niedziela, 07 lutego 2010
Jan Potocki zdecydowanie jest postacią godną uwagi, w wieku 28 lat zdążył już zwiedzić kawał świata a jego relacje z odbytych podróży jak i rozprawy polityczne i naukowe budziły w czytelnikach podziw i zachwyt. Był kimś na wzór dzisiejszego reportera wojennego, który jeździ w najniebiezpieczniejsze zakątki świata, by z samego centrum wydarzeń relacjonować zaistniałe wypadki. Obserwował wojnę Holandii z Prusami, służył na statkach Kawalerów Maltańskich broniących wyspę przed piratami, towarzyszył rosyjskiej misji dyplomatycznej do Chin, odbył lot balonem nad Warszawą, był posłem na Sejm Czteroletni (choć nigdy nie wygłosił żadnej mowy, gdyż... słabo znał język ojczysty - pisał i mówił wyłącznie po francusku), założył drukarnię wydającą tygodnik z sejmowymi debatami, był świadkiem wielkiej rewolucji we Francji, przyjaźnił się z królem Stanisławem Augustem ale przede wszystkim podróżował, podróżował, podróżował... Jego pasja naukowo-badawcza pchała go ciągle w najdalsze zakątki świata, gdzie spisywał i rysował wszystko, co ujrzał. Podróże te były inspiracją do napisania (po francusku oczywiście) "Rękopisu znalezionego w Saragossie", powieści wielowątkowej, o szkatułkowej formie. Opisuje ona dzieje pewnego kapitana gwardii walońskiej, który zgubiwszy swój oddział w górach Sierra Madre, relacjonuje swe przeżycia z dalszej samotnej już wędrówki, opisuje spotkania z różnymi ludźmi i dzieli się z czytelnikiem opowiedzianymi mu przez nich historiami. Stąd też forma szkatułkowa, jedna historia wynika tu z drugiej. Momentami "Rękopis znaleziony w Saragossie" przypomina awanturniczą powieść spod znaku płaszcza i szpady, innym razem mroczne gotyckie opowieści o duchach i upiorach ale to, co najbardziej zaskakuje czytelnika, to opisy codziennych igraszek z dwoma Mauretankami (naraz!). Myślę, że takie pikantne szczegóły mogły wzbudzać w ówczesnych czytelnikach niezdrowe podniecenie - wbrew pozorom społeczeństwo przełomu XVIII i XIX wieku (a przynajmiej arystokracja) wcale nie było tak pruderyjne jak by nam się dziś mogło wydawać; za zamkniętymi bramami niejednego pałacu odbywały się orgie na miarę tych dzisiejszych. Co jak co, ale te jednoznaczne opisy form spędzania godzin nocnych z dwoma kuzynkami naraz (dziś my uznajemy to za kazirodztwo, ale w ówczesnych czasach takie relacje a nawet małżeństwa między kuzynostwem były raczej na porządku dziennym), na dodatek o odmiennym kolorze skóry jak i innym wyznaniu były dosyć śmiałym posunięciem, mogącym przysporzyć autorowi zarówno problemów z cenzurą jak i z drugiej strony przyciągać uwagę rzeszy czytelników. Jedne historie są ciekawe, inne trochę nużą, należy je więc sobie dawkować po trochu, choć i tak nadmiar szczegółów grozi nam pogubieniem się w opowiadanych historiach. Mimo to warto poznać dzieło Jana Potockiego a jeśli ktoś nie czuje się jeszcze dość zachęcony do lektury, to proponuję poczytać sobie jakąś biografię Potockiego. Jestem pewna, że pasja i zapał tego człowieka do poznawania coraz to nowych krain i ludów spowodują, że będziecie chcieli zapoznać się jego słynną powieścią, która łączy w sobie orientalizm, magię, kabałę, erotykę i przygody godne bohatera powieści awanturniczych. Moja ocena: 3,5/6
poniedziałek, 01 lutego 2010
W dniu 30.stycznia 2010 Siegfried Lenz odebrał z rąk Claudio Magrisa nagrodę Nonino w kategorii literatury zagranicznej. Niemiecki pisarz został uhonorowany za całokształt twórczości ze szczególnym uwzględneniem powieści "Lekcja niemieckiego" (Die Deutschstunde). Przewodniczącym jury był V.S. Naipaul, noblista z 2001 roku. W swoim uzasadnieniu jury stwierdziło m.in., że "w swojej kreatywnej twórczości Lenz potrafił z dystansem i nieufnością wobec każdej ideologii podejmować temat przemocy i prześladowań." Nagroda Nonino (Premio Nonino), ufundowana przez włoską firmę Grappa Nonino, istnieje od 1975r. Co roku honoruje się nią wybitne osobistości i inicjatywy kulturalne z Włoch i całego świata. To jedna z najbardziej znanych i poważanych nagród we Włoszech.
Siegfried Lenz ©dpa
sobota, 30 stycznia 2010
czyli o wyzwaniowych rozterkach. Strasznie trudno mi się zdecydować na trzy pozycje z wyzwaniowych lektur, od kilku dni siedzę nad wydrukowaną listą lektur i dumam. Jeżeli chodzi o wyzwanie Nagrody Literackie, to chciałabym przeczytać co najmniej po jednej książce z każdej kategorii (nagrody), ale czy mi się to uda, zależy w dużej mierze od tego, co znajdę na bibliotecznych półkach. Początkowo zamierzałam darować sobie nagrodę Goncourtów - Francja nigdy nie leżała w kręgu moich zainteresowań a i zdecydowana większość nazwisk laureatów niewiele mi mówi (choć z drugiej strony po to właśnie są wyzwania literackie, by poznać to co nam obce). Nie znam żadnej z uhonorowanych powieści, kojarzę jedynie kilka nazwisk (M.Proust, S. de Beauvoir, R. Gary, J. Chessex, T. Ben Jelloun, D. van Cauwelaert, A. Makine, P. Quignard, L. Gaudè, J. Littell). Okazało się jednak, że paradoksalnie to właśnie z tą kategorią nie będę miała problemów co do wyboru lektury, gdyż znalzłam na własnej półce uhonorowaną w 2003r. "Kochankę Brechta" Jacque-Pierre Amette'a. Nie powinnam mieć problemów z nagrodą Nike - znam wszystkich laureatów (choć nie wszystkich czytałam) a i dwie pozycje mam na półkach: czytany kilka lat temu "Widnokrąg" oraz "Traktat o łuskaniu fasoli". Nie ukrywam, że z chęcią przeczytałabym też "Pod Mocnym Aniołem", "Gnój" oraz nagrodzony tom wierszy Tkaczyszyna-Dyckiego. Co przeczytam? Zobaczymy. Nic nie czytałam z Orange Prize ale po zapoznaniu się z opisami wszystkich nagrodzonych powieści bardzo chciałabym przeczytać większość z nich (nie interesują mnie jedynie: "Kiedy żyłam w nowych czasach" L.Grant, "The Idea Of Perfection" K.Grenville i "The Road Home" R.Treain"). Nie jestem zdecydowana odnośnie nagrody Bookera, bo prawie wszystkie tytuły mnie interesują, więc uzależnię swój wybór od zawartości bibliotecznych półek. Dużo bardziej interesuje mnie jednak drugie wyzwanie czyli Amerykańskie Południe. Trwa ono niestety tylko do końca marca, ale ja postanowiłam zrobić sobie z niego takie moje prywatne wyzwanie i do końca roku przeczytać wszystkie pozycje z listy lektur (oczywiście w miarę możliwości i przede wszystkim zasobów bibliotecznych). Przystępując do wyzwania nie byłam jeszcze zdecydowana na konkretne trzy książki ale po ostatniej wizycie w bibliotece moje plany już się skrystalizowały. Wypożyczyłam czytane już przeze mnie kiedyś "Serce to samotny myśliwy" oraz "Zabić drozda". Jako trzecią obowiązkową lekturę wezmę stojące grzecznie u mnie na półce "Smażone zielone pomidory" (to również nie będzie dla mnie nowa pozycja). Jak widać mam zamiar odświeżyć sobie znajomość z trzema już znanymi mi powieściami (ale za to naprawdę dobrymi) ale jak już wspomniałam wyżej, z tymi mi nieznanymi też się zapoznam, tyle że już w ramach prywatnych wyzwań czytelniczych (chyba, że termin oficjalnego wyzwania zostanie wydłużony). Plany mam więc takie: ponieważ Amerykańskie Południe kończy się 31.03. zamierzam najpierw przeczytać trzy książki na to wyzwanie a za lektury związane z Nagrodami Literackimi wezmę się dopiero od kwietnia, gdyż to wyzwanie kończy się 30.06. Recenzje będą się pojawiać na blogach wyzwaniowych, jak i oczywiście tutaj. :)
sobota, 23 stycznia 2010
Na łamach styczniowego numeru Nowej Fantastyki ukazały się trzy opowiadania polskie i jedno autorstwa pisarza zagranicznego. Polską trójkę otwiera opowiadanie Magdaleny Kozak "Stoliczek", które niestety najmniej przypadło mi do gustu. Doceniam pomysł autorki (choć innowacyjym bym go nie nazwała) na wykorzystanie motywu czarodziejskiego stoliczka, który sam się nakrywa, tyle że ten sprezentowany Mariolce przez babcię nakrywa się nie jedzeniem a tym, czego jego właściciel w danym momencie życia najbardziej potrzebuje. Ku zdziwieniu bohaterki na jej stoliczku ląduje ... broń. Zapowiadało się ciekawie i z przyjemnością chłonęłam tekst aby dowiedzieć się, jak dalej potoczy się akcja. Niestety potoczyła się nie w tym kierunku, którego się spodziewałam a końcówkę uważam za ckliwą i dziwnie niepasującą do całości - dosłownie jak z taniego romansu.
Zdecydowanie najlepszym z trzech opowiadań polskich jest to ostatnie czyli "Z braku dowodów" Ewy Bury, które zdobyło I nagrodę w konkursie literackim organizowanym przez Nową Fantastykę. Nie znam pozostałych opowiadań nadesłanych na konkurs, ale mimo to uważam, że pani Bury w pełni zasłużyła na pierwsze miejsce, bo jej tekst jest znakomity. To co mnie w nim najbardziej urzekło to połączenie elementów science-fiction z takimi, kóre znamy z życia codziennego plus rozważania na temat Boga, życia i śmierci. Akcja umiejscowiona jest w dalekiej przyszłości (a nawet bardzo dalekiej - jedna z bohaterek urodziła się w roku 35666), policja jeździ lopterami, w użyciu są elektroniczne notesy oraz metalowe tabliczki służące do płacenia (wystarczy dotknąć je ręką i pomyśleć sumę, którą należy zapłacić), są też oczywiście roboty, ale bardzo zaawansowane technologicznie - na pierwszy rzut oka w ogóle nie można ich odróżnić od ludzi. To, co przybliża ten odległy
czwartek, 21 stycznia 2010
Richard Mayhew jest przeciętnym mieszkańcem Londynu, ma przeciętną pracę, przeciętne życie i wredną narzeczoną ;-) Pewnego dnia idąc z Jessicą na ważną kolację z jej przełożonym, Richard znajduje na ulicy leżącą zakrwawioną dziewczynę. Nie namyślając się długo, ku niezadowoleniu Jessiki, rezygnuje ze spotkania i postanawia pomóc nieznajomej. Dziewczyna twierdzi, że ma na imię Drzwi i jest ścigana przez dwóch wynajętych morderców: pana Croupa i pana Vandemara. Jak się potem okazuje Drzwi pochodzi z ... Londynu Pod, czyli świata istniejącego poniżej Londynu Nad, w którym żyje Richard. Jest ostatnią potomkinią rodu Portyka, którego członkowie posiadają niezwykły dar: potrafią otwierać wszystkie drzwi i tworzyć przejścia tam, gdzie ich nie ma. Cała rodzina Drzwi została zamordowana a dziewczyna uciekając przed mordercami jednocześnie usiłuje dowiedzieć się, kto jest ich pracodawcą czyli kto zlecił wymordować jej rodzinę. W wyniku splotu pewnych wypadków Richard trafia do Londynu Pod, gdzie przyłącza się do Drzwi, markiza de Carabasa i Łowczyni, którzy próbują odnaleźć anioła Islingtona, który jako jedyny może im pomóc w rozwiązaniu zagadkowego morderstwa. Neil Gaiman jest autorem o przebogatej wyobraźni. W "Nigdziebądź" stworzył istniejący pod prawdziwą stolicą Anglii Londyn Pod, w którym bohaterowie poruszają się kanałami bądź... metrem. Na końcu książki jest mapa londyńskiego metra z uwzględnieniem stacji zamkniętych wiele lat temu (a które istnieją nadal w podziemnym świecie), więc można śledzić wędrówkę bohaterów. W Londynie Pod niektóre nazwy poszczególnych stacji należy jednak traktować dosłownie, np. Earl's Court zamieszkuje pewien hrabia ze swoimi poddanymi, Knight's Bridge jest niebezpiecznym mostem, który nie każdemu udaje się przejść. Bohaterowie trafiają też od czasu do czasu do Londynu Nad, nie są jednak widziani przez ludzi. Na mój pozytywny odbiór powieści wpłynęły też świetnie nakreślone przez autora sylwetki bohaterów, w szczególności wynajętych rzezimieszków. Z niemal każdej strony tryska czarny humor, w szczególności gdy na horyzoncie pojawiają się pan Croup i pan Vandemar. Z założenia okrutni i bezlitośni, ale Gaiman nie byłby sobą, gdyby nie nadał im humorystycznego rysu - mogę powiedzieć, że to moja ulubiona para czarnych charakterów :-) Pan Croup jest niski i otyły, stanowi "mózg" pary morderców, bo jest wygadany i przewidujący. Pan Vandemar to jego przeciwieństwo: chudy, wysoki, małomówny i jak by to powiedzieć... wolno myślący ;-) Zdaje się być wiecznie głodny, bo wciąż wkłada sobie do ust gąsiennice, myszy, gołębie itp. Opisy rozmów tej dwójki ze swoimi ofiarami to perełki - można się uśmiać po pachy. Zabawny jest też Richard, ale w jego przypadku mamy do czynienia raczej z komizmem (słownym bądź sytuacyjnym) wynikającym z jego "pierdołowatości" ;-) Oprócz czarnego humoru niewątpliwą zaletą książki jest fabuła obfitująca w zaskakujące zwroty akcji - nie można się nudzić czytając "Nigdziebądź", tutaj cały czas coś się dzieje. Nie mogę się jednak zgodzić z opisem na okładce, jakoby powieść ta miała być "bardzo straszna". Owszem, jest bardzo śmieszna i bardzo niesamowita, ale nie jest z rodzaju tych, po których nie można zasnąć lub ma się w nocy koszmary senne. Jest kilka drastycznych scen (do tej pory słyszę w głowie chrzęst łamiących się kości, gdy pan Vandemar odgryza gołębiowi głowę) ale Gaiman nie opisuje ich na tyle plastycznie, by dokładnie widzieć te sceny przed oczami. Bardzo podobało mi się zakończenie tej historii. Z zakończeniami bywa zwykle tak, że albo mi się nie podobają albo mam do nich obojętny stosunek - ot powieść się kończy i tyle. Tutaj jednak byłam bardzo zadowolona ze sposobu, w jaki Gaiman postanowił rozstać się ze swymi bohaterami, tym bardziej, że koniec jest tutaj jednocześnie i początkiem. Ale nie chcę zdradzać zbyt wiele. Jako ciekawostkę dodam na marginesie, że Gaiman najpierw napisał scenariusz do serialu o tym samym tytule a dopiero potem powstała z tego powieść. Polecam gorąco! Moja ocena: 6/6
sobota, 16 stycznia 2010
W notce o podsumowaniu roku czytelniczego 2009 i o moich życzeniach związanych z rokiem następnym napisałam, że chiałabym więcej sięgać po książki własne niż ciągle wypożyczać coś z biblioteki. Z tym wiązałoby się jednak ograniczenie w kupowaniu książek, bo nieprzeczytanych mam w domu tyle, że nawet nie mam odwagi ich policzyć. I chyba dobrze, że o tym nie wspomniałam, bo musiałabym mieć teraz wyrzuty sumienia:
Pierwsze trzy od lewej to zakupy w Znaku - skorzystałam z więcej niż atrakcyjnej oferty cenowej. "Marilyn - ostatnie seanse" jest wynikiem mojego zafascynowania tą aktorką - ale mam tu na myśli nie jej talent aktorski a po prostu osobę. Marilyn Monroe intryguje mnie pod względem psychologiczno-charakterologicznym, chciałabym też więcej dowiedzieć się o tajemnicach związanych z jej nagłą śmiercią. O "Hakawatim" wiele osób pisało bardzo pozytywnie, dla niektórych była to książka roku. Z początku mnie do siebie nie ciągnął, ale promocja była tak atrakcyjna, że pomyślałam 'a co mi tam, może faktycznie jest taki dobry?' "Widnokrąg" to jedna z moich ukochanych książek i cieszę się, że wreszcie mam własny egzemplarz. Przyda się też pewnie do jednego z nowych wyzwań czytelniczych. "Dogonić tęczę" Fannie Flagg mam z podaja. Badzo lubię "Smażone zielone pomidory" tej autorki i koniecznie chciałam przeczytać coś jeszcze jej autorstwa. Muszę tylko sprawdzić, gdzie jest umiejscowiona akcja, bo może książka przyda się do drugiego wyzwania czytelniczego. "Nagle w głębi lasu" Amosa Oza też jest z podaja. Już dawno chciałam zapoznać się z twórczością tego izraelskiego prozaika i byłam przeszczęśliwa, że upolowałam akurat ten tytuł (mam w głowie pewną recenzję, która kazała mi myśleć, że to piękna baśń dla dorosłych). Kiedy książka już do mnie dotarła i zaczęłam ją kartkować, trochę zrzedła mi mina, bo patrząc na dużą czcionkę, króciuteńkie rozdziały i akwarelowe ilustracje, odniosłam wrażenie, że to książka dla dzieci :-/ Z podaja jest również wielki hit sprzed kilku lat czyli "Kod Leonarda da Vinci". Nigdy nie ciągnęło mnie do tego typu literatury, ale skoro miałam szansę zdobyć tę powieść, to czemu nie? :) "Arcydzieła czarnego kryminału" to moja wygrana na blogu Zacisze wyśnione a "Kochanek lady Chatterley" kupiony za parę złotych w Biedronce. Czytałam już tę powieść i mimo iż jej bohaterowie mocno działali mi na nerwy czułam wewnętrzną potrzebę posiadania własnego egzemplarza. I tylko jak sobie pomyślę, że te książki będą stały ileś lat na półce (a raczej leżały na jednym ze stosów na podłodze) zanim po nie sięgnę, to aż mi się smutno robi...
środa, 13 stycznia 2010
To pierwsza przeczytana przeze mnie książka w tym roku i cieszę się, że mogę powiedzieć, że lepiej nie mogłam go rozpocząć, bo „Hohaj” to jedna z piękniejszych historii jakie dane mi było ostatnio czytać. Elizabeth Rynell napisała powieść, w której przeplatają się dwie płaszczyzny czasowe. Główną bohaterką teraźniejszości jest bezimienna kobieta, która po nagłej śmierci męża, nie mogąc pogodzić się z bólem i tęsknotą, wyrusza w podróż przez zimne bezdroża północnej Szwecji. Próbując zrozumieć siebie samą i dogłębnie analizując związek z mężem, trafia w pewnym momencie do domu nieżyjącej Iny, bohaterki drugiej historii miłosnej, tej z przeszłości. Jest to historia o tyle piękna, co i bolesna, gdyż każdy z uczestników nosi w sobie piętno, które nie pozwala mu normalnie żyć i w pełni cieszyć się miłością drugiego człowieka. Ina żyje w odosobnieniu ze swoim kalekim i zgorzkniałym ojcem, który ją bije i gwałci, zaś Aron wędruje po świecie w poszukiwaniu odkupienia za tajemniczą zbrodnię, której się dopuścił wiele lat temu. Tych dwoje znajdzie w sobie ciepło i zrozumienie, w którym chcieliby się schronić jak w bezpiecznym domu, jednak los nie pozwoli im zupełnie wyjść z ciemności. O czym jest ta powieść? O pokonywaniu strachu przed miłością do drugiego człowieka, jak przed czymś kruchym i delikatnym, co za jednym nieuważnym dotknięciem rozpryśnie się na tysiąc kawałków i już nigdy nie da się poskładać. O powolnym przekraczaniu granicy tego strachu, kiedy z dziecięcym zdziwieniem obserwujemy jak wypełnia nas uczucie, którego tak się baliśmy, ale za którym w głębi duszy tęskniliśmy od zawsze. O przemijaniu i odkrywaniu siebie na nowo, o próbach zrozumienia siebie, partnera i łączącego ich uczucia, dotarcia do sedna tej miłości. O podróży w głąb własnego serca, własnego ja w poszukiwaniu tęsknot i odkupienia. O strachu przed naszą ciemną stroną i próbach uchronienia partnera przed brudem naszego życia. Wreszcie o wychodzeniu z ciemności ku światłu miłości. Autorka zgrabnie wplotła w swoją powieść motyw podróży jako tej realnej, dosłownej jak i na poziomie metafizycznym. Główna bohaterka-narratorka i Aron podróżują zarówno w sensie stricto jak i w głąb siebie poszukując swego miejsca w świecie po tym, jak na skutek tragedii runęła cała rzeczywistość wokół nich. To co przykuwa szczególną uwagę to język – niezwykle poetycki i sugestywny, silnie kontrastujący z opisywanym zimowym krajobrazem odległych szwedzkich pustkowi ale też z tragicznym i na wskroś przejmującym losem bohaterów. To właśnie język nadaje rytm tej historii i choć z jednej strony z nią kontrastuje, z drugiej wbrew pozorom ją uzupełnia. Nie jest to powieść bez wad – bardzo słabe jest zakończenie, nagłe, nie pasujące do dotychczasowych wydarzeń i jakby pisane na siłę. Choć trzeba przyznać, że mimo iż końcowe rozdziały rozczarowują, to ostatnie zdanie autorka wbija w czytelnika jak nóż w serce, zupełnie jakby chciała byśmy do samego końca cierpieli z bohaterami, a szczególnie z Iną (to jej dotyczy zdanie), bo w końcu nie wiemy, czyje tak naprawdę jest dziecko, które w sobie nosi. Pomimo słabej końcówki oceniam tę książkę bardzo wysoko, bo naprawdę rzadko spotykam się z literaturą pisaną tak pięknym językiem, tak bardzo trafiającym w moją wrażliwość. Moja ocena: 6/6
wtorek, 12 stycznia 2010
Zgłosiłam swój udział w dwóch kolejnych wyzwaniach czytelniczych :) Blog związany z nagrodami literackimi już jest, przejrzałam listę książek i zastanawiam się, co wybrać. Dwie pozycje już znam ("Widnokrąg", "Matka odchodzi"), na półkach stoją: "Traktat o łuskaniu fasoli", "Kochanka Brechta", dzisiaj kurier dostarczy mi paczkę, w której będzie m.in. "Widnokrąg", który z przyjemnością bym sobie przypomniała... Jest sporo ciekawych tytułów, z którymi chętnie bym się zapoznała, boję się tylko, czy mi czasu starczy... :-/ Dużo bardziej interesuje mnie drugie wyzwanie, o amerykańskim Południu i to na nim chciałabym się w większej mierze skupić. No nic, przejrzę wszystkie listy lektur i postaram się coś wybrać. :)
poniedziałek, 11 stycznia 2010
Jestem mocno spóźniona jeżeli chodzi o moje subiektywne podsumowanie roku czytelniczego 2009 ale niestety nie mogłam się wyrobić ze wszystkimi obowiązkami a do tego doszedł „drobny” kłopot z laptopem, który odciął mnie na parę dni od wirtualnego świata. Na szczęście Dziubuś powrócił już do świata żywych, więc i ja mogę wrócić do blogowania :-) W zeszłym roku przeczytałam 27 książek. Pewnie część osób czytających ten wpis uzna ten wynik za słabiutki, ale ja jestem całkiem zadowolona. Od kilku lat obserwuję, że moja średnia liczba przeczytanych w roku książek waha się między 25 a 30 i to się już raczej nie zmieni. Prowadzę taki tryb życia a nie inny, obowiązków będzie mi z roku na rok przybywać, wzrok też się stopniowo pogarsza. Zresztą ja czytam bardzo wolno, lubię delektować się językiem, dokładnie widzieć przed oczami sceny, o których czytam. Nie jestem natomiast zadowolona z jakości przeczytanych przeze mnie utworów i uważam, że pod względem merytorycznym był to kiepski rok. Będzie to widać choćby w zestawieniu najlepszej piątki roku, gdzie na pierwszych dwóch miejscach plasują się powieści z gatunku fantasy a nie zwykła obyczajówka czy proza psychologiczno-społeczna. W odróżnieniu do roku 2008 sięgałam częściej po utwory napisane przez mężczyzn (łącznie było ich 20 a napisanych przez kobiety tylko 7). Myślę że robiłam to zupełnie nieświadomie; sięgając po dany utwór kieruję się głównie tematyką i nie zwracam (przynajmniej w chwili wyboru książki) uwagi na płeć autora. Nie zmieniło się jedno: czytam najwięcej książek autorów pochodzących z Wielkiej Brytanii (co również robię nieświadomie), w tym roku było to 6 pozycji. Zaskoczeniem był dla mnie wynik aż 5 pozycji z Francji, gdyż jest to kraj, za którym nie przepadam i nie wykazuję zainteresowania jego kulturą (nawet na polu literackim). Tyle samo (czyli 5) przeczytałam powieści polskich. 3 książki należały do autorów amerykańskich. Oprócz tego przeczytałam po jednej książce z takich krajów jak: Rumunia, Szwajcaria, Turcja, Holandia, Austria, Niemcy, Indie oraz Australia. W sumie odwiedziłam 12 krajów. Jak widać na mapce poniżej koncentrowałam się głównie na Europie, nie przeczytałam żadnej książki autora pochodzącego z Afryki i Ameryki Południowej.
Przeczytałam tylko jeden kryminał (na dodatek kiepski) oraz jeden poradnik psychologiczny (rewelacyjny). Zdziwiłam się mocno gdy uświadomiłam sobie, że w zeszłym roku ani razu nie sięgnęłam po Terry’ego Pratchetta a przecież Świat Dysku zawsze pomagał mi się zrelaksować i poprawiał mi humor a stresów i dołków psychicznych mi w zeszłym roku przecież nie brakowało… Dwie książki przeczytałam w obcym języku: „Upiora w operze” po angielsku a „O kotach” po niemiecku. Zdecydowanie najlepszą książką przeczytaną przeze mnie w 2009 roku była „Zorza północna” Philipa Pullmana. Pierwsza piątka wygląda następująco:
Natomiast zdecydowanie najgorszą książką było dla mnie „Przebudzenie” Anthony’ego de Mello, które jednak, jak widzę, cieszy się sporym zainteresowaniem i jest absolutnym hiciorem jeśli chodzi o statystyki tegoż bloga. ¾ wejść na przez odnośnik google dotyczy właśnie tej książki (choć prawie połowa osób szukających o niej informacji nie wie, jak prawidłowo pisze się nazwisko autora….). Inne wyjątkowo kiepskie według mnie książki to (kolejność przypadkowa oprócz pozycji nr.1):
Były to książki, które nic nie wniosły do mojego życia, ot takie do przeczytania i zapomnienia. Bardzo żałuję również iż w zeszłym roku nie dokonałam praktycznie żadnego literackiego odkrycia (w 2008 r. np. takim odkryciem był dla mnie Świat Dysku Pratchetta oraz proza Jeanette Winterson). Bardzo blisko był Neil Gaiman, którego przeczytałam dwie powieści - jedną uznałam za kiepską, drugą za rewelacyjną. Teraz jestem w trakcie trzeciej, która również mnie zachwyciła i z pewnością będę chciała dalej kontynuować poznawanie twórczości tego pisarza. Myślę jednak, że był to rok, w którym ostatecznie upewniłam się, że fantastyka to jednak JEST coś dla mnie i z niezmierną ciekawością coraz częściej zaglądam na półkę z fantastyką będąc w bibliotece :-) Postanowień na nowy rok robić nie będę, gdyż ze względu na tryb życia jaki prowadzę i tak nie uda mi się ich zrealizować. Napiszę jednak, co CHCIAŁABYM zmienić i będę zadowolona jeśli uda się wprowadzić choć jedną z tych zmian w życie. Chciałabym aby ten rok był lepszy pod względem jakości przeczytanych przeze mnie pozycji. Z tym życzeniem wiąże się drugie – chcę czytać więcej książek z własnych półek, gdyż wiem, że zalega mi na nich wiele naprawdę ciekawych i wartościowych tytułów a ja mimo to z uporem maniaka co miesiąc taszczę do domu reklamówkę tego, co mi akurat wpadnie w oko w bibliotece a co nie zawsze okazuje się tak dobre jak zachwalają krytycy/blogerzy/recenzenci czy jak obiecuje okładka. Mam ten problem, że rokrocznie przybywa mi naprawdę sporo tytułów (celowo nie napisałam w podsumowaniu ile książek zakupiłam, bo obawiam się, że ich liczba mogłaby mnie przyprawić o zawał ;-)) a nie mam już miejsca na nowe książki, więc chciałabym zrobić mały „odsiew” i pozbyć się tych, które po przeczytaniu okażą się mało interesujące/niewartościowe/itp i w ten sposób zrobić miejsce na nowe zdobycze. Chciałabym również więcej uwagi poświęcić literaturze niemieckojęzycznej, gdyż od ukończenia studiów bardzo ją zaniedbałam. I nie chodzi tu tylko o nieczytanie tejże ale i o brak wiedzy o tym, co aktualnie dzieje się na niemieckim rynku wydawniczym. Czy uda mi się coś zmienić, zobaczymy za rok :-)
piątek, 08 stycznia 2010
Wcześniej znałam tę historię tylko z mocno uwspółcześnionej opery "Manon" z Anną Netrebko i Rolando Villazonem w rolach głównych ale wersja książkowa okazała się być jednak trochę inna od tej operowej. Prevost d'Exiles napisał ją "ku przestrodze" młodych czytelników, wykorzystując oświeceniowy dydaktyczny cel literatury jak sam przyznaje w przedmowie: "Poza przyjemnością lektury mało się znajdzie w tej powiastce szczegółów, które by nie mogły posłużyć ku poprawie obyczajów, moim zaś zdaniem, niemałą oddaje usługę czytelnikom, kto ich uczy wśród zabawy."1 Oświeceniowy charakter niestety widać w powieści. Po pierwsze język jest typowy dla tej epoki: styl wypowiedzi bohaterów (jak i pierwszoosobowego narratora) jest tak kwiecisty, że aż wręcz nienaturalny i może współczesnego czytelnika po prostu śmieszyć. Po drugie główny bohater i jego czyny są trochę zbyt przerysowane - des Grieux zdaje się być kompletnie zaślepiony miłością i nie dostrzegać niczego dookoła poza swoją ukochaną Manon a ilość przeszkód, jakie stają na drodze ich miłości oraz zachowania bohaterów wobec nich są nieprawdopodobne i w pewnym momencie zaczynają albo śmieszyć albo irytować. Historię miłości Manon i kawalera des Grieux poznajemy z ust samego protagonisty, który jest jednocześnie narratorem. Sporo dowiadujemy się o nim samym, jego uczuciach, targających nim na przemian namiętnościach i wątpliwościach co do wybranki jego serca, ale sama Manon pozostaje gdzieś w tle. Narrator rzadko dopuszcza ją do głosu, każąc czytelnikowi wyrobić sobie zdanie na jej temat na podstawie opisu jej zachowań a dodać trzeba, że już od samego początku wiadomo, że Manon nie będzie przedstawiana w dobrym świetle skoro według założeń autora ma to być opowieść "ku przestrodze". Manon jest piękną, młodą, całkiem sprytną ale też i głupią kobietką, która nie ma pojęcia czym jest prawdziwa miłość. Podczas lektury wiele razy kręciłam głową obserwując jak bardzo zaślepiła kawalera des Grieux, który nie był w stanie trzeźwo osądzić tego uczucia i miałam ochotę powiedzieć: 'niech go ktoś wreszcie walnie, no jak można być takim idiotą!' Bo jak można się tak beznadziejnie zakochać w kobiecie (na dodatek takiej idiotce), która nad miłość i wierność przedkłada bogactwo?: "Przysięgam ci, drogi kawalerze, że jesteś bóstwem mego serca, ciebie jednego na świecie byłabym zdolna kochać tak, jak kocham, ale czy nie widzisz, duszo moja droga, że w naszym położeniu wierność byłaby bardzo głupią cnotą? Czy myślisz, że może być mowa o czułościach, kiedy nie ma chleba?"2 Dosyć irytujące wydało mi się, że Manon niby tak bardzo kocha des Grieux a mimo to tak łatwo, bez żadnych protestów "oddaje się" bogatym mężczyznom, kiedy ci zauroczeni jej olśniewającą urodą, robią wszystko by stała się ich kochanką. No właśnie, to też wydało mi się śmieszne - wystarczy że mężczyzna tylko raz spojrzy na Manon, z miejsca się w niej zakochuje i chce ją mieć dla siebie. W pewnym momencie, kiedy w powieści pojawiał się na horyzoncie nowy męski bohater, już z góry wiedziałam, że szykują się kolejne problemy, bo on na pewno natychmiast zakocha się w kurtyzanie. Trochę dziwią mnie opisy Manon w internecie, mówiące iż jest jedną z najżywszych postaci kobiecych w literaturze i typem femme fatale. O "żywości" nie może być mowy, gdyż już sam sposób narracji czyni ją postacią bierną, nie mającą własnego głosu w powieści. Do kobiety fatalnej jest jej już trochę bliżej, choć i to określenie jest nadane na wyrost. Manon nie ma nic wspólnego z np. wulgarną i próżną Naną, która bawi się mężczyznami i doprowadza ich do ruiny. Jest po prostu typem biernej kobiety, która nie protestując oddaje się w ręce tego, który rości sobie prawo do jej posiadania i tyle. O środowsku kurtyzan nie dowiedziałam się z tej powieści niestety niczego. Moja ocena: 2/6 1 Antoine-François Prévost d'Exiles "Historia Manon Lescaut i kawalera des Grieux", Wyd. Zielona Sowa, Kraków 2003, str. 3 2 tamże, str. 35 |
Archiwum
Zakładki:
Wyzwania czytelnicze
Ciekawe strony
Gdzie zaglądam
Kontakt
Przeczytane
|