piątek, 30 stycznia 2015

Lucy Maud Montgomery miała 33 lata kiedy w czerwcu 1908 roku ukazała się „Ania z Zielonego Wzgórza”. To prawie tyle co ja, kiedy po wielu latach powróciłam do jednej z ulubionych książek dzieciństwa (czy też czasów wczesnonastoletnich).

Nieco ponad rok przed publikacją książki, 2.maja 1907r Maud wspomniała w liście do Ephraima Webera, swojego wieloletniego korespondencyjnego przyjaciela, że czeka na wydanie swojej pierwszej powieści:

„Przez całą jesień i zimę pracowałam nad książką. Nie pisnęłam o tym nikomu ani słowa, bo bardzo się bałam, iż nie znajdę dla niej wydawcy. Gdy wszystko było gotowe, posłałam egzemplarz do bostońskiego wydawnictwa, którego właścicielami są bracia L.C. Page i dwa tygodnie temu, po dwóch miesiącach oczekiwań, dostałam odpowiedź. Przyjęli książkę i oferują mi dziesięć procent zysków ze sprzedaży!”1

Praca nad książką, którą wspomina Maud nie była jednak pisaniem powieści od zera a poszerzaniem i redagowaniem wcześniejszej wersji, która powstała między wiosną 1904r a jesienią 1905r. Wtedy żaden z pięciu wydawców, którym przedstawiła swoje dzieło, nie był zainteresowany jego wydaniem, więc zniechęcona Maud wsadziła rękopis do pudła na kapelusze i schowała głęboko do szafy. Kiedy rok później robiąc w domu generalne porządki znalazła rękopis, zaczęła go podczytywać i stwierdziła, że wcale nie jest taki zły – wymaga tylko odpowiedniego dopracowania. Jednak pomimo przyjęcia książki do druku, debiutująca na rynku pisarka była pełna wątpliwości co do napisanej przez siebie powieści. Tak pisała w tym samym liście do Webera:

„Proszę nie myśleć, że oto powstała wielka powieść literatury kanadyjskiej. To jedynie książeczka dla młodzieży, a właściwie dla dziewcząt. Nie przypuszczam, by odniosła wielki sukces i nawet nie marzę o innej grupie czytelników.”2

Och, gdyby Maud wiedziała wtedy jaki los spotka jej książkę! Nawet w najśmielszych snach nie przypuszczała, że „Ania z Zielonego Wzgórza” podbije serca czytelników na całym świecie a nazwisko Lucy Maud Montgomery będzie od tej pory nierozerwalnie kojarzone z Wyspą Księcia Edwarda i literaturą kanadyjską. Już w połowie września 1908r, trzy miesiące od premiery, powieść doczekała się czwartego (!) wznowienia a pod koniec listopada szóstego.

Rudowłosa dziewczynka dorastająca w Avonlea skradła serca milionom kobiet na całej kuli ziemskiej, które uśmiechają się szeroko słysząc tytuł „Ania z Zielonego Wzgórza” i dodają: ‘wychowałam się na tej książce’. Ba! Całą serię o przygodach Ani Shirley przeczytał nawet mój firmowy informatyk! Kiedy któregoś dnia podczas rozmowy o książkach wspomniał, że czytał Anię, to widząc nasze zdziwione spojrzenia wzruszył tylko beztrosko ramionami i powiedział: ‘no co? Siostra miała to czytałem’ :-)

Była to również i moja ulubiona książka. A przynajmniej tak twierdziłam będąc w wieku wczesnoszkolnym. Tak w ogóle to dziwna historia z tą Anią, bo pytana w dzieciństwie o ulubioną książkę zawsze wymieniałam między innymi właśnie pierwszy tom przygód Ani a tak naprawdę… nigdy go do końca nie przeczytałam. Zaczynałam kilka razy, docierałam do połowy (albo i dalej) i jakoś nie miałam już ochoty czytać dalej. Za to film (ten najsłynniejszy, z 1985r z Megan Follows w roli głównej) oglądałam wielokrotnie. Później przeczytałam „Emilkę ze Srebrnego Nowiu” i to ona skradła mi serce. Nigdy nie zastanawiałam się nad tym, czemu po jakimś czasie lektura „Ani…” mnie nużyła aż do teraz, kiedy sięgnęłam po nią po tylu latach. I chyba już wiem, co jest przyczyną  :-)

A mianowicie nie jestem w stanie znieść ciągłego trajkotu głównej bohaterki. Ja rozumiem, że można być straszną gadułą ale na miłość boską, żeby aż tak?! O nie, nie… tego moja lubująca się w ciszy osoba nie zniesie. Jestem z natury osobą spokojną i małomówną, wolę słuchać i dobrze czuję się w towarzystwie przysłowiowych gaduł – ale bez przesady! Z Anią mam jeszcze dodatkowy problem w postaci jej wiecznego rozkojarzenia i roztrzepania. Są to cechy stojące w zupełnym przeciwieństwie do mojego charakteru i naprawdę ciężko było mi poskromić irytację, kiedy czytałam o kolejnych gafach Ani, popełnianych w wyniku jej skłonności do totalnego odpływania w świat marzeń. Dobrze rozumiałam załamującą nad paplaniną Ani ręce Marylę (Montgomery nadała tej postaci pewne cechy Lucy Woolner Macneill, swojej babki ze strony matki) i wielokrotnie miałam ochotę pacnąć po łbie tego małego rudzielca i powiedzieć: 'zamknijże się wreszcie'  ;-)  Przez całą książkę mocno mnie jej osoba irytowała i dlatego też nie mogę zaliczyć Ani Shirley do grona moich ulubionych bohaterek literackich. Jeśli już to znalazłoby się dla niej miejsce obok Becky Sharp/Crawley, Emmy Bovary czy Katarzyny Earnshaw czyli w niechlubnym gronie moich literackich antypatii. Ponieważ zamierzam kontynuować poznawanie losów Anny Shirley nie pozostaje mi nic innego jak mieć nadzieję, że w dalszych tomach okaże się bohaterką, którą da się jednak polubić :-)

Trzeba jednak przyznać, że Ania została także obdarzona kilkoma bardzo pozytywnymi cechami – doceniam jej dobre serce, wyobraźnię a przede wszystkim wrażliwość na piękno przyrody oraz umiejętność dostrzegania pozytywnych stron w życiu.

A dlaczego w ogóle zdecydowałam się na powrót do jednej z lektur dzieciństwa? Głównie za sprawą przeczytanej pod koniec zeszłego roku biografii Lucy Maud Montgomery autorstwa Mollie Gillen, z której dowiedziałam się nie tylko wielu ciekawych faktów na temat życia pochodzącej z Wyspy Księcia Edwarda pisarki ale także miałam okazję poznać okoliczności powstania wielu jej dzieł. Ciekawa lektura sprawiła, że postanowiłam powrócić do książek z dzieciństwa i przeczytać w tym roku wszystkie książki Montgomery w kolejności chronologicznej. 

Śliczna okładka Wydawnictwa Literackiego widniejąca w górnym lewym rogu tej recenzji została wybrana tylko i wyłącznie ze względów estetycznych. Ja czytałam swoje stare i wysłużone wydanie Naszej Księgarni z 1970 roku w tłumaczeniu R. Bernsteinowej. Język wyraźnie trąci myszką ale ma to swój urok. 

Cieszę się, że po tylu latach powróciłam na Zielone Wzgórze. Nawet jeśli tylko po to, by przekonać się, że nadal mam problemy z polubieniem jego rudowłosej mieszkanki. Nie da się jednak ukryć, że „Ania z Zielonego Wzgórza” to absolutna klasyka i grzechem byłoby jej nie znać. Jeśli w przyszłości będę miała córkę, z całą pewnością będę ją namawiać do sięgnięcia po serię o Ani. Ciekawe, jak ona ją odbierze? :-)


Moja ocena: 4/6


1 Mollie Gillen, Maud z Wyspy Księcia Edwarda, Wydawnictwo Literackie, str. 149-150

2 ibidem, str. 152

 

Książkę przeczytałam w ramach wyzwań czytelniczych:

* z własnego księgozbioru

* Trójka e-pik (własna książka, która na półce czeka już zbyt długo) – w ramach nadrabiania zaległości

* Odnajdź w sobie dziecko (książka, której bohaterką jest dziewczynka w wieku szkolnym – wydana przed 2000r)

* Wyzwanie 2015 – w tytule jest kolor


czwartek, 29 stycznia 2015

"Postać Holendra tułacza jest mitycznym poematem ludu; prastary rys natury ludzkiej wypowiada się w nim z poruszającą serca potęgą. Rysem tym jest w najogólniejszym znaczeniu tęsknota za spokojem wśród burz życia." 

Richard Wagner


Poszłam na ten spektakl z lekką obawą. No wiecie... w końcu to ten wielki i poważny Wagner... ;-) Poza tym był to pierwszy spektakl operowy w życiu mojego partnera, więc zastanawiałam się, czy czasem po paru minutach nie ucieknie z krzykiem ;-) Całe szczęście tak się nie stało a przedstawiona na scenie historia okazała się nad wyraz ciekawa.

Ale nie tyle historia sama w sobie mnie uwiodła (choć przyznaję, że podczas pierwszego aktu zdarzało mi się przysypiać ;-) - ale to zapewne ze zmęczenia, byłam po ciężkim dniu w pracy). To scenografia zrobiła na mnie największe wrażenie. Jednym słowem: zapiera dech w piersiach - piękna, mroczna, niezwykle klimatyczna.

Cały spektakl ma w sobie coś ewidentnie niemieckiego, nie potrafię dokładnie powiedzieć, co to takiego ale moje germanofilskie serce wyraźnie to czuło. Może to niemiecki duch romantyzmu unoszący się nad przedstawioną historią? W końcu libretto opery oparł Wagner na jednym z opowiadań Heinricha Heinego bazującego na jednej ze skandynawskich legend.

Arie nie zrobiły na mnie wielkiego wrażenia, choć jedna z arii śpiewanych przez Sentę wywołała we mnie dreszcze :-)

Jedyne, co mi się w "Holendrze Tułaczu" nie podobało to zakończenie. Szybkie, nagłe, sprawiające wrażenie zrobionego 'na odwal', byle by w końcu jakoś tą historię zakończyć. Siedziałam osłupiała w fotelu i oszołomiona zastanawiałam się, co to ma znaczyć? Klątwa została przełamana czy nie? I co się stało z Holendrem?  

Jednak pomimo tego rozczarowania na końcu uważam obejrzany spektakl za absolutnie fantastyczny. Wzbudził moją ciekawość jeśli chodzi o legendę o Latającym Holendrze. Bardzo chciałabym przeczytać jakąś zajmującą powieść, która jest literacką adaptacją tej niezwykłej legendy!


*wszystkie zdjęcia pochodzą ze strony operalodz.com

Tagi: opera teatr
18:58, weisse_taube , inne
Link Dodaj komentarz »
wtorek, 13 stycznia 2015

Cóż za literackie kuriozum trafiło w moje ręce!

„Sztuka pierdzenia” powstała we Francji w 1751 roku i cieszyła się dużą popularnością w kręgach ówczesnej socjety – fragmenty tego suto okraszonego humorem eseju cytowano na salonach po spożyciu ostatniego posiłku, aby poprzez śmiech ułatwić gościom trawienie.

Autor tegoż dziełka, niejaki Pierre Thomas Nicolas Hurtaut to persona o szerokich i dosyć osobliwych zainteresowaniach jak można mniemać po tytułach spłodzonych przez niego dzieł. Oprócz wspomnianej tu „Sztuki pierdzenia” spod jego pióra wyszły też np. „Esej medyczny o upławach miesięcznych”, „Angielski rzut oka na ceremonie ślubne” czy „Skrócony podręcznik historyczny o królach dynastii Merowingów”.

Książeczka, którą chciałabym wam dzisiaj przybliżyć należy do literatury skatologicznej, czyli takiej, która w humorystyczny sposób traktuje o ludzkich wydalinach. Jej podtytuł brzmi „Esej teoriofizyczny i metodyczny” i jak sama nazwa wskazuje dąży do wyjaśnienia pochodzenia i działania pierdnięć, bo przecież „doprawdy wstyd, Czytelniku, że od kiedy pierdzieć począłeś, nie wiesz nawet, jak to robisz i jak to robić powinieneś”.1

A czego konkretnie możemy się z eseju pana Hurtauta dowiedzieć? Zaczynamy oczywiście od definicji pierdnięcia („sprężone powietrze, które ujścia szukając, przebiega rozmaite partię ciała i wreszcie znajduje pospieszne wyjście, którego przyzwoitość nazwać nie zezwala”2), zaznajamiając się przy okazji z różnicami pomiędzy pierdnięciem a beknięciem. Co dociekliwsi czytelnicy poczują się usatysfakcjonowani szczegółowymi opisami odmian pierdów (dyftongalne, klarowne, przydechowe), ich przyczyn i konsekwencji. Z ciekawostek dowiemy się np. dlaczego umiejętność grania na instrumentach dętych pomaga w prawidłowym (toż to prawdziwa sztuka jest!) wypuszczaniu gazów, dlaczego mogą służyć jako skuteczne narzędzie przy odprawianiu egzorcyzmów i jaki wpływ mają one na… piegi. Na zakończenie autor raczy nas charakterystyką pierdnięć reprezentantów poszczególnych zawodów czy grup społecznych a jako epilog poznajemy dzieje księcia Pierdziwiatra i królowej Amazonek czyli opowieść o tym skąd we Francji wzięli się szambiarze.

A wszystko to w doskonałym tłumaczeniu Krzysztofa Rutkowskiego, dzięki któremu podczas czytania tej króciutkiej książeczki uśmiech ani razu nie schodzi z twarzy.

Ukochany, przekartkowawszy pobieżnie książeczkę, mruknął tylko z chytrym uśmieszkiem: ‘ciężka bania’  ;-)  Może i tak ale jest to pozycja w całej swej absurdalności tak urocza, że chętnie będę do niej wracać, bo po ciężkim i wkurzającym dniu niezwykle skutecznie przywraca dystans do siebie i do świata.

Moja ocena: 4,5/6

1 Pierre Thomas Nicolaus Hurtaut, Sztuka pierdzenia , wyd. słowo/obraz terytoria, Gdańsk 2010r, str.7

2 ibidem, str.14


Książkę przeczytałam w ramach wyzwań czytelniczych:

* z własnego księgozbioru

* Gra w kolory - biały

* Wyzwanie 2015 - ma więcej niż 100 lat

 

20:09, weisse_taube , przeczytane
Link Komentarze (1) »
niedziela, 11 stycznia 2015

To jest książka, po przeczytaniu której odechciewa się kupowania większości jedzenia w sklepach. Ba! Robi się niedobrze na widok zwykłej bułki, wędliny czy soku w kolorowym kartonie.

W ciągu ostatnich kilkudziesięciu lat produkty żywnościowe, które trafiają na sklepowe półki zostały poddane tak zaawansowanym procesom technologicznym, które zmieniły nie tylko ich kolor, zapach, smak ale i pozbawiły je cennych naturalnych witamin i minerałów, że można się zacząć zastanawiać, czy jest to jeszcze ‘jedzenie’ czy już może tylko i wyłącznie nafaszerowany szkodliwą chemią sztuczny wytwór przemysłu spożywczego.

Julita Bator przez wiele lat żyła w przekonaniu, że jej dzieci urodziły się chorowite i nic nie da się na to poradzić. Oświecenie przyszło podczas jednego z wakacyjnych wyjazdów, na którym rodzina jadła naturalne, nieprzetworzone produkty a dzieci po raz pierwszy nie skarżyły się na żadne dolegliwości. Obudziło to w autorce zmysł detektywa i po przyjeździe do domu zaczęła śledztwo w sprawie chemii zawartej w żywności. Swoje odkrycia, wnioski i doświadczenia opisała w książce „Zamień chemię na jedzenie”.

W temacie zdrowego odżywiania nie jestem laikiem, więc nie mogę powiedzieć, że książka pani Bator zrewolucjonizowała moje nawyki żywieniowe. Nie pozwoliła mi odkryć żadnych nowych lądów ale z całą pewnością poszerzyła moją dotychczasową wiedzę na temat szkodliwej chemii w żywności. Od kilku lat obserwuję swój organizm, wiem na co źle reaguje. Wnioski do jakich doszłam dzięki tym obserwacjom zostały potwierdzone w badaniu metodą dr.Volla, jakiemu poddałam się w zeszłym roku. Sposób odżywiania ma więc dla mnie bardzo duże znaczenie, bo bezpośrednio wpływa na stan mojego zdrowia.

Poradnik podzielony jest na kilkanaście rozdziałów posegregowanych według grup produktowych (pieczywo, nabiał, słodycze, mięso, warzywa i owoce itp.). Na początku znajdziemy obszerny rozdział dotyczący ‘instrukcji obsługi’ żywności, tzn. sporo informacji na temat dodatków syntetycznych, GMO czy jak czytać etykiety. Z kolei na sam koniec pani Bator funduje nam spis przydatnych serwisów internetowych, tabelę szkodliwych substancji oraz źródła zdobytych przez nią informacji w tym wiele ustaw i rozporządzeń. Środek poradnika wypełniają rozdziały o konkretnych grupach produktowych, zawartych w nich syntetycznych dodatkach oraz wskazówki dotyczące zdrowszych zamienników (są także podane przepisy na własnej roboty chleb, majonez, słodycze itp.). Jestem pełna podziwu dla samozaparcia i ogromu pracy włożonej przez autorkę w zebranie tych wszystkich informacji. Pani Julito, chylę czoła!

Bardzo podoba mi się podejście autorki do czytelników książki. Nie stawia się ona na wyższej pozycji, nie przemawia tonem osoby wszystkowiedzącej i uważającej swoją wiedzę za jedyną słuszną. Sama wielokrotnie przyznaje, że nie uważa się za eksperta i nie czuje się kompetentna, by rzucać na prawo i lewo niepodważalne teorie i argumenty. Wszystko co opisuje wynika z jej osobistych doświadczeń a co z otrzymaną w tej książce wiedzą zrobi czytelnik to już jego sprawa.

Autorka podkreśla też, że nie da się w 100% wyeliminować chemii z naszego jadłospisu. Jedyne, co możemy zrobić to starać się w świadomy sposób robić zakupy spożywcze i komponować nasze menu.

Jest to książka do wielokrotnego czytania i przeglądania. Aż prosi się, by zawsze była pod ręką aby w każdej chwili można było do niej zajrzeć i sprawdzić potrzebną informację. W moim przyszłym domu planuję mieć w kuchni specjalną półkę, na której będę trzymać ulubione książki kucharskie i poradniki z zakresu żywienia. Książka Julity Bator zajmie na niej honorowe miejsce.

POLECAM! Ciekawa i wartościowa lektura dla każdego człowieka, któremu nie jest obojętne własne zdrowie.

Moja ocena: 5/6


Książkę przeczytałam w ramach wyzwań czytelniczych:

* z własnego księgozbioru

* Gra w kolory - biały

* Wyzwanie 2015 - poradnik

 

wtorek, 06 stycznia 2015

Doświadczenie pokazuje, że wszelkie moje czytelnicze plany zazwyczaj szlag trafia i na koniec roku muszę się wstydzić sama przed sobą. Nie zmienia to jednak faktu, że niezmordowanie czynić je będę nadal – najwyżej znów wszystko diabli wezmą ;-)

Tym razem postanowiłam dwie rzeczy: sama wymyślę sobie swoje własne, prywatne wyzwania na 2015r. a jeśli już zdecyduję się brać udział w ogólnych zabawach czytelniczych, to raczej w takich, które nie są obwarowane ścisłymi zasadami dotyczącymi ilości przeczytanych książek w danym miesiącu. I będę je traktować przede wszystkim jako zabawę :-)

Jak wyglądają konkrety? Przede wszystkim chciałabym częściej sięgać po książki z własnej półki. Nie przeczytanych pozycji mam tyle, że na co najmniej trzy lata mogłabym zapomnieć o bibliotece. Najwyższy czas to zmienić. Poza tym chciałabym skończyć wszystko, co zaczęłam w zeszłym roku i z różnych przyczyn zaniechałam. Uzbierało się około 8-10 takich powieści a ja mam ambicję je dokończyć, tym bardziej, że w większości to naprawdę bardzo dobre tytuły.

Od kilku lat obiecuję sobie, że wraz z nadejściem nowego roku wezmę się za Władcę Pierścieni. Tym razem (wreszcie!) z dumą mogę powiedzieć, że obietnicy dotrzymałam. Dokładne 01.stycznia w godzinach wieczornych zaczęłam czytać przedmowę i prolog, więc za jakiś czas będę mogła w końcu powiedzieć, że znam literacki pierwowzór jednego z moich ulubionych filmów. Dostrzegam już różnice między książką a filmem – zdecydowanie na korzyść tej pierwszej i jestem pewna, że trafi ona do pierwszej trójki najlepszych książek roku.

Przeczytanie biografii Lucy Maud Montgomery, poznanie szczegółów jej życia i pracy twórczej zachęciło mnie do przypomnienia sobie ulubionych książek z dzieciństwa (czy raczej czasów wczesno-nastoletnich). Postanowiłam więc przeczytać wszystkie książki, jakie wyszły spod pióra kanadyjskiej pisarki w kolejności chronologicznej.

Jeśli zaś chodzi o ogólnodostępne wyzwania czytelnicze to zamierzam kontynuować ‘Grę w kolory’ oraz nieistniejącą już ‘Trójkę e-pik’. Pierwsze wymaga wprawdzie przeczytania co najmniej jednej książki w miesiącu, ale myślę, że jak zrobię sobie jakiś sensowny plan czytelniczy na każdy miesiąc i skrupulatnie będę się go trzymać, to się uda. Drugie wyzwanie – jako że już nie istnieje a ja nadrabiam je w ramach zaległości – jest raczej zabawą i pozwala mi dowolnie dobierać sobie kategorie do przeczytanej akurat książki.

Z nowych wyzwań zdecydowałam się na dwa: jedno z konkretnymi zasadami, drugie bez.

Trzecia już odsłona zabawy ‘Odnajdź w sobie dziecko’ wymaga od uczestników nie tylko przeczytania i zrecenzowania co najmniej jednego tytułu w miesiącu ale dodatkowo musi to być książka zawierająca konkretny motyw (szczegółowa lista na stronie wyzwania). Ponieważ mam już pomysł na lekturę styczniową, to pomyślałam sobie: a co tam, biorę udział. W kolejnych miesiącach będę sobie najwyżej łamać głowę, co dalej ;-)

A na facebooku znalazłam za to takie oto ‘Wyzwanie 2015’:

Nie ma tu żadnych zasad dotyczących ilości lektur w danym miesiącu, więc pozostaje tylko dopasowanie poszczególnych kategorie do tego, co akurat czytam.

A jak już jesteśmy przy facebooku… W zeszłym roku postanowiłam założyć konto dla Zacisza Literackiego. Pomyślałam, że skoro tak rzadko bywam na blogu, to może chociaż na fb uda mi się częściej wrzucać jakieś krótsze wpisy i dawać znak życia. Założyłam konto, po czym… zupełnie o nim zapomniałam. W drugiej części roku sobie o nim przypomniałam i starałam się od czasu do czasu coś tam umieszczać – głównie jakieś cytaty z książek i czasopism, które akurat czytam. Nie wiem, czy konto dalej będzie istnieć, może w tym roku dojdę do wniosku, że wolę to wszystko umieszczać na blogu ale póki co konto jest i można je podejrzeć tutaj.

Jak widać mam dosyć szeroko zakrojone plany czytelnicze a czy uda mi się czytać i opisywać wrażenia z lektur w miarę na bieżąco – czas pokaże. Obecny rok będzie w pewnych kwestiach (prywatnych, zawodowych) kontynuacją poprzedniego, więc nie obiecuję, że Zacisze Literackie na tym nie ucierpi. Przede wszystkim czeka mnie przeprowadzka i organizowanie sobie nowego życia, co wiąże się z mniejszą ilością czasu wolnego a także zapewne chwilowym brakiem Internetu (choć to drugie akurat jest mniejszym problemem – notatki mogę pisać w nowym domu a publikować w pracy, gdzie mam dostęp do sieci). Ja w każdym razie trzymam kciuki za powodzenie moich czytelniczych przedsięwzięć i z nową energią biorę się za ich realizację :-)


11:32, weisse_taube , inne
Link Dodaj komentarz »
piątek, 02 stycznia 2015

Rok 2014 był dla mnie rokiem wielu zmian, szczególnie w życiu prywatnym. To rok dojrzewania do pewnych decyzji, rok, w którym postawiłam przede wszystkim na własne szczęście. Opłaciło się – nawet bardziej niż mogłam to sobie wymarzyć. Jeśli jesteście zdania, że życie nie pisze takich fabuł jak w pięknych książkach z Happy Endem, to ja jestem żywym przykładem na to, że czasem się to zdarza. Wystarczy tylko przestać być biernym, wziąć sprawy w swoje ręce i uwierzyć, że świat nam sprzyja. Odnalazłam swoją cichą przystań, port, do którego chcę wracać i wiem już, w jakim kierunku chcę podążać.

Pod względem ilości przeczytanych książek nie był to dobry rok ale nie mam do siebie o to pretensji. Byłam skoncentrowana na zupełnie innych, ważniejszych dla mnie sprawach a czytanie dla przyjemności zeszło siłą rzeczy na drugi plan. Przeczytałam raptem 15 pozycji ale były to książki w większości bardzo dobre – na tyle, że aż połowę z nich wspomnę w zestawieniu najlepszych tytułów roku.

Wśród tych 15 książek znalazło się 8 powieści, 1 biografia, 4 poradniki (głównie z zakresu rozwoju duchowego), 1 książka popularno-naukowa i 1 pamiętnik/dziennik.

Jeśli chodzi o płeć autora, to mamy w tym roku prawie remis: przeczytałam 8 pozycji napisanych przez mężczyzn i tylko o jedną mniej autorstwa kobiet.

Najwięcej czytałam literatury amerykańskiej: 9 pozycji autorów z USA. 2 książki były autorstwa pisarzy brytyjskich. Poza tym przeczytałam po jednej książce autorów pochodzących z następujących krajów: Francja, Niemcy, Włochy, Kanada, Japonia, Rosja i … Polska. Chyba po raz pierwszy od momentu istnienia bloga miałam w ręce tak mało powieści autorów polskich! Nie sięgnęłam nawet po żadną powieść mojej ukochanej polskiej pisarki Hanny Kowalewskiej :-(


visited 9 states (4%)
Create your own visited map of The World or Triposo world travel guide for Android

Nadal obracam się głównie wśród literatury europejskiej i tej z kontynentu Ameryki Północnej. Od lat próbuję to zmienić, ale niestety bezskutecznie. Może w tym roku się uda?

Nie przeczytałam żadnej książki w obcym języku.

Pora na wytypowanie najlepszych i najgorszych książek roku. Jak już wspomniałam na wstępnie aż 8 pozycji zdobyło moje uznanie i znalazło się wśród wyróżnionych. Cieszy mnie to bardzo, bo świadczy to o tym, że pomimo niewielkiej liczby książek, które udało mi się przeczytać ich poziom był generalnie całkiem wysoki.

Kolejność przypadkowa – nie byłam w stanie wytypować najlepszej z najlepszych:

1. J.R.R. Tolkien „Hobbit czyli tam i z powrotem” – za możliwość uczestniczenia w emocjonującej wyprawie, która sprawiła mi niesamowitą frajdę i pozwoliła poczuć się jak prawdziwy członek kompanii Thorina. Towarzyszenie Bilbo i krasnoludom w wyprawie po skarb umilało mi codzienną jazdę autobusem i możecie mi wierzyć na słowo, że jeszcze nigdy nie była to tak pasjonująca podróż ;-) O kreacji świata przedstawionego i bohaterów pisać nie będę, bo przecież rozumie się samo przez się, że są wprost genialne :-)

2. Gail Carriger „Bezduszna” – za absolutnie genialną kreację steampunkowej wersji XIX wieku, niesamowite poczucie humoru i oczywiście za obłędnego Lorda Maccona. Mrrrrau ;-)

3. Juli Zeh „Instynkt gry” – nie udało mi się zrecenzować tej książki (ale nadrobię to!) ale nie darowałabym sobie, gdybym tu o niej nie wspomniała. Bardzo dobra pozycja poruszająca temat wartości we współczesnym świecie i jak widzą je nastolatki. Gęsta proza psychologiczna, dostarczająca wielu przemyśleń, bardzo wartościowa książka. Uważam, że powinna być lekturą w szkole średniej. W styczniu pisałam o spektaklu teatralnym na podstawie książki.

4. Federico Moccia „Trzy metry nad niebem” – za powrót do czasów nastoletnich miłostek i za bohaterkę, którą bardzo polubiłam

5. Haruki Murakami „Na południe od granicy, na zachód od słońca” – za typowy dla powieści Japończyka melancholijny klimat, w którym czułam się jak ryba w wodzie a także za piękną refleksję nad życiem.

6. Mollie Gillen „Maud z Wyspy Księcia Edwarda” – nie zdążyłam z recenzją ale już się powoli pisze! Bardzo ciekawa biografia Lucy Maud Montgomery. Pozwoliła mi nie tylko dowiedzieć się czegoś więcej na temat uwielbianej na całym świecie autorki „Ani z Zielonego Wzgórza” ale także ze zdziwieniem stwierdzić, że w pewnych kwestiach byłyśmy bardzo podobne.

7. Joanne K. Rowling „Harry Potter i kamień filozoficzny” – za powrót do dzieciństwa, za pyszną zabawę z bohaterami powieści i za wartości, które ta książka propaguje wśród młodych ludzi

8. David Deida „Błękitna prawda” – za niezwykłą, choć czasami bolesną wędrówkę w głąb własnej duszy, za możliwość lepszego poznania siebie i motywację do dalszej pracy nad sobą.

O jakości przeczytanych przeze mnie książek niech świadczy też fakt, że w ostatecznym rozrachunku chciałabym wspomnieć tylko jedną pozycję, która niestety bardzo mnie rozczarowała:

Wieniedikt Jerofiejew „Zapiski psychopaty” – ani to śmieszne ani ciekawe. Nie trafiły do mnie młodzieńcze zapiski alkoholowych libacji.

Odkryciem roku była dla mnie proza Gail Carriger. Wciągająca na amen, przesycona niesamowitym humorem, zapełniona przesympatycznymi i arcykomicznymi postaciami no i ta alternatywna wersja XIX wieku! Kapelusze z głów! :-)

Bardzo zaintrygowała mnie także fizyka kwantowa i teorie wykorzystujące ją w metodzie dwupunktowej. Jest to tematyka, którą zdecydowanie chcę dalej zgłębiać.

Aby tradycji stało się zadość, na koniec wspomnieć muszę co nieco o zakupach książkowych. W 2014r udało mi się pohamować moje zakupowe apetyty – przybyło mi tylko 56 książek, z czego 2 stanowiły dodatki do czasopism, jedną otrzymałam od wydawnictwa, jedna jest prezentem oraz jedną wygrałam w konkursie. Zakupiłam 51 książek, co kosztowało mnie 922,98 zł. Cenowo nie jest to dobry wynik, ale przyznaję, że czasem nie chciało mi się czekać na większe promocje.

I jeszcze jedna rzecz: w 2014 roku nie pojawił się na blogu ani jeden stosik ;-) Trzeba to będzie zmienić :-)


Od początku zeszłego roku postanowiłam także notować tytuły wszystkich filmów i seriali, jakie udało mi się obejrzeć. Zrobiłam w tej kwestii duży postęp, gdyż zazwyczaj można je było policzyć na palcach jednej ręki… :-/

Obejrzałam 29 filmów, z czego za najlepsze (najciekawsze, najbardziej poruszające czy zapadające w pamięć) uznałam:

Hobbit: Niezwykła podróż, reż. Peter Jackson (2012)

Hobbit: Pustkowie Smauga, reż. Peter Jackson (2013)

Mary i Max, reż. Adam Elliot (2009)

Rezerwat , reż. Łukasz Palkowski (2007)

Płynące wieżowce, reż. Tomasz Wasilewski (2013)

Czekając na Joe, reż. Kevin Macdonald (2003)

 

Z obejrzanych seriali polecam:

- uwielbianego przeze mnie „Sherlocka”

- „Pod kopułą” na podstawie powieści Stephena Kinga – wciąga na maxa, nie mogę się doczekać lata i trzeciego sezonu!

- „Notatnik śmierci” – mangowy serial, bardzo ciekawy i przede wszystkim  inny od tego się zazwyczaj ogląda ;-)

Oglądam też „Teen Wolf” ale to takie pitu-pitu dla nastolatek ;-)

O planach na przyszły rok napiszę w oddzielnej notce.



13:56, weisse_taube , inne
Link Dodaj komentarz »
piątek, 26 grudnia 2014

To będzie krótka recenzja.

Na jednym z ulubionych blogów wyczytałam, że „Zapiski psychopaty” to świetna wakacyjna lektura. Lato wprawdzie już dawno się skończyło ale jako że akurat miałam ochotę na coś lekkiego i niezobowiązującego, to wypożyczyłam.

No cóż… najwyraźniej zupełnie inaczej rozumiem termin „lektura na wakacje”, bo omawiane tu zapiski odebrałam jako mało zrozumiały bełkot notorycznego pijaczyny, z którego to bełkotu tylko czasami da się wyłuskać coś sensownego. Nawet śmieszne to dla mnie nie było.

„Zapiski psychopaty” to pamiętnik młodego Jerofiejewa (wówczas studenta), pisany w latach 1956-1958 i opublikowany dopiero po jego śmierci. Rzecz niespójna fabularnie, na którą składają się wyrwane z kontekstu fragmenty rozmów, zapis monologów, snów, scen z życia codziennego w sowieckiej Rosji. Autor skupia się głównie na alkoholizmie, prostytucji, niemożliwości odnalezienia się w systemie politycznym, w jakim przyszło mu żyć, na relacjach międzyludzkich.

Nie będę ukrywać, że historia współczesna (a już w szczególności Rosji) nigdy nie należała do kręgów moich zainteresowań, stąd i moja wiedza na temat życia w Rosji w latach 50-tych XX wieku jest zerowa. Przyczyniło się to zapewne do braku zrozumienia tego, o czym pisze autor. Nie potrafiłam (a może nie chciałam?) zrozumieć mentalności „człowieka radzieckiego”, żyjącego w oparach absurdu i groteski.

Najbardziej zdziwiły mnie jednak pełne zachwytu recenzje innych czytelników, którzy chwalili niesamowity humor bijący z zapisków i ich ‘życiową mądrość’. Wiele osób wspominało, że wynotowali w swoich specjalnych zeszycikach mnóstwo cytatów – prawdziwych perełek czarnego humoru.

Ja chyba jestem dziwna, bo „Zapiski psychopaty” wcale nie były według mnie śmieszne. Może ja nie rozumiem czarnego humoru? Zresztą, zawsze uważałam, że mam dosyć nietypowe poczucie humoru i mało kto je rozumie ;-) Podczas czytania pamiętników Jerofiejewa uśmiechnęłam się tylko w trzech miejscach (dwa fragmenty cytowałam jakiś czas temu a w trzecim autor opisywał własny pogrzeb, na którym był zbyt martwy aby wyrazić, co o tym wszystkim sądzi), poza tym lektura była dla mnie istną mordęgą i męczyłam się z nią prawie tydzień. Niewiele humoru i mądrości byłam w stanie wychwycić z wyrwanych z kontekstu bełkotliwych opisów nieustannego pijaństwa.

Niestety książka zupełnie do mnie nie trafiła a gdybym wzięła ją ze sobą na wyjazd jako wakacyjną lekturę zapewne wróciłabym z urlopu zła, że trafiłam na tak kiepski umilacz czasu. 

Wypożyczyłam też „Moskwę Pietuszki” ale szczerze mówiąc nie bardzo mam ochotę ją czytać. 


Moja ocena: 2/6


Książkę przeczytałam w ramach wyzwania czytelniczego:

* Trójka e-pik ( Jaki kraj, taki obyczaj - książka opisująca życie w danym państwie ) - w ramach nadrabiania zaległości


czwartek, 25 grudnia 2014

Dzień dobry,

ten list powinien być urodzinowy. Ty przecież 2. stycznia kończysz dwadzieścia sześć lat. Popatrz, jakie to dziwne - kiedy byłem z Tobą, zawsze zapominałem o tej dacie, jak zresztą i o wszystkich innych. Życzenia to taki substytut prawdziwych stosunków międzyludzkich. A po co ja Ci miałem mówić coś miłego raz do roku, kiedy zawsze starałem się Ci to mówić co dzień?

Cały mój świat - te zasadnicze wartości i te ulotne, przemijające i niepowtarzalne - to wszystko jest Tobą. Wybraliśmy sobie życie Don Kichotów, ale nie na zasadzie Sancho, który dał się zmamić nadzieją wyspy i gubernatorstwa, ale właśnie tak jak ten stary z La Manchy, wierząc, że jest jeszcze na świecie miejsce dla błędnych rycerzy. I za to najmocniej chcę Ci podziękować. I jeszcze za to, że kochamy te same wiersze i tak samo czujemy zapach bzu, nocny wiatr i jesienny deszcz. Za to wszystko i za mnóstwo rzeczy, których nawet nie potrafię nazwać, dziękuję Ci, moja mała Dziewczynko, w Twoje dwudzieste szóste urodziny.

A życzeń nie będzie, po co?



Jeden z wielu pięknych listów Gai i Jacka Kuroniów. Budująca lektura nie tylko na czas świąt.


Tagi: cytaty
17:55, weisse_taube , cytaty
Link Dodaj komentarz »
poniedziałek, 15 grudnia 2014

- Jerofiejew! Mówi do was sierżant milicji, a nie jakaś dziewucha!

- No i co z tego?

- Dlatego nie udawajcie głupka!

- Dajcie spokój, towarzyszu sierżancie, gdzieście widzieli, żeby ktokolwiek wobec dziewczyny udawał głupka?

- He he he, Jerofiejew, pewnie myślicie, że jeśli jestem sierżantem milicji, to nie zadaję się z dziewczynami?

- No to w każdym razie teraz nie macie do czynienia z dziewczyną, dlatego nie udawajcie głupka, tylko sierżanta milicji.

 

*****

 

- Tak patrzę na ciebie, Jerofiejew, jesteś ode mnie młodszy tylko o rok, a znajdujesz się teraz na takim etapie, na jakim ja byłem chyba trzy albo cztery lata temu. Pasjonujesz się wierszami, a dla mnie to już dawno miniony etap... Co prawda, nigdy nie pasjonowałem się nimi tak jak ty - żeby całymi dniami niczym innym się nie zajmować...

- Wiecie co, towarzyszu ślusarzu-hydrauliku, ja też kiedyś mówiłem głupstwa... ale to dla mnie dawno miniony etap. Co prawda, nie pasjonowałem się tym tak jak ty - żeby całymi dniami zajmować się tylko tym i niczym więcej...


 

Wieniedikt Jerofiejew "Zapiski psychopaty"

niedziela, 07 grudnia 2014

Czytany przeze mnie trzy lata temu debiut literacki Katarzyny Rygiel pt. „Pod powiekami” zrobił na mnie bardzo pozytywne wrażenie. Niby zwykłe czytadło, ale poruszyło we mnie pewną czułą strunę. W moim życiu miały wtedy miejsce pewne wydarzenia, znajdowałam się wówczas w takim a nie innym stanie psychicznym i powieść po prostu idealnie wpasowała się w to, co wtedy czułam. Recenzja nie pojawiła się jednak na blogu – już nie pamiętam dlaczego. Może nie miałam czasu a może nie bardzo byłam skłonna pisać o swoich uczuciach.

„Miłość i samotność” już mnie tak nie poruszyła. Problemy w niej zawarte są mi zupełnie obce a postawa głównej bohaterki zupełnie niezrozumiała. Coś chyba jednak musi być w stwierdzeniu, że książka jest w stanie poruszyć czytelnika dopiero kiedy opowiada historię, z którą może się on w pewnym stopniu identyfikować.

Agata i Piotr to para archeologów mieszkająca w Warszawie. Ona jeszcze studiuje, on pracuje już w zawodzie i wyjeżdża od czasu do czasu na wykopaliska. Pewnego dnia otrzymuje propozycję półrocznego wyjazdu do pracy pod Gdańsk. Kocha swoją pracę, więc przyjmuje ją z radością a jednocześnie z lekką obawą o reakcję Agaty na tak długą rozłąkę. Nie wiadomo czemu, Piotr informuje swoją partnerkę o wyjeździe raptem dzień przed planowanym wyjazdem. Agata reaguje histerycznie, ma pretensje do Piotra. Po jego wyjeździe nie potrafi odnaleźć się w pustym mieszkaniu, z trudem znosi nieobecność ukochanego. Pewnego dnia spotyka w uczelnianej bibliotece mężczyznę łudząco podobnego do Piotra. Kim on jest? Czy to majaki chorego z tęsknoty umysłu czy może to zupełnie inny mężczyzna? A może Piotr wcale nie wyjechał i prowadzi podwójne życie?

Lubię sobie od czasu do czasu przeczytać jakieś lekkie czytadełko o miłości. Ot, żeby sobie westchnąć, rozmarzyć się a nawet łezkę uronić. „Miłość i samotność” nie wywołała we mnie takiego stanu. Nie potrafiłam odnaleźć się w problematyce przedstawionej w książce, postawy bohaterów (szczególnie Agaty) były dla mnie kompletnie niezrozumiałe.

Agata jest osobą niedojrzałą, to histeryczka uzależniająca swoje szczęście i dobre samopoczucie od drugiej osoby. Po wyjeździe Piotra ledwo jest w stanie normalnie funkcjonować, ‘umiera’ z tęsknoty, wykazuje skłonność do stanów depresyjnych. Zachowuje się jak obrażona mała dziewczynka, która pisze do ukochanego pełne pretensji i ukrytego zastraszania listy.

Piotr popełnił jeden podstawowy błąd – nie poinformował Agaty odpowiednio wcześnie o tym, że wyjeżdża na pół roku. Nie dał jej czasu na oswojenie się z tą decyzją, na ewentualne przedyskutowanie i zaplanowanie jak będzie wyglądało ich życie podczas tej rozłąki. Piotr jest właściwie jedyną osobą w tej książce, którą potrafiłam jako tako zrozumieć. Wydaje mi się, że mam podobny do niego charakter. Oboje kochamy swoją pracę, jesteśmy sumienni i obowiązkowi, nie sprzeciwiamy się, gdy obowiązki zawodowe w jakiś sposób kolidują z naszym życiem prywatnym. Co nie zmienia jednak faktu, że nie mogłam pojąć, czemu poinformował swoją partnerkę o półrocznej rozłące dzień przed wyjazdem. Z rozmów pomiędzy tym dwojgiem wysnułam wniosek, że Piotr musiał się w jakiś sposób źle czuć w tym związku, być może się w nim ‘dusił’, może chciał odpocząć. Znając niedojrzałość i toksyczne skłonności Agaty wcale mnie to nie dziwi. Stąd niechętnie reagował na propozycje Agaty, że ta przyjedzie do niego na wykopaliska, zasłaniał się ogromem pracy, krzywo patrzącym przełożonym, brakiem możliwości zakwaterowania.

Głównym problemem jest to, że Agata nie miała do Piotra pretensji o to, że nie poinformował jej wcześniej o podjętej decyzji. Ona nie mogła pogodzić się z faktem, że on zadecydował o czymś bez jej udziału, że ona nie mogła mieć wpływu na tę decyzję. Agata chce aby jej partner uzależniał swoje życie od jej osoby, aby dostosowywał się do jej wymagań i kaprysów. A kiedy tego nie otrzymuje, stosuje szantaż emocjonalny. Jest to według mnie bardzo niedojrzała postawa. Ciężko było mi zrozumieć Agatę. Nie rozumiem kobiet umierających z miłości, potrzebujących do życia stałej obecności partnera. Jestem typem samotnika, nie owijam się wokół partnera jak bluszcz, więc trudno było mi wczuć się w sytuację bohaterki.

W relacji Agaty i Piotra uderzyło mnie jeszcze jedno a mianowicie jak niedojrzała musi to być miłość skoro już przy pierwszej próbie, przy pierwszym kryzysie wszystko nieomal się wali a partnerzy nie są skłonni do szczerej rozmowy w cztery oczy. Zamiast tego wolą wymieniać pełne pretensji i oskarżeń listy. Kolejna rzecz, której nie mogłam w tej książce zrozumieć. Dla mnie rozmowa jest podstawą związku, bez niej nie da się zbudować czegoś trwałego i wartościowego.

Oprócz opisu relacji pomiędzy młodymi archeologami mamy też w tej powieści wątek Stanisława i Wandy – ludzi dojrzałych, będących ze sobą trzydzieści lat, który ma za zadanie ukazać kontrast pomiędzy problematyką związku ludzi do niego niedojrzałych a takich, którzy mają już za sobą pewne doświadczenia i potrafią – choć z trudem – o ten związek walczyć. Powiem szczerze, że wątek tej pary jest według mnie zupełnie zbędny i stanowi tak zwaną ‘zapchajdziurę’. Pojawiają się oni na kartach powieści raptem ze dwa czy trzy razy i to na krótko. Autorka wykorzystała ich wątek w końcówce, co jednak nie było moim zdaniem konieczne a przemianę Agaty można było rozegrać inaczej.

Sama końcówka mocno razi kilkustronicowym wykładem moralnym, w którym autorka czarno na białym określa co jest dobre a co złe. Tak jakby nie wierzyła, że czytelnik potrafi samodzielnie myśleć i wyciągać wnioski z tego, co przeczytał.

W przeciwieństwie do debiutu pani Rygiel, „Miłość i samotność” nie poruszyła mnie wcale. Nie potrafiłam zrozumieć postaw bohaterów, ich problemy były mi obce. Podczas lektury wielokrotnie unosiłam brwi ze zdziwienia i zastanawiałam się: ‘ale po co ta cała histeria?’. Być może gdybym przeżyła kiedyś to, co bohaterowie, mogłabym się z nimi bardziej identyfikować, a tak po skończonej lekturze tylko wzruszyłam obojętnie ramionami.

 

Moja ocena: 3,5/5



Tagi: Polska Rygiel
11:05, weisse_taube , przeczytane
Link Dodaj komentarz »
 
1 , 2 , 3 , 4 , 5 ... 26
| < Styczeń 2015 > |
Pn Wt Śr Cz Pt So N
      1 2 3 4
5 6 7 8 9 10 11
12 13 14 15 16 17 18
19 20 21 22 23 24 25
26 27 28 29 30 31  
Zakładki:
Tagi