybuty Abhorsena. Sabriel musi wyruszyć do Starego Królestwa, by odnaleźć ojca i uratować krainę przed Zmarłymi. W wędrówce przez Stare Królestwo towarzyszy jej mówiący ludzkim głosem kot Mogget oraz Touchstone, tajemniczy mężczyzna uwolniony przez Sabriel z więzów wieloletniego zaklęcia.

Jak już wspominałam bardzo podoba mi się świat przedstawiony w powieści, zwłaszcza Kraina Śmierci oraz sposób ‘pracy’ Abhorsena. Śmierć to kraina, do której można dostać się poprzez skupienie myśli. Nie wiem, czy jest to umiejętność dostępna tylko magom czy też wszystkim ludziom ale nie kojarzę żadnej wzmianki jakoby zwykły śmiertelnik posiadał takie zdolności. Kiedy Sabriel przenosi się do Śmierci, jej ciało nieruchomieje i pokrywa się lodem/szronem. Jednak najciekawszy jest sam wygląd Krainy Śmierci – Nix przedstawia ją jako miejsce podzielone na rejony z dziewięcioma Bramami i płynącą Rzeką.

Również wątek nekromancji został ciekawie zilustrowany. W powszechnym znaczeniu nekromanta to czarownik, który przyzywa duchy zmarłych. U Nixa jako Abhorsen ma on przede wszystkim za zadanie odsyłać zbłąkanych Zmarłych do Śmierci, aby nie niepokoili mieszkańców Starego Królestwa. Oprócz zaklęć Magii Kodeksu służą mu do tego celu specjalny miecz oraz komplet dzwonków, z których każdy ma inną funkcję poskramiania złych mocy.

Od samego początku polubiłam główna bohaterkę. Sabriel jest dziewczyna rozsądną, mądrą i potrafiącą samodzielnie myśleć i działać. Początkowo jej wiedza na temat Starego Królestwa i panujących w nim zasad jest znikoma, stąd też dziewczyna ma wiele wątpliwości co do podejmowanych działań, odczuwa strach i bezradność. Potrafi jednak bardzo szybko uczyć się na błędach, wyciągać wnioski i dostosowywać się do zastanych okoliczności. Z przyjemnością śledziłam jej losy, przyglądałam się jak uczy się odpowiedzialności i powoli dorasta do roli, jaką przeznaczył dla niej los. Nixowi należą się brawa za to, że nie uczynił z osiemnastoletniej Sabriel rozchwianej emocjonalnie, rozhisteryzowanej nastolatki, która co dwie strony jęczy z miłości. Skoro jesteśmy już w tematach okołosercowych to nie omieszkam wytknąć Nixowi jednej rzeczy, która zdecydowanie mu się nie udała - chodzi oczywiście o bardzo nieudolnie poprowadzony wątek romansowy, który moim zdaniem nic do powieści nie wnosi i jedynie wywołuje w czytelniku wysoki poziom irytacji. Również sama postać ukochanego została potraktowana przez autora po macoszemu - jest niedopracowana, słaba charakterologicznie i mocno wkurzająca. Za każdym razem kiedy Touchstone pojawiał się na kartach powieści, przewracałam z irytacji oczy.

Skoro mowa o pozostałych bohaterach książki warto wspomnieć o Moggecie - białym kocie obdarzonym ludzką mową. Do końca nie wiadomo kim tak naprawdę on jest, czytelnik dowiaduje się tylko, ze jest to zły demon zaklęty setki lat temu przez jednego z Abhorsenów ale powody dla których to uczyniono pozostają do końca niewyjaśnione. Mogget to najzabawniejsza postać z książki, jego złośliwe i drwiące komentarze wprowadzają sporo humoru do fabuły. Podobnie jak Sabriel polubiłam go od pierwszej strony i to tak bardzo, że zamarzył mi się własny biały kocur... Co dziwne o tyle, ze nie należę do miłośniczek kotów ;-)

Chętnie obejrzałabym film na podstawie książki, zwłaszcza, że malowniczość wielu scen aż prosi się o przeniesienie na duży ekran. Bardzo 'filmowa' wydała mi się szczególnie scena walki z Kerrigorem - spece od efektów specjalnych mieliby tu niezłe pole do popisu.

Książka napisana jest prostym językiem, czyta się ją szybko i sprawnie. Już od pierwszych stron wciąga czytelnika w swój świat i nie pozwala opuścić go na dłużej. Ja wykorzystywałam każda wolna chwilę, by móc ponownie wrócić do Starego Królestwa i dalej wędrować razem z bohaterami po jego niebezpiecznych krainach.

"Sabriel" to powieść skierowana przede wszystkim do młodzieży ale zadowoli także i dorosłego czytelnika. Przemyca uniwersalne prawdy na temat przyjaźni, lojalności, odpowiedzialności. Pomimo drobnych zgrzytów ujęła mnie konstrukcją świata przedstawionego i kreacją głównej bohaterki. Już nie mogę się doczekać kiedy sięgnę po następne tomy serii!

Moja ocena: 5/6

 

Książkę przeczytałam w ramach wyzwań czytelniczych:

* Odnajdź w sobie dziecko (wydana po 2000r)

* Trójka e-pik (książka z motywem królewskim) - w ramach nadrabiania zaległości

* Gra w kolory - biały



niedziela, 19 lipca 2015

Przez wiele lat Kasia Bem była odnoszącą sukcesy menedżerką wysokiego szczebla, dyrektorką w reklamowych i medialnych korporacjach, redaktorką, tłumaczką, copywriterką. Nieustającą pracownicą miesiąca, zabieganą, zapracowaną, zestresowaną, kompulsywnie objadającą się byle czym imprezowiczką. Do czasu aż ledwo zipiący z przemęczenia organizm nie zbuntował się na dobre i nie zafundował jej trwającej długi okres czasu depresji. "Potrzebowałam życiowej traumy, żeby dorosnąć do swojego przeznaczenia" pisze Kasia na swojej stronie internetowej. Tym przeznaczeniem okazała się hatha joga polecona przez przyjaciółkę. "Poczułam jak z tysiąca rozedrganych kawałków złożyłam się nowo" - to był przełom, który zapoczątkował kompletną zmianę dotychczasowego życia Kasi.

Dziś jest nauczycielką jogi z wieloma międzynarodowymi dyplomami zaświadczającymi o ukończonych kursach i warsztatach, propagującą tę dyscyplinę samodoskonalenia wśród swoich polskich uczniów. W 2008 roku stworzyła autorski program "Joga dla Twarzy", jest także pomysłodawczynią warsztatów p.t. "Pokonaj stres" oraz programów "Potęga ciszy" czy "Detoks z jogą naturalnie!". I właśnie o tym ostatnim chciałabym dzisiaj powiedzieć kilka słów.

Książka "Happy detoks" powstała na bazie doświadczeń zebranych przez autorkę na przestrzeni kilku lat, w których nauczała jogi i zdrowego trybu życia. Tytuł spotkał się z ogromnie serdecznym przyjęciem i już po dwóch miesiącach sprzedaży doczekał się dodruku. I nie ma się co dziwić, bo jest to jeden z najlepszych poradników, jakie było mi dane w życiu czytać - napełniający radością, zarażający optymizmem i niesamowitym powerem do działania.

Już sama okładka wywołuje uśmiech na twarzy - intensywnie różowa i radosna przyciąga jak magnes. Treść jest nie mniej pozytywna - możecie uwierzyć mi na słowo, że z każdej strony tego poradnika świeci słońce i napełnia pozytywną energią :-)

"Happy Detoks" to kompletny, holistyczny przewodnik oczyszczania ciała, umysłu i emocji. Skierowany jest do wszystkich, którzy świadomie podchodzą do kwestii odżywiania i chcą zadbać o swój organizm. Opiera się on przede wszystkim na diecie alkalizującej czyli takiej, która przywraca w organizmie właściwy poziom pH. Książka zawiera kompletne menu na 10 dni diety Happy Detoks - kilkadziesiąt prostych i szybkich w przygotowaniu przepisów.

Ponieważ Happy Detoks jest z założenia holistycznym programem oczyszczania, włączono do niego dodatkowe elementy sprzyjające oczyszczaniu ciała i umysłu czyli proste zestawy asan, ćwiczenia oddechowe czy medytacje. 

Układ książki jest bardzo przejrzysty, całość podzielono na 10 rozdziałów, w których Kasia Bem krok po kroku prezentuje nam poszczególne fazy diety i udziela cennych wskazówek związanych ze zdrowym trybem życia. Świetne w tym programie jest to, że został on dostosowany do wymogów współczesnego świata, aby bez problemu można go było włączyć do codziennego napiętego planu dnia. W końcu autorka dobrze wie, jak współczesnym kobietom trudno jest wygospodarować choć pół godziny w ciągu dnia tylko dla siebie.

Dieta prezentowana w książce nie jest mi obca, wielokrotnie odkwaszałam w ten sposób swój organizm (ale bez jogi i ćwiczeń oddechowych) i mogę potwierdzić jej fenomenalne działanie zarówno na ciało jak i na ducha. Warto zrezygnować z produktów zakwaszających organizm, uczucie lekkości i energia do działania jakie wywołuje dieta alkalizująca są warte wszelkich wyrzeczeń! I gwarantuję Wam, że nie poznacie swojej skóry w lustrze! Będzie jędrniejsza, bardziej promienna, tryskająca młodzieńczym blaskiem!

Pełną dietę Happy Detoks zaprezentowaną w książce bardzo chciałabym przeprowadzić ale najpierw muszę odpowiednio 'wgrać' ją w mój plan dnia, tzn. głównie przemyśleć kolejność i godziny posiłków (w pracy nie mam mikrofali by odgrzać przygotowany wcześniej obiad), bo czasami wracam do domu na tyle późno, że jem już tylko jeden posiłek (obiado-kolację) aby nie zapełniać żołądka w późnych godzinach wieczornych.

Bardzo podobało mi się stwierdzenie Kasi, że jesteśmy tym co jemy, zadbajmy więc o jakość budulca, z którego tworzymy samych siebie. Od kilku miesięcy jest to zasada bliska również mnie, której efekty coraz częściej cieszą moje oczy i duszę.

Aby nie było tylko słodko i cukierkowo, dodam odrobinę goryczy w postaci dwóch uwag, które nasunęły mi się podczas lektury. Po pierwsze "Happy Detoks" zawiera trochę literówek, które warto byłoby skorygować, zwłaszcza w tak pięknie wydanej książce. A po drugie nie bardzo rozumiem, jaki jest sens powielania w dwóch następujących po sobie rozdziałach tych samych przepisów na potrawy. Skoro pojawiają się one już w rozdziale opisującym dzień po dniu przebieg detoksu, to trzeba było zrezygnować z nich w następnym rozdziale zawierającym spis wszystkich przepisów. Albo zaproponować w nim alternatywne przepisy do wykorzystania w trakcie diety.

Poza tym nie mam żadnych uwag i jestem naprawdę zachwyconą książką jako całością! Zapomniałam dodać, że jest ona interaktywna, tzn. po wgraniu na Wasze smartfony odpowiedniej aplikacji można zeskanować obrazki na niektórych stronach książki i obejrzeć w internecie dodatkowe filmiki, na których Kasia Bem pokazuje jak prawidłowo wykonywać asany czy ćwiczenia oddechowe.

Bardzo serdecznie zachęcam Was do zapoznania się z tą niezwykle kolorową i radosną pozycją - jestem przekonana, że zmieni ona Wasze podejście do odżywiania a kto wie, może i zapoczątkuje też zmiany na nieco głębszym, duchowym poziomie. Spróbujcie same, to działa!

Moja ocena: 5,5/6



Książkę przeczytałam w ramach wyzwań czytelniczych:

* z własnego księgozbioru

* Gra w kolory - różowy

* Wyzwanie 2015 - została wydana w 2015r


środa, 08 lipca 2015

Nie należę do osób lubiących gotować ale życie na własny rachunek wymaga od nas choćby podstawowych umiejętności przygotowywania potraw. Te wraz z moim życiowym partnerem już posiadamy, gorzej z pomysłami na codzienne obiady. Trudno jeść ciągle to samo, od czasu do czasu trzeba szukać inspiracji. Gromadzone przez lata książki kucharskie znajdują więc wreszcie zastosowanie ;-)

Jestem zwolenniczką diety bezmięsnej i najlepiej bezglutenowej. Staram się odżywiać zdrowo, wiem co szkodzi mojemu organizmowi, ma niekorzystny wpływ na pracę poszczególnych narządów oraz wygląd skóry czy włosów. Od kiedy dbam o to, co stanowi budulec mojego organizmu, stan mojej skóry uległ znacznej poprawie a ja czuję się o niebo lepiej na co dzień.

Gotowaniem według Pięciu Przemian nigdy specjalnie się nie interesowałam, ale chińska filozofia natury jest mi znana choćby z teorii urządzania przestrzeni według feng-shui, którą fascynowałam się kilka lat temu. Aspekty związane z jin-jang i przepływem energii nie są mi więc obce. Sięgnęłam po przepisy pani Anny Czelej, bo zasady gotowania według Pięciu Przemian wydały się współgrać z tym, na co zwracam uwagę w odżywianiu. Na czym więc polega ten tradycyjny chiński sposób gotowania?

W skrócie chodzi o to, by przygotowywać potrawę dodając składniki w odpowiedniej kolejności, co sprawi, że wydobędziemy z potrawy odpowiednią energię, która krążąc i wzmacniając energię naszego organizmu, zapewni mu równowagę i pełnię zdrowia. Każdemu z pięciu elementów (drzewo-ogień-ziemia-metal-woda) przyporządkowane są pory roku, poszczególne produkty, smaki oraz narządy człowieka. W odpowiednio zbilansowanej energetycznie potrawie występują składniki z wszystkich pięciu przemian, przy czym należy zwracać też uwagę na to, czy dany produkt działa na organizm ludzki rozgrzewająco, wychładzająco czy neutralnie.


Jak sam tytuł wskazuje, znajdziemy w książce przepisy na potrawy z warzyw i owoców ogólnodostępnych w porze letniej. Wzbogacone nasionami, orzechami, ziołami i przyprawami tworzą podstawę zbilansowanej diety letniej. Według Pięciu Przemian lato to Przemiana Ognia, energetyczna natura yang, kolor czerwony i smak gorzki. W sferze emocji odwołuje się do radości życia, witalności, kreatywności i serdeczności.

Po krótkim wstępie, w którym autorka charakteryzuje porę letnią według filozofii Pięciu Przemian oraz opisuje ogólne zasady tej metody, znajdziemy kilkadziesiąt przepisów na dosyć proste w przygotowaniu potrawy wraz ze zdjęciami autorstwa pani Czelej. Nie grzeszą one ani wyrafinowaną kompozycją ani jakością wykonania ale mnie w zupełności wystarczają. Przepisy podzielone są na sekcje typu: zupy, surówki i sałatki, dania ciepłe, desery, przetwory. Na końcu znajdziemy alfabetyczny spis wszystkich potraw z oznaczeniem dań bezglutenowych.

Stopień trudności przepisów określiłabym od bardzo łatwego do średnio trudnego. Nawet taki kulinarny żółtodziób jak ja nie powinien mieć problemów z przygotowaniem większości dań z książki. Na pochwałę zasługuje także dobór składników poszczególnych potraw – 99% z nich bez problemu kupimy w osiedlowym sklepie czy supermarkecie. Nawet sama autorka w przedmowie wspomina, że jest propagatorką kuchni polskiej w świecie, więc starała się wykorzystywać głównie nasze rodzime owoce czy warzywa.

Przepisy są ciekawe i na tyle apetyczne, że mam ochotę przyrządzić zdecydowaną większość. Zresztą, zobaczcie ile interesujących mnie potraw zaznaczyłam! ;-)


Posiadam wszystkie cztery tomy serii i zamierzam aktywnie korzystać z wiedzy w nich zawartej, zgodnie z aktualną porą roku. Polecam te książki osobom zainteresowanym odkrywaniem nowych szlaków w temacie kulinariów - nie tylko zaawansowanym w sztuce gotowania. Przepisy pani Anny Czelej są na tyle proste, że nawet początkujący kucharze bez problemu zachwycą swoich domowników czy gości przyrządzonymi według nich potrawami.



Moja ocena: 5/6

Książkę przeczytałam w ramach wyzwań czytelniczych:

* z własnego księgozbioru



niedziela, 28 czerwca 2015

Wróciłam z dłuższego urlopu, więc mam nadzieję, że cisza na blogu wreszcie się zakończy i zaczną pojawiać się bardziej regularne wpisy :-)

Tymczasem chwalę się kolejnymi wygranymi książkami :-)

Tagi: inne stosiki
11:11, weisse_taube , stosiki
Link Dodaj komentarz »
sobota, 27 czerwca 2015

Kiedy jesienią zeszłego roku byłam po raz pierwszy w Tatrach, z miejsca zakochałam się w Dolinie Roztoki. Przypomniała mi się wtedy niewielka książeczka z dzieciństwa o małym sarnim koźlątku. Będąc dzieckiem nigdy jej nie przeczytałam (czego teraz oczywiście żałuję), więc nadarzyła się okazja, by nadrobić zaległości.

Po rozpoczęciu lektury okazało się jednak, że wspomniana w tytule Dolina Roztoki mieści się nie w Tatrach a na Nowosądecczyźnie, w rejonie rzeki Poprad. Tam jednak także miałam okazję być – przejeżdżałam przez te okolice jadąc na urlop do Rumunii – i byłam zachwycona widokami za oknem autokaru!    

„Rogaś z Doliny Roztoki” opowiada historię sarniego koźlątka, osieroconego przez matkę i przygarniętego przez rodzinę gajowego na odchowanie do czasu aż będzie mógł powrócić do swego naturalnego domu. Ze zwierzęciem bardzo zżyły się dzieci gajowego, które karmiły je z butelki, bawiły się z nim i opiekowały się brykającym po podwórzu coraz większym jelonkiem. Rogaś sporo psocił dowodząc tym samym swojej dzikiej natury ale potrafił też okazać przywiązanie do ludzi.

Akcja powieści została umiejscowiona w podkarpackiej wsi Rytro położonej w dolinach Popradu i obu Roztok. Opisy przyrody są zachwycające, aż chciałoby się wybrać w te okolice choć na kilka dni! Maria Kownacka wiernie oddała nie tylko nowosądeckie krajobrazy – także wydarzenia przedstawione w książeczce miały miejsce naprawdę.

Jak pisze sama autorka w posłowiu okolice Rytra są prawdziwą skarbnicą pamiątek historycznych, legend i podań, niewiele dotąd znanych a wartych przedstawienia szerszej publiczności. Stąd pomysł na opowiadanie, które jest niejako hołdem złożonym mieszkańcom tych okolic. Maria Kownacka spędziła na Nowosądecczyźnie wiele czasu, rozmawiała  z mieszkańcami Rytra, którzy wprowadzali ją w tajniki tamtejszych obyczajów czy gwary. Opowiadali jej oni różne historie związane z tą miejscowością, między innymi o przygodach małego jelonka.

Osobiście zachwycił mnie nie tylko język opowiadania (piękna polszczyzna, stylizowana miejscami na gwarę) ale i sama zawartość merytoryczna – przygodny psotliwego sarniątka są tylko pretekstem do ukazania wspaniałej obyczajowości mieszkańców okolicznych wsi – ich codziennego życia, zabaw a także tradycji i różnorakich świąt. Opowiadanie kończy się nawiązaniem do ciekawej legendy o rycerzu Rydygierze zabitym przez okolicznego samca sarny. Poza tym historia Rogasia uczy młodego czytelnika szacunku do świata zwierząt – zwłaszcza tych dzikich i zrozumienia, że nie każde zwierzę nadaje się do ciągłego życia z człowiekiem. Dzika natura rządzi się swoimi prawami i trzeba umieć je uszanować.

Wspaniała lektura nie tylko dla młodego czytelnika – dorosłych zachwyci z pewnością malowniczość krajobrazów i bogato opisana obyczajowość mieszkańców Nowosądecczyzny. To świat którego już nie ma, odległy baśniowy świat pełen zachwycającego piękna prosto z natury.

Moja ocena: 5/6

Książkę przeczytałam w ramach wyzwań czytelniczych:

* z własnego księgozbioru

* Gra w kolory - biały

* Odnajdź w sobie dziecko (książka o innym zwierzątku - wydana przed 2000r)
* Wyzwanie 2015 – oparta na prawdziwej historii

* Trójka e-pik (powieść, której jednym z głównych bohaterów jest zwierzę) - w ramach nadrabiania zaległości



13:35, weisse_taube , przeczytane
Link Komentarze (1) »
niedziela, 31 maja 2015

Doskonale pamiętam szał na "Dziennik Bridget Jones" paręnaście lat temu. Wszyscy go czytali, wszyscy o nim mówili/pisali. Co druga kobieta mówiła "jestem Bridget Jones", "Bridget Jones to ja" - Helen Fielding stworzyła postać, z którą identyfikowały się miliony kobiet na całym świecie. Ja oczywiście swoim zwyczajem zabrałam się za książkę nieco później, kiedy jej sława już nieco przygasła. Byłam wtedy jakoś w połowie studiów (sprawdziłam – czytałam w 2003 roku) i po lekturze powieści ze zdziwieniem skonstatowałam, że ja z Bridget Jones nie mam zupełnie nic wspólnego. Nie miałam nigdy nadwagi, nie musiałam nosić wyszczuplających majtek, nie miałam przykrych doświadczeń z popapranymi facetami, nie piłam, nie paliłam i nie miałam tendencji do robienia z siebie idiotki czy pakowania się w dziwne sytuacje. Problemy Bridget Jones nie były moimi problemami. Dziwiłam się nawet, co te wszystkie baby widzą w tej bohaterce, mnie nie wydawała się ona nawet szczególnie zabawna...

A kiedy po dwunastu latach odświeżyłam sobie lekturę "Dziennika"...

Taaaaak, już się pewnie domyślacie, że co nie co się pozmieniało ;-) Nadal nie mogę wprawdzie powiedzieć "Bridget Jones to ja" ale dwanaście lat zrobiło swoje i pewne aspekty bycia 'kobietą po 30-stce' nie są mi już obce... ;-) Wydaje mi się, że po prostu trzeba doświadczyć pewnych sytuacji, dojść do pewnego etapu w życiu, na którym opisywane w książce zachowania są bardzo prawdopodobne właśnie ze względu na wiek, w którym znajduje się bohaterka. Zawsze dziwiło mnie, że z panną Jones identyfikowały się nawet piętnastolatki...

Obecnie mam prawie 33 lata, kilku popaprańców za sobą, głupie ględzenie mojej matki przyprawia mnie o bóle głowy, waga zdaje się czasem pokazywać takie liczby, że zastanawiam się czy się czasem nie zepsuła a mojemu brzuchowi przydałaby się para majtek wyszczuplających ;-) Nadal jednak nie należę do głupiutkich idiotek pakujących się w kretyńskie sytuacje, nie mam problemów z tytoniem i alkoholem i nikt z mojej rodziny nie dziwi się, że jeszcze nie dorobiłam się męża i dwójki dzieci.

Tym razem czytałam książkę z większym uśmiechem na ustach niż te paręnaście lat temu, więcej sytuacji wydawało mi się komiczne. To chyba też kwestia doświadczenia ;-)

"Dziennik Bridget Jones" towarzyszył mi przez kilkanaście dni w drodze do i z pracy i był doskonałym rozweselaczem i poprawiaczem humoru. Krótkie rozdziały podzielone na dni doskonale nadają się do czytania w komunikacji miejskiej. Warto czasem wracać do niektórych książek, by po latach móc spojrzeć na nie z nieco innej perspektywy (albo zobaczyć jak bardzo my się zmieniliśmy!).

Moja ocena: 4,5/6


Książkę przeczytałam w ramach wyzwań czytelniczych:

*z własnego księgozbioru

* Gra w kolory - różowy

* Wyzwanie 2015 – więcej niż 215 stron

* Trójka e-pik (optymistyczna książka na jesienną chandrę)- w ramach nadrabiania zaległości

11:42, weisse_taube , przeczytane
Link Komentarze (2) »
niedziela, 26 kwietnia 2015

Różne bywają powody sięgania po dany tytuł. Zachęcająca recenzja w prasie czy w Internecie, polecenie znajomego, interesująca nas tematyka. U mnie zazwyczaj też tak bywa ale tym razem skusiło mnie jedno z zdanie w pewnym artykule dotyczącym… kosmosu. W styczniowym numerze  Nowej Fantastyki Mateusz Wielgosz pisze o misji lądownika Philae, który ma badać powierzchnię komety 67P/Czuriumow-Gierasimienko. Zaczynając artykuł od kilku słów na temat szczególnego miejsca komet w świadomości ludzkiej, wspomina przy okazji, że nawet w naszej epopei narodowej można znaleźć wzmiankę na temat komety C/1811 F1. To wystarczyło, bym o razu skierowała swe kroki do regału z książkami i ściągnęła z półki „Pana Tadeusza” ;-)

Podejścia do tej nielubianej lektury szkolnej miałam dwa. Pierwsze w podstawówce – przeczytałam tylko większy fragment. Drugie podejście miało miejsce w liceum, gdzie na lekcje języka polskiego trzeba było przeczytać już całość. Nie dałam rady. Nie pamiętam nawet czy doszłam do połowy. Męczyła mnie forma jak i sama treść – zupełny brak zainteresowania fabułą i mnogość postaci sprawiły, że spasowałam. I muszę przyznać, że i tym razem nie było łatwo. Czytanie dla przyjemności różni się oczywiście znacząco od przymusowego czytania na zajęcia szkolne, czas nas nie goni, nie musimy skupiać się nad środkami stylistycznymi czy pytaniem ‘co autor miał na myśli?’. Jednakże lektura „Pana Tadeusza” nawet te kilkanaście lat po ukończeniu szkoły była dla mnie momentami drogą przez mękę.

Styl, jakim napisana jest epopeja wymaga od czytelnika maksymalnego skupienia na czytanym tekście, co w moim przypadku znacznie wydłużyło czas czytania, bo nie zawsze miałam odpowiednie ku temu warunki (a niestety najczęściej jest to autobus wiozący mnie do i z pracy). Po drugie ilość postaci występująca w utworze przyprawiała mnie o zawroty głowy i nie byłam w stanie spamiętać kto z kim gdzie i dlaczego. Sama fabuła też nie wzbudziła we mnie entuzjazmu (i nie chodzi o to, że przecież wiem mniej więcej o co chodzi i jak to się wszystko skończy). Między mną a Panem Tadeuszem po prostu nie zaiskrzyło ;-)

Ale – jest jedna rzecz, której nie doświadczyłam czytając tę książkę w szkole a mianowicie odkryłam w niej… humor. Nie spodziewałam się, że taki z tego Mickiewicza dowcipniś :-) Do „Pana Tadeusza” zawsze podchodzi się z jakimś takim nabożnym szacunkiem, powagą a ja w pewnym momencie przerwałam na chwilę lekturę z okrzykiem: toż to komedia jest! I to całkiem niezła :-)

Odkrywanie po latach warstwy humorystycznej w książkach, które kiedyś tam wydawały nam się nudne jest szalenie przyjemne – podobną sytuację miałam z „Procesem” Kafki czy czytanymi teraz „100 latami samotności” Marqueza. 

Mimo, iż nie zapałałam głęboko patriotycznym uczuciem do naszej epopei narodowej, to cieszę się, że udało mi się ją w końcu przeczytać w całości. I jestem niemal w 100% pewna, że za kilkanaście lat sięgnę po nią po raz kolejny i będę próbować znowu czytać – tym razem jednak z pełnym zrozumieniem (t.j. uwzględniając wszelkie przypisy i objaśnienia autora).

P.S. A jeśli chodzi o powód sięgnięcia po „Pana Tadeusza” – pojawia się on w księdze ósmej :-)

Moja ocena: 3,5/6


Książkę przeczytałam w ramach wyzwań czytelniczych:

*z własnego księgozbioru

* Gra w kolory - zielony

* Wyzwanie 2015 – miałam przeczytać w szkole ale się nie udało

* Trójka e-pik (XIX wiek w literaturze) - w ramach nadrabiania zaległości


sobota, 04 kwietnia 2015

To już piąty wygrany konkurs w tym roku! :-)


Tagi: inne
20:49, weisse_taube , inne
Link Dodaj komentarz »
poniedziałek, 30 marca 2015

Bardzo się cieszę, że minął raptem pierwszy kwartał roku a ja mogę przedstawić już pierwszą kandydatkę do miana Książki Roku. Radość jest tym większa, że kultowa powieść Carda okazała się być dla mnie bardzo zaskakująca pod względem bogactwa treści i możliwości interpretacji. Lubię odkrywać dobrą literaturę. „Gra Endera” nie zrobiła na mnie z początku większego wrażenia, podchodziłam do niej raczej chłodno i z dystansem – głównie przez wojskową tematykę, która kazała mi myśleć, że to powieść raczej dla facetów. Nic bardziej mylnego.

„Gra Endera” powstała jako opowiadanie (opublikowane po raz pierwszy w 1977r). Będąc uczniem szkoły średniej Orson Scott Card fascynował się teorią strategii militarnych a zwłaszcza rolą dowódcy w armii. To właśnie wtedy pojawiły się w jego głowie pierwsze pomysły na fabułę, wykorzystane lata później przy pisaniu powieści, która ukazała się w 1985r. Rok później Card został uhonorowany za „Grę Endera” nagrodami Hugo i Nebula. Był pierwszym autorem, który otrzymał te nagrody rok po roku, gdyż kontynuacja powieści - „Mówca umarłych” zdobyła Hugo i Nebulę w 1987r. Dziś „Gra Endera” zaliczana jest do klasyki sci-fi.

Akcja powieści dzieje się w przyszłości, kilkadziesiąt lat po zwycięskiej wojnie (tzw. Drugiej Inwazji) z robalami – obcymi istotami przypominającymi owady. Świat szykuje się do kolejnej wojny i szuka odpowiedniego kandydata na generała – głównego dowódcę, który poprowadzi wojska do zwycięstwa. Okazuje się nim być sześcioletni Andrew (Ender) Wiggin, który trafia do Szkoły Bojowej, gdzie najzdolniejsze dzieci kształci się na przyszłych dowódców wojsk. Nauka polega m.in. na graniu na symulatorach w gry polegające na walce z robalami czy na staczaniu bitew pomiędzy poszczególnymi armiami uczniów w specjalnej sali treningowej. Ender jest niezwykłym dzieckiem o genialnych zdolnościach wojskowych. Bacznie obserwowany a także manipulowany przez dorosłych szybko przechodzi przez kolejne etapy szkolenia, by w końcu trafić na planetę Eros, gdzie czekają go ostatnie miesiące nauki przed objęciem stanowiska głównego dowódcy. Tam, szkolony przez samego Mazera Rackhama, bohatera, który uratował Ziemię podczas ostatniej inwazji robali przygotowuje się do najważniejszego w swoim życiu egzaminu…

„Gra Endera” jest powieścią o tak szerokim wachlarzu zagadnień i interpretacji, że trudno mi zdecydować się, od czego zacząć jej omawianie a obawiam się, że i tak nie zdołam spisać wszystkich myśli i odczuć, które we mnie wywołała.      

Zacznijmy może od głównego bohatera oraz jego rodzeństwa, które ma ogromny wpływ na jego charakter. Ender jest tzw. Trzecim, czyli dzieckiem, które tak właściwie nie powinno się narodzić. Ziemia jest na tyle przeludniona, że posiadanie więcej niż dwójki dzieci jest zabronione a rodziny łamiące ten zakaz są klasyfikowane jako niesubordynowane i oddawane różnym restrykcjom. Narodziny Endera były jednak celowe – kiedy dwójka pierwszych dzieci Państwa Wiggin nie przeszła testów do Szkoły Bojowej, rząd uznał, że trzecie dziecko może posiadać cechy obojga rodzeństwa i stać się odpowiednim kandydatem.

Najstarszy z rodzeństwa Peter jest dzieckiem okrutnym i agresywnym. To wcielony diabeł o niesamowitym sprycie i zdolnościach do manipulowania ludźmi. Nie kocha nikogo i niczego, zawsze myśli tylko i wyłącznie o sobie i swoich korzyściach. Jego niezaspokojone ambicje sprawiają, że nienawidzi Endera i nie potrafi wybaczyć bratu, że okazał się lepszym kandydatem do Szkoły Bojowej. Cechuje go bezwzględność i sadyzm, jest żądny władzy. Obce są mu działania w imię dobra, zawsze stoi po stronie zła.

Valentine, środkowa z rodzeństwa, jest zupełnym przeciwieństwem Petera. Z całego serca kocha Endera i stara się mu pomóc. Łatwo ulega jednak presji sadystycznego starszego brata i pomaga mu w przejęciu kontroli nad światem angażując się w sprawy polityczne. 

Najmłodszy Ender łącząc w sobie cechy charakteru zarówno Petera jak i Valentine jest wypadkową tych dwóch postaci. Nie ma w sobie jednak tyle bezwzględności co starszy brat. W zachowaniu i motywacjach chłopca można zauważyć pewien schemat: Ender brzydzi się agresją i przemocą ale często zostaje zmanipulowany przez swoich nauczycieli do uczestniczenia w działaniach, które wymagają od niego bezwzględności. Można więc powiedzieć, że nasz bohater czyni zło ale w imię dobra. Ma bardzo silnie rozwinięte poczucie moralności i zawsze stara się robić wszystko zgodnie ze swoimi moralnymi przekonaniami, nie chce nikogo krzywdzić ale czasami jest to jedyne wyjście z sytuacji (których na dodatek nie może kontrolować).

Skoro jesteśmy już przy manipulowaniu, zatrzymajmy się na chwilę przy tym temacie, gdyż jest to niezwykle ciekawy aspekt „Gry Endera”. Podczas lektury czytelnik nie raz zada sobie pytanie, czy Ender zdaje sobie sprawę z tych działań a jeśli tak, to czemu nic nie robi. Otóż mamy tu do czynienia z dzieckiem o ponadprzeciętnym umyśle i zdolności kojarzenia faktów, jest więc oczywiste, że w pewnym momencie Ender przejrzy ‘grę’ dorosłych i zda sobie sprawę, że jest tylko pionkiem w grze. Wywoła w nim to złość ale stwierdzenie że jest ofiarą wizji dorosłych byłoby zbytnim uproszczeniem. Ender jest wystarczająco inteligentny, by zrozumieć że te działania to konieczność, tak samo jak jego rola w ratowaniu świata.

Ciekawy jest również motyw gry w powieści, który nadaje kształt całości i stanowi jej główny czynnik interpretacyjny. Mamy tu do czynienia z wieloma znaczeniami słowa „gra”. Mamy gry-zabawy, w które bawią się wszystkie dzieci na Ziemi, np. gra w robale i astronautów, do której Peter zmusza Endera. To jedyna gra w powieści, której chłopiec nie może wygrać. Jest to bardzo znamienne, gdyż można tę porażkę interpretować w kategoriach stosunków pomiędzy braćmi Wiggin. W pewnym momencie w powieści Ender stwierdza, że nigdy nie chciał pokonać brata, chciał jedynie aby Peter go pokochał. Fiasko jakie Ender ponosi za każdym razem w grze-zabawie z bratem jest jednocześnie odzwierciedleniem jego porażki jeśli chodzi o wywołanie miłości braterskiej.

W Szkole Bojowej mamy do czynienia z grami wojennymi, które są swego rodzaju treningiem dla poszczególnych uczniowskich armii. Na komputerze można grać w grę umysłową zatytułowaną „Napój Olbrzyma”, która odzwierciedla stan umysłowy gracza i poprzez docieranie do głębszych pokładów świadomości pomaga mu radzić sobie z różnymi problemami. Strategii wojskowej uczniowie uczą się poprzez gry na symulatorach, gdzie walczą z robalami.

Jednak najważniejsze w powieści wydaje się nie to dosłowne znaczenie gry a raczej to, co ten termin oznacza w przenośni. W miarę rozwoju fabuły zarówno czytelnik jak i sami bohaterowie powieści zaczynają gubić się w tym, co tak naprawdę jest grą a co nie. Pod koniec książki okazuje się, że czasami gra okazuje się być czymś więcej niż się początkowo zdawało. Genialnie jest to pokazanie w scenie egzaminu końcowego Endera, kiedy to zostaje mu przydzielona armia i wydane polecenie, by za pomocą symulatora stoczył bitwę z robalami. Tyle, że okazuje się, że to wcale nie była symulacja tylko walka na żywo a niczego nieświadomy Ender dokonał eksterminacji całej rasy obcych.

W tym miejscu pojawia się pytanie o moralną zasadność takiego czynu. Czy manipulowanie dzieckiem i oszukiwanie go przez dorosłych w imię ratowania planety jest czynem zasadnym z punktu widzenia moralności? Ender nie może pogodzić się z faktem, że poprzez tego rodzaju manipulacje został wrobiony w ludobójstwo. Jego poczucie moralności i sprawiedliwości nie pozwala mu przejść obojętnie wobec takiego zachowania.

Kolejne dwa motywy, które przewijają się przez powieść to współczucie i bezwzględność. To dzięki empatii Ender nie zmienia się w Szkole Bojowej w automat, w maszynę do zabijania. Bezwzględność – choć czasem konieczna – powinna być unikana za wszelką cenę, gdyż może doprowadzić jedynie do zguby ludzkości. Według Carda dobry przywódca powinien posiadać obie te cechy, co pokazuje na przykładzie ich zderzenia w osobie Endera.

Jak już wspomniałam wcześniej „Gra Endera”ma do zaoferowania bardzo szeroki wachlarz możliwości interpretacyjnych. Gdybym chciała choć pokrótce omówić je wszystkie, notka ta osiągnęłaby niebotyczne rozmiary. Nie wspomniałam tu np. o motywie Demostenesa i Locke’a czyli pseudonimów pod którymi ukrywają się Valentine i Peter biorąc udział w politycznych dyskusjach. W Internecie natrafiłam także na teorię jakoby rodzeństwo Wiggin odzwierciedlało freudowską teorię id, ego i superego. Za mało jestem obeznana z psychoanalizą aby móc cokolwiek na ten temat powiedzieć, ale jest to ciekawa teza i na pewno godna zgłębienia. Osobiście zastanawiałam się nad znaczeniem planety Eros, gdzie znajduje się Szkoła Dowodzenia. Czy wybór akurat takiej nazwy był przypadkowy? Czy ma w przenośni oznaczać pewien rodzaj inicjacji, wejścia w dorosłość?

Powieść Orsona Scotta Carda jest bardzo uniwersalna i może zainteresować czytelników w różnym wieku i odmiennej płci. Sama początkowo podchodziłam do niej nieufnie myśląc, iż wojskowa tematyka będzie interesująca tylko dla facetów ale to tylko pozory. Dzięki wpleceniu głębokiej warstwy psychologicznej książka ta może zainteresować również kobiety. Prosty styl i obranie za bohaterów powieści dzieci sprawia, że jest to odpowiednia książka także dla młodszego czytelnika. Być może nie zrozumie on wszystkich aspektów fabularnych, być może nie będzie świadomy głębi psychologicznej tej książki ale może np. utożsamić się z Enderem (czy inną postacią) – z jego osamotnieniem w szkole z powodu bycia lepszym od innych, z jego emocjami i pragnieniami.

„Gra Endera” jest książką szczególnie mi bliską. Dawno już nie odczuwałam takiej więzi z głównym bohaterem, dawno nie znalazłam w literaturze kogoś tak do mnie podobnego. Niezmiernie się cieszę, że w końcu sięgnęłam po tego klasyka sci-fi i mogłam poznać nowego literackiego przyjaciela.   

Oczywiście obejrzałam też ekranizację powieści ale nie dorównuje ona swemu literackiemu pierwowzrorowi. Powieść kryje w sobie zbyt wiele warstw, które trudno jest przełożyć na język filmu. Niby na końcu jest jakieś przesłanie ale nie ma ono takiej głębi jak w przypadku książki. Poza tym wiele wątków zawartych w powieści nie zostało uwzględnionych w filmie (np. wątek działań na scenie politycznej Demostenesa i Locke’a), który tak właściwie jest dosyć płytką filmową wersją rewelacyjnej powieści.

Zachęcam do sięgania po wersję literacką – „Gra Endera” to genialnie napisana, niezwykle wartościowa powieść z pięknym przesłaniem, na długo zapadająca w pamięć. Polecam z całego serca.


Moja ocena: 6/6


Książkę przeczytałam w ramach wyzwań czytelniczych:

* Odnajdź w sobie dziecko (książka, której bohaterem jest chłopiec w wieku szkolnym - wydana po 2000r.)
* Wyzwanie 2015 – autorem jest mężczyzna

* Trójka e-pik (Książka z motywem wojny) - w ramach nadrabiania zaległości



 

niedziela, 29 marca 2015

Jakiś czas temu był to jeden z najgorętszych tytułów w polskiej blogosferze książkowej. Gdzie bym nie weszła, do kogo bym nie zajrzała, tam pełne płaczliwych zachwytów i omdleń recenzje powieści „Gwiazd naszych wina”. Postanowiłam zachować ten tytuł w pamięci, mimo iż od dawna nie należę już do kategorii wiekowej, do jakiej książka ta jest skierowana. Pozytywnie wypowiadały się o niej także blogerki nie-nastolatki, więc dostrzegłam szansę na dobrą (a może i nawet mądrą i wzruszającą) powieść dla czytelników w każdym wieku.

Hm…. jak by to ująć…? Kiedy zaczęłam czytać tę książkę, wpadłam w niemałą konsternację. Po kilkunastu akapitach pojawiło się w mojej głowie pytanie: ‘czy to ze mną jest coś nie tak, czy to świat zwariował?’. Jak coś tak źle napisanego może stać się bestsellerem? Ba! Jak w ogóle doszło do tego, że dopuszczono takie grafomaństwo do druku?

Jojczyłam ostatnio na prosty, mało atrakcyjny językowo styl Matthew Quicka ale po lekturze „Gwiazd…” stwierdzam, że w porównaniu do Greena Quick to jednak mistrz słowa pisanego. Przynajmniej potrafi budować konstruktywne dialogi.

Postaci w tej książce nie wzbudzają żadnych emocji. Żadnych. Są niepełnosprawni lub śmiertelnie chorzy a mnie ich los zupełnie nie obchodzi. Nie współczuję im, nie zastanawiam się, jak czasami musi im być ciężko, przez ile musieli w życiu przejść. Nie cieszę się, że mimo wszystko starają się żyć najlepiej jak potrafią, że się zakochują, tworzą związki, próbują żyć jak ludzie zdrowi. Hazel, główna bohaterka i jednocześnie narratorka powieści usiłuje być zabawna ale niestety w żaden sposób jej to nie wychodzi.

Green nie potrafi tworzyć bohaterów z krwi i kości i ma problem z nadaniem im odpowiedniego rysu psychologicznego. Sposób, w jaki postaci są przedstawieni na kartach powieści sprawia, że odbieramy ich zachowania jako żałosne i głupie.

Ludzie dorośli zachowują się jak rozhisteryzowane nastolatki – vide rodzice Hazel. Najbardziej żałosną postacią jawi mi się ojciec dziewczyny, który zachowuje się jakby był podrzędnym aktorem grającym w filmie klasy C. Sceny z jego udziałem, w których zalewa się łzami nad losem swojej jedynej córki są tak sztuczne, że nadają się jedynie do umieszczenia w jakimś kiepskim amerykańskim sitcomie, gdzie publiczność będzie się z nich śmiała.

Postaci pojawiające się w tej książce to typowi, stereotypowi Amerykanie – puści i głupi. Widać to po prowadzonych przez nich rozmowach, sposobie zachowania i wypowiadania się.

Spotkanie z pisarzem w Holandii jest absurdalne i niedorzeczne ale potwierdza moją tezę, że „Gwiazd naszych wina” to książka bardzo amerykańska. Takie rzeczy mogą się dziać tylko w amerykańskiej rzeczywistości, gdzie wszystko jest możliwe ;)

Zupełnie nie rozumiem, po co autor wplótł do opowieści historię Anny Frank. Chodzi o chwytliwy motyw, wywołujący w czytelniku wzruszenie? O motyw, który dobrze się sprzedaje? Problem jednak w tym, że sceny i dialogi podczas zwiedzania muzeum Anny Frank są tak puste i infantylne, że aż zęby bolą.

Mało tego, Green bardzo często wplata w swoją opowieść ambitne cytaty czy fragmenty wierszy wybitnych amerykańskich poetów, co w połączeniu z infantylizmem stylu autora przyprawia o migrenę.

Czarę goryczy przepełnia fakt, że John Green jest autorem wielokrotnie nagradzanym – o dżizas… Za co? Za kiepskie dialogi? Za prostackość stylu? Heloł ?!

No dobrze, czy ta książka nie ma jednak choć jednej pozytywnej cechy? Ano ma. Na pewno należy docenić wybór tematyki. Pisanie książek dla młodzieży traktujących o ludziach śmiertelnie chorych, umierających na raka nie należy do częstych zabiegów a dzięki temu młodzi ludzie mogą przekonać się, że osoby niepełnosprawne, chore to nie przybysze z obcej planety czy skazane na obojętność i nieszczęśliwe życie jednostki. To ludzie z krwi i kości, którzy też mogą się zakochiwać, wchodzić w związki, walczyć o swoje uczucia, mimo iż walka z rakiem w większości przypadków kończy się fiaskiem… Dobrze, że znalazł się ktoś, kto postanowił przybliżyć nastoletnim czytelnikom tego rodzaju problemy, uwrażliwić ich na istnienie takich osób, pokazać, że ludzie chorzy są w gruncie rzeczy tacy jak my – kochają i cierpią w ten sam sposób.

Mimo wszystko ja tę książkę oceniam bardzo nisko. Sposób w jaki została napisana nie pozwala mi uznać jej choćby za książkę średnią :-/ Razi mnie zbyt prosty styl pisania Johna Greena, brak umiejętności budowania sensownych dialogów, papierowe i najzwyczajniej w świecie głupie postaci.

Rozumiem, że jest to książka dla młodzieży a te raczej nie grzeszą stylem – nastolatki nie zwracają uwagi na to, jak powieść jest napisana (sama przecież byłam kiedyś w tym wieku i zaczytywałam się w różnych głupiutkich powieścidełkach). Jednak ja za kontakt z pisarstwem pana Greena już podziękuję.

 

Moja ocena: 1/6


Książkę przeczytałam w ramach wyzwań czytelniczych:

* Odnajdź w sobie dziecko (książka, w której spotykamy się ze śmiercią - wydana po 2000r.)
* Wyzwanie 2015 – ma smutne zakończenie

* Trójka e-pik ("Kochane zdrowie..." książka z motywem walki z chorobą) - w ramach nadrabiania zaległości


 
1 , 2 , 3 , 4 , 5 ... 28
| < Lipiec 2015 > |
Pn Wt Śr Cz Pt So N
    1 2 3 4 5
6 7 8 9 10 11 12
13 14 15 16 17 18 19
20 21 22 23 24 25 26
27 28 29 30 31    
Tagi
Related Posts Plugin for WordPress, Blogger...