czwartek, 22 października 2009
Przed chwilą dostałam sms, że wygrałam książkę w konkursie miesięcznika "Bluszcz"! :D To już po raz trzeci! Dwie pierwsze wygrane to "Hohaj" Elisabeth Rynell oraz "Skugga Baldur. Opowieść islandzka" Sjon'a. Nie pamiętam, co było tym razem do wygrania, jak przyjdę do domu z pracy to sprawdzę. Ale podejrzewam, że najnowsza powieść Joyce Carol Oates "Moja siostra, moja miłość".
Będę miała ciut spóźniony prezent urodzinowy :)
poniedziałek, 19 października 2009
Doris Lessing opowiada w niej o swoich kotach - wpierw na farmie w Rodezji a potem po przeprowadzce do Wielkiej Brytanii. Jej uwaga skupia się przede wszystkim na dwóch kotach - szarym i czarnym i to o ich perypetiach czytamy przez ponad pół książki. Ciekawe jest to, że ani razu nie pada żadne kocie imię; jest kot szary i kot czarny, kot w tygrysie pasy, kot nakrapiany, biały, brązowy itd. Nie wiem, czemu miał służyć ten zabieg, czyżby pokazaniu swego dystansu wobec tych istot, których zwyczaje i charakter autorka wydaje się dobrze znać ale mimo wszystko czuje wobec nich pewien respekt i niemożność odkrycia wszystkich kocich tajemnic? Niechęć do nadania dzikiej istocie imienia i tym samym do całkowitego "udomowienia" jej, bo jest to po prostu niemożliwe? Ale mniejsza z tym, brak imion nie przeszkadza, a śledzenie zwyczajów i zabaw tej dwójki jest naprawdę wciągające. Ale nie tylko to, bo Lessing patrząc z boku na życie jej małych przyjaciół, pokazuje jakimi inteligentnymi stworzeniami są koty, których zachowania przypominają czasem te ludzkie oraz że każdy kot to osobna indywidualność, prawie tak jak człowiek. I co najdziwniejsze - po lekturze tej cieniutkiej książeczki ja, która do kotów nie pałała zbytnią sympatią nagle gorąco zapragnęłam mieć jednego! :) Cieszę się, że pomimo wcześniejszej urazy do twórczości Doris Lessing przełamałam się i sięgnęłam po jej kocie opowieści. Zdaję sobie jednak sprawę, że jest to książeczka, w której nie ma się co doszukiwać głębszych przesłań (jeżeli w ogóle jakichkolwiek), to takie czytadełko na jeden wieczór nie mające nic wspólnego z tematyką poruszaną przez Lessing w jej głównej twórczości. Z pewnością sięgnę jeszcze po inne powieści noblistki, by przekonać się, czy sposób jej pisania rzeczywiście mi nie odpowiada ("O kotach" czytałam po niemiecku, więc i moje patrzenie na styl było trochę inne niż w przypadku czytania tekstu w języku ojczystym) i czy "Piąte dziecko" było tylko jednorazowym niewypałem. Moja ocena: 4,5/6
czwartek, 15 października 2009
Fabuła nie jest skomplikowana: Liesel Meminger, mała dziewczynka, której rodzice "przepadli" w niewyjaśnionych okolicznościach (nie zostało dokładnie powiedziane co się z nimi stało, ale jako że akcja powieści dzieje się w III Rzeszy a ojciec Liesel był komunistą, to łatwo można się domyślić, co), zostaje adoptowana przez Rosę i Hansa Hubermannów mieszkających w Molching, małej miejscowości nieopodal Dachau. Liesel od samego początku wykazuje wielką miłość do książek, które jest gotowa nawet ukraść, byle by tylko mieć możliwość kontaktu ze słowem pisanym. Kiedy pewnego dnia u Hubermannów pojawia się Żyd, którego rodzina postanawia ukryć w piwnicy, życie Liesel zacznie się nieodwołalnie zmieniać a nasza bohaterka otrzyma nieocenioną lekcję, co się w życiu tak naprawdę liczy. A wszystko to zostanie nam opowiedziane przez Śmierć we własnej osobie. Miałam z tą książką mały problem. Cały czas podczas czytania zadawałam sobie pytanie: dla jakiej grupy wiekowej przeznaczona jest ta powieść? W Polsce została ona wydana przez Naszą Księgarnię - wydawnictwo specjalizujące się w publikowaniu książek dla dzieci i młodzieży a i w internecie znalazłam informacje, że powieść Zusaka mogą czytać młodzi od 12. roku życia. Mimo wszystko trzeba przyznać, że przesłanie powieści jest naprawdę piękne i podczas lektury przypomniała mi się nawet moja ukochana "Madame" Antoniego Libery (trochę podobne przesłanie, choć inne tło historyczne). Czytanie przygotowuje grunt pod moralny rozwój dziecka i uczy je języka, aby mogło nie tylko zrozumieć innych ludzi ale przede wszystkim wyrazić samo siebie. Także historia niezwykłej przyjaźni między Liesel a Żydem Maxem ma ogromne znaczenie, bo pokazuje jak ważny w życiu jednego człowieka jest drugi człowiek. Całą wymowę powieści widać dokładnie w krótkim opowiadaniu, które Max napisał kiedyś dla Liesel a scena pochodu przez miasto, w której Max kieruje się wraz z innymi Żydami pod nadzorem nazistów do obozu w Dachau i Liesel rozpoznawszy go w tłumie, podbiega go niego i odzywa się do niego cytując słowa z napisanego dla niej przez Maxa opowiadania jest najpiękniejszą i najbardziej wzruszającą sceną tej powieści (i tak szczerze mówiąc chyba w literaturze w ogóle). Nawet teraz kiedy sobie ją przypominam i o niej piszę, napływają mi łzy do oczu. Nie wiedziałam jak wysoko mam ocenić tę powieść. Niestety ma dłużyzny a i prosty język nie do końca mi odpowiadał. Owszem czyta się płynnie, tu i ówdzie można napotkać ironiczny ton, który stwarza dystans do opisywanego okrucieństwa wojny ale czegoś mi jednak brakowało. Jednak gdy skończyłam czytać, uświadomiłam sobie, że prosty język to celowy zabieg a długie zdania i kwiecisty styl byłyby w przypadku tej powieści nie na miejscu, bo to właśnie prostota czyni tę historię wzruszającą i zapadającą w pamięć. Moja ocena: 5/6
niedziela, 11 października 2009
Na początku męczyłam się z czytaniem, ciężko było mi zrozumieć o co chodzi - cały czas jakieś nudne i nic nie wnoszące rozmowy paryskiego półświatka, kilkanaście bohaterów, mnóstwo nazwisk... Nie mogłam się w tym połapać. Dopiero kiedy Zola zaczął po kolei opisywać kochanków Nany i jej relacje z nimi zaczęłam ich rozróżniać. Załapałam o co chodzi, kto jest kim i było już z górki. :) Akcja rozpoczyna się w teatrze Varietes, gdzie Nana - młodziutka, niespełna 18-letnia prostytutka - gra główną rolę wcielając się w postać Wenus. Nie ma za grosz talentu aktorskiego ani wokalnego ale zdobywa rozgłos i przede wszystkim serca wielu mężczyzn, bo w finałowej scenie występuje zupełnie nago. Mężczyźni są nią zafascynowani do tego stopnia, że aby być jej kochankami gotowi są dosłownie na wszystko - zrujnowanie majątku, rozbicie rodziny a nawet własną śmierć. Na dalszych kartach powieści Zola kreśli w iście naturalistyczny sposób sylwetkę paryskiej modliszki i jej ofiar, odsłaniając powoli przed czytelnikiem jej symboliczne znaczenie. "Dama kameliowa" podobała mi się o trochę bardziej (choć nie wiem, czy można porównywać ze sobą tak skrajnie różne postaci). Wydaje mi się, że z psychologicznego punktu widzenia można było więcej powiedzieć o jej charakterze a w przypadku Nany miałam problem, bo nie bardzo wiedziałam, z której strony ją ugryźć. Niby jest ona główną bohaterką, ale miałam wrażenie, że Zola więcej pisał o mężczyznach ją pożądających niż o niej samej. Nana była taka... "bezosobowa". Jednak dopiero później zorientowałam się czemu miał służyć brak pogłębionej psychologii postaci. Przecież właśnie o to chodziło w naturaliźmie! Nie zapominajmy, że Zola był jednym z jego najważniejszych teoretyków. Zgodnie z założeniami tego prądu literackiego chciał ukazać w swej powieści życie marginesu społecznego, ludzi zdeterminowanych przez środowisko i prawa natury (czyli wszelkie czynniki biologiczne, seksualne) a półświatek kurtyzan idealnie się do tego nadawał. To przede wszystkim dlatego "Nana" jest powieścią tak odmienną w swym charakterze od "Damy kameliowej". Małgorzata Gautier jest elegancka, czysta (jeśli można się tak wyrazić o kurtyzanie ;-)), delikatna, krucha, obraca się wśród trochę lepszego towarzystwa niż Nana, no a przynajmniej mniej zepsutego a i celem samego Dumasa nie było naturalistyczne przedstawienie upadku moralnego paryskiego półświatka tylko opisanie pewnej historii miłosnej. Zola natomiast to literacki rzemieślnik, który dokładnie analizuje opisywane przez siebie środowisko. Nana jest całkowitym przeciwieństwem delikatnej Małgorzaty Gautier, jest ordynarna, brudna, cielesna aż do przesady i stanowi tym samym uosobienie męskich fantazji, żądz i popędów. Im bardziej gardzi mężczyznami, im bardziej ich odpycha, im bardziej ich upokarza, tym bardziej oni jej pożądają. Jest potworem, który pożera swe ofiary, personifikacją natury i cielesności, bohaterką symboliczną na przykładzie której Zola ukazał wpływ czynników biologicznych i środowiskowych na los człowieka, jego zezwierzęcenie i w końcu moralny upadek. Nana miała być wyrazem politycznych i społecznych poglądów autora; symbolizować niższe warswy społeczne, gdzie brud cielesny i duchowy jest na porządku dziennym. Bardzo dobitnie przedstawia to Zola za pomocą dziennikarza Fauchery'ego, który w jednym ze swych artykułów porównuje Nanę do złotej muchy - pozornie pięknej a przenoszącej zarazę i zniszczenie. Drugie metaforyczne znaczenie Nany czyni ją uosobieniem ówczesnej Francji jako państwa moralego upadku, bez perspektyw na zwycięstwo. Znamienna jest finałowa scena powieści, w której główna bohaterka umiera w hotelu na ospę a pod oknami jej apartamentu tłumy wyległych na ulice paryżan krzyczą: "Na Berlin!", pewni swego zwycięstwa w zbliżającej się wojnie z Prusami (mniemam, że chodzi tu o konflikt francusko-pruski w latach 1870-71). Tymczasem Francja wojnę przegrała, Napoleon III dostał się do niewoli a kiedy w styczniu 1871r. Prusacy zdobyli Paryż, dokonał się we Francji przewrót i proklamowano republikę. II Cesarstwo starciło życie, tak jak i Nana. Mimo początkowych trudności z czytaniem tej powieści jak i występujących tu i ówdzie nudnych dłużyzn, nie żałuję czasu jej poświęconego. Genialną powieścią nie jest ale na pewno poszerzyła moją wiedzę na temat środowiska paryskich kurtyzan w XIXw. (jak i niższych warstw społecznych w Paryżu w ogóle) oraz naturalizmu w literaturze.
czwartek, 08 października 2009
Jejku, jak się cieszę!!!! Literacka nagroda Nobla przypadła w tym roku niemieckiej autorce rumuńskiego pochodzenia - Hercie Müller!!! Jako zagorzałą germanofilkę niezmiernie mnie ta wiadomość cieszy, choć muszę przyznać bez bicia, że jeszcze nie miałam okazji przeczytać żadnej z jej książek. Jakoś nie wierzyłam, że nagrodę otrzyma obstawiany przez bukmacherów Amos Oz (choć nic do niego nie mam) i wierzcie mi albo nie ale dzisiaj od samego rana chodziła mi po głowie myśl, że fajnie by było, gdyby Akademia Szwedzka wyróżniła pisarza niemieckiego pochodzenia a mniej więcej pół godziny przed ogłoszeniem wyników pomyślałam, że nagroda może trafić w ręce kobiety ... Ale żadnych nazwisk nie obstawiałam. :) Oglądałam w internecie na żywo ogłoszenie wyników i trochę się zdenerwowałam kiedy pan, który wyszedł do dziennikarzy zaczął mówić po szwedzku, bo nie zrozumiałam kompletnie nic, nawet nazwiska laureata. Po angielsku zrozumiałam, że nagroda wędruje do Niemca, ale nazwiska nadal nie wyłapałam ;-) Dopiero ogłoszenie po niemiecku przyniosło pełny obraz sytuacji i taaaaką radość!!! Cieszę się jak głupia!!! :)))
Aha, zapomniałam dodać, że ostatnia książka Herty Müller "Atemschaukel" znajduje się na shortliście najważniejszej niemieckiej nagrody literackiej Der Deutsche Buchpreis, której zwycięzca zostanie ogłoszony w najbliższy poniedziałek 12.10. Trzymam kciuki :)
poniedziałek, 05 października 2009
Wczoraj stało się coś dziwnego. Prasowałam ubrania i jednocześnie oglądałam transmisję z rozdania nagród Nike. Kiedy podczas prezentacji sylwetek wszystkich finalistów na ekranie pojawił się Tkaczyszyn-Dycki i zaczął recytować dziwnie hipnotycznym szeptem jeden ze swoich wierszy traktujący o śmierci matki, coś we mnie pękło. Prawa ręka prowadząca żelazko wyraźnie zwolniła a ja zaczęłam tępym wzrokiem wpatrywać się w fioletowy materiał rozłożony na desce do prasowania. Nie wiem, co się stało. Nagle po prostu wszystko stanęło, docierał do mnie tylko głos recytujący słowa o porażającej treści. Kiedy ogłoszono werdykt,zwycięzca wszedł na scenę by odebrać statuetkę; widać było, że był bardzo wzruszony ale i stremowany. Wpatrywałam się w jego lekko pochyloną sylwetkę, jakby uginającą się pod wpływem trudnych doświadczeń życiowych (opisanych właśnie w zwycięzkim tomie wierszy "Piosenka o zależnościach i uzależnieniach"), w jego poczciwą, sympatyczną twarz, patrzyłam z jaką pokorą dziękuje wszystkim dookoła za wyróżnienie i już w tym momencie wiedziałam, że chcę przeczytać wszystko, co napisał. Chcę wiedzieć o tym człowieku wszystko. Takie chwile olśnienia (?) zdarzają się w moim życiu niezwykle rzadko. Nie czytałam żadnej z nominowanych w tym roku książek, ale wrażenie jakie wywarł na mnie ten maleńki prezentowany fragment poezji Tkaczyszyna-Dyckiego jak i sam autor przekonują mnie, że werdykt był słuszny.
piątek, 02 października 2009
Lata powojenne, Anglia. Czterdziestoletni doktor Faraday trafia do podupadłej posiadłości, będącej od paru stuleci własnością Ayresów, zubożałej rodziny ziemiańskiej. Dwór, dawniej piękny i okazały, popada w ruinę. Park i ogrody zarosły chwastami, a wskazówki zegara na stajni znieruchomiały na godzinie za dwadzieścia dziewiąta. Zdziwaczała pani Ayres, jej niezależna córka i ambitny, zagubiony syn, który nigdy nie wrócił do siebie po katastrofie samolotowej, bezskutecznie próbują iść z duchem czasu.
XVII wiek. Młody Wenecjanin, schwytany przez piratów i sprzedany na targu niewolników, trafia pod dach stambulskiego uczonego. Szybko okazuje się, że zdumiewająco podobni fizycznie, pan i niewolnik mają także wspólne pasje i zainteresowania. Na prośbę Hodży, przekonanego o wyższości europejskiego wykształcenia, Wenecjanin opowiada mu o zachodniej sztuce, nauce i technologii. Role mistrza i ucznia nieraz się jednak odwrócą, a wiedza obu zostanie wykorzystana przez sułtana podczas wojny z Polską. Otrzymają zlecenie zbudowania fantastycznej machiny wojennej...
Szanghaj burzliwych lat 40. i 50. minionego wieku. Poszarpany, dziurawy świat. Społeczeństwo wykrwawione wojnami. Upadek tradycji. Rozkład więzi. Oficjalny akt ślubu zawieszony na ścianie to jedynie ozdoba domu Dunfeng i pana Mi. W rzeczywistości Dunfeng nie ma żalu do męża odwiedzającego swoją pierwszą żonę. Małżeństwo, zaaranżowane przez matkę pana Zhenhao, z pewnością nie należy do udanych. Zhenhao swoje schadzki w domu publicznym uznaje nie tyle za zdradę nudnej żony, co za odwet na kochance i dawnej miłości. Państwo Lou to z całą pewnością niedobrana para. On tylko wśród obcych odgrywa rolę troskliwego męża. Ona zaś nie ma nawet zamiaru stwarzać pozorów przykładnego małżeństwa i wciąż poniża pana Lou w towarzystwie. Napięta sytuacja nie najlepiej wróży związkowi ich syna... W swoich opowiadaniach Chang ukazuje przede wszystkim skomplikowaną naturę kobiet – czerwonych i białych róż – zarówno tych wyrachowanych, mściwych, fascynujących, jak i tych cichych, przykładnych, które tylko z pozoru wydają się pogodzone z własnym losem.
Niemy od urodzenia, posługujący się jedynie znakami języka migowego, Edgar Sawtelle wiedzie sielankowe życie z rodzicami na gospodarstwie w stanie Wisconsin. Rodzina Sawtelle już od kilku pokoleń zajmuje się hodowlą i tresurą wyjątkowej rasy psów, której przedstawicielką jest lojalna towarzyszka i opiekunka Edgara, Almondine. Nieoczekiwany powrót Claude'a, stryja Edgara, powoduje, że dotychczas spokojne życie rodziny Sawtelle rozpada się jak domek z kart. Po nagłej śmierci ojca Edgara, Claude stara się zająć jego miejsce w rodzinie, a w czternastoletnim chłopcu zaczynają rodzić się straszliwe podejrzenia. Misterny plan ujawnienia przyczyn śmierci ojca nie udaje się i Edgar wraz z trzema psami zmuszony jest uciekać w dzikie obszary dalekiej północy stanu Wisconsin, gdzie zaczyna swą walkę o przetrwanie.
Szesnaście miesięcy po śmierci Marleny Dietrich do Berlina trafia 25 ton rzeczy będących wcześniej jej własnością. Są wśród nich szmaty do podłogi, rolki papieru toaletowego i niedopałki, a także egzotyczne ptasie pióra szmuglowane przez granice, bo zakazane ze względów ekologicznych… Jest też notes. Czerwony, niewielki, siedem i pół na jedenaście i pół centymetra. Na ostatniej stronie pod napisem „Pologne, Poland” kilka polskich nazwisk. Wśród nich: Zbigniew Cybulski.
Henry Chester szuka modelki doskonałej. Znajduje ją w osobie młodziutkiej Effie i postanawia poślubić. Osiem lat później Effie – kobieta o urodzie dziecka oraz statecznym, zrównoważonym sposobie bycia – wydaje się żoną idealną. Pozory mylą. W jej duszy budzą się tajemne moce. Uwikłana w romans z bogatym lekkoduchem Effie poznaje nowy, nieznany świat, gdzie rządzą szantaż, intryga oraz… rajfurka, która przed dziesięciu laty straciła jedyną córkę. Dziewczynka padła ofiarą morderstwa w dzień cotygodniowej wizyty Henry’ego Chestera. Czy przyjaźń między dwiema kobietami ujawni groźną tajemnicę Henry’ego? Czy przeszłość odciśnie swoje piętno na przyszłości? Czy dokona się zemsta?
Dwudziestoczteroletnia Rachel Vinrace wybiera się w morską podróż do Ameryki Południowej. W trakcie rejsu edukacją młodej kobiety zajmuje się jej ciotka, Helen (matka Rachel nie żyje), która pragnie nauczyć ją „jak żyć”. Gdy docierają do Santa Marina, miasteczka na wybrzeżu kontynentu, Rachel i Helen poznają grupę angielskich emigrantów. Wśród nich jest młody, wrażliwy Terence Hewet, początkujący pisarz, w którym Rachel się zakochuje. Ich miłość jednak nie jest możliwa...
poniedziałek, 28 września 2009
Już jakiś czas temu Dededan zaprosiła mnie do poniższej zabawy, więc (z mocnym opóźnieniem) odpowiadam na pytania: Co by było... 1. Gdyby ceny baryłek ropy i wody pitnej były identyczne? To zależy. Gdyby ropa była tania jak woda doszłoby z pewnością do katastrofy ekologicznej, bo kierowcy bez opamiętania kupowaliby benzynę do swoich aut i zanieczyszczli spalinami środowisko. Gorzej jeśli cena wody miałaby podskoczyć do ceny baryłki ropy, bo wtedy mogłoby się okazać, że nie każdego stać na wodę. Wtedy pewnie jakieś grube szychy i tajne organizacje przejęłyby kontrolę nad udostępnianiem wody pitnej i wykorzystywały ludzi w biednych zakątkach świata do niewolniczej pracy za wodę (przypomniał mi się pewien wątek z "Quantum Of Solace" ;)) 2. Gdyby zwierzęta były inteligentniejsze od ludzi? Niektóre podobno są, np. takie delfiny. Pewnie przejęłyby naszą rolę a my bylibyśmy ich "zwierzątkami". Jest nawet taka książka "I Bóg stworzył delfina czyli potrawka z człowieków", która (chyba - bo nie czytałam) porusza ten problem. 3. Gdyby ludzie nie potrzebowali snu? Zaharowaliby się na śmierć? Myślę, że pojawiłyby się problemy ze zdrowiem, bo organizm ludzki jest tak skonstruowany, by poprzez sen regenerować siły a nie bardzo wiem, jak inaczej bysmy odpoczywali. To znaczy wyobrazić sobie to mogę ale watpię czy każdy korzystałby odpowiednio z tego odpoczynku (np. pięciogodzinnego, bezczynnego leżenia). Większość i tak uznałaby, że w życiu jest za mało czasu na bezczynne siedzenie i przepracowałaby się. 4. Gdyby ludzie nosili swoje domy na plecach, niczym żółwie? Nie wiem, jak inni ale ja nareszcie miałabym wszystko pod ręką ;) Choć przy mojej skoliozie i dużej wadzie wzroku (przez którą zabroniono mi dźwigać) mogłoby się to źle skończyć ;) 5. Gdyby ludzie musieli spędzać co trzeci rok poza krajem swojego urodzenia? Pomijając problemy uczniów i studentów wynikające z odmiennych programów nauczania w różnych państwach, myślę że ludzie nauczyliby się tolerancji dla obcych kultur, wierzeń, zwyczajów. Fajnie byłoby też mieć przyjaciół i znajomych we wszystkich zakątkach świata. :) Nie będę typować kolejnych osób, aby wzięly udział w zabawie, zresztą już chyba wszyscy na te pytania odpowiedzieli. A kto tego nie zrobił a ma ochotę, to proszę bardzo :)
środa, 23 września 2009
Uwielbiam jesień. Długie spacery w ostatnie ciepłe dni, feerię barw jaką możemy obserwować na drzewach, szelest suchych liści pod podeszwami. Wczesne wieczory, deszcz za oknem, ciepło domu, cichy kącik do czytania z obowiązkowym kocykiem i kubkiem aromatycznej herbaty. A będzie co czytać, bo jesienne zapowiedzi wydawnicze przedstawiają się wyjątkowo interesująco a i stosy, w jakie zaopatrzyłam się ostatnio, kuszą nieziemsko ciekawymi tytułami. Pierwszy z nich przedstawiam poniżej :)
Większość nabyłam na wyprzedaży w Muzie (i nawet problemy z kurierem nie były w stanie przyćmić radości z jaką otwierałam paczkę :)) "Tańcz, tańcz, tańcz" Murakamiego czytałam w zeszłym roku i urzekła mnie oniryczna atmosfera tej powieści oraz to w jaki sposób autor opisuje samotność, a że w innych powieściach tego pisarza również można odnaleźć ten klimat, bez wahania wzięłam inne tytuły i ... chyba będę zbierać wszystkie do kolekcji :) "Cztery życia wierzby" Shan Sa, "Peonia" Pearl S. Buck i "Bracia" Da Chen'a są kontynuacją mojego zainteresowania literaturą azjatycką. Druga pozycja będzie wspaniale nadawać się do Projektu Nobliści a o trzeciej czytałam wyłącznie bardzo pochlebne, pełne zachwytu recenzje, więc moja ciekawość sięgnęła zenitu. I nareszcie mam "Cień wiatru", tak wychwalany na blogach :) Intuicyjnie czuję, że swoim klimatem powieść idealnie wpisze się w chłodne jesienne wieczory. O "Eve Green" słyszałam wiele dobrego jeszcze zanim powieść ukazała się u nas a i polscy czytelnicy (a raczej czytelniczki) wpadają w zachwyt po jej przeczytaniu, co widać na literackich blogach, więc tym bardziej się cieszę, że wreszcie ją mam! "Paulę" Isabel Allende już czytałam, ale że wielbię tę autorkę całym sercem, nie mogłam przegapić kupna jednej z jej książek do kolekcji po atrakcyjnej cenie. "Homo Faber" to wynik mojego zainteresowania literaturą niemieckojęzyczną a "Szklany zamek" Jeanette Walls bardzo chciałam przeczytać od kiedy parę lat temu usłyszałam pierwsze zdanie z tej powieści w niemieckim programie o książkach "Lesen!" (z którego dowiedziałam się również o "Eve Green"). A powieść "Mimo wszystko" Moniki Sawickiej jest dowodem na to, że czasami książki przychodzą do nas w najbardziej niespodziewanym miejscu. Dostałam ją ... w pracy. Po kolejnej przeprowadzce (druga w ciągu 3 tygodni! Mam nadzieję, że mojego szefa przestanie wreszcie swędzić d.... i będzie to ostateczne miejsce, w którym będzie nasze biuro) nasza pani księgowa znalazła ją podczas rozpakowywania pudeł wśród różnych katalogów technicznych. A że nikt nie chciał się przyznać, kto jest jej właścicielem, książkę przygarnęłam ja :) Drugi stosik, już mniej imponujący, przedstawia moje łupy podczas poniedziałkowej wizyty w bibliotece.
"Targowisko próżności" męczę od ... kwietnia :((( Nie należę do osób, które porzucają książkę nie przeczytawszy jej do końca. Trochę mnie to czasem denerwuje, bo chętnie rzuciłabym w kąt to nudne, opasłe tomisko ale wiem, że potem będzie mnie to męczyć. Więc czytam dalej. W autobusie. "Zapisane na ciele" Jeanette Winterson czytałam w 2008 roku i uznałam ją za jedną z trzech najlepszych powieści z jakimi zetknęłam się w ubiegłym roku. Wypożyczyłam po raz drugi bo chcę ją zrecenzować na blogu (a więc muszę sobie odświeżyć treść i emocje towarzyszące lekturze) oraz zachęcić Was do sęgnięcia po prozę Winterson, bo naprawdę warto! Niestety na blogach jakoś o niej cicho. "Doktora Faustusa" zaczęłam zimą i przerwałam. Nie dlatego, że nudna. Ja wielbię Tomasza Manna ale należy on do pisarzy, których mogę czytać tylko w okresie jesienno-zimowym, więc musiał poczekać aż znowu wpadnę w odpowiedni nastrój ;-) "Dlaczego kochamy kobiety" wzięłam po przeczytaniu recenzji Chihiro. Nigdy nie miałam do czynienia z tym autorem i podejrzewam, że jeszcze długo omijałabym go wzrokiem na bibliotecznych półkach, gdyż Rumunia nigdy nie należała do kręgu moich literackich zainteresowań. Ale skoro ktoś uważa jego "Nostalgię" za dzieło wybitne, to chyba warto się zainteresować .... :) "Miasto Śniących Książek" - raz, bo to literatura niemiecka, dwa, bo podobno świetne, a trzy, bo autorem jest ten sam pan od małego Arschlocha Wernera (ktoś kojarzy ten komiks? ;-) na dodatek baardzo młody wiekiem. A na koniec przeurocza fotka mojego kolegi Tygrysa, z którym byłam dziś na zakupach i napotkaliśmy taką oto zwierzynę, która po pogłaskaniu kiwała głową i merdała ogonem ;-))
Po kontakcie z naturą ;-) zostałam zaproszona na pyszną gorącą czekoladę i rogalika z równie smacznym nadzieniem. Czekolada była gęsta i naprawdę przepyszna - miałam wrażenie, że piję rozpuszczoną prawdziwą czekoladę! Jak stygła, to nieznacznie gęstniała i przyjemnie rozpływała się w ustach wprowadzając mnie w nieopisany błogostan. I tylko ze względu na savoir vivre siłą woli powstrzymałam się od wylizania filiżanki ;-) Rozwodniony płyn pseudoczekoladowy, który robimy sobie w domu zalewając ciemny proszek wrzątkiem może się schować!Tak mnie ta czekolada odurzyła, że opuszczając centrum handlowe zapomniałam zajrzeć do Expansa i rozeznać się czy mieli nową dostawę książek :)) To był bardzo udany pierwszy dzień jesieni. Sezon na czytanie książek z kocykiem, termoforkiem i herbatką pod ręką uważam za otwarty!!!
wtorek, 22 września 2009
No i mam z tą książką problem, bo to ani kryminał ani przyjemny czasoumilacz. To znaczy nie chcę powiedzieć, że jest to jedna z tych powieści, których przeczytanie to droga przez męki, bo czyta się ją szybko i sprawnie, ale jest ... hm ... jakby to ująć ... nudna? Ale od początku. Bohaterką powieści (a raczej powiastki) jest komisarz Anna Hwierut - samotna matka wychowująca dorastającego syna, warszawska policjantka usiłująca rozwikłać zagadkowe morderstwa i zniknięcia nastolatków. Akcja powieści jest mocno osadzona we współczesnych polskich realiach, pani komisarz słucha Kasi Nosowskiej, jeździ fiatem uno, w dyskotekach słychać dźwięki disco polo, w telewizji lecą "Kryminalni", w internecie jest szał na naszą-klasę, komisariat policji przypomina odrapaną budę ze starym linoleum na podłodze a zeznania spisywane są na maszynie do pisania. Mnie się ta ewidentnie szara, bezbarwna rzeczywistość nie podobała. Może za bardzo przyzwyczajona jestem do nowoczesnych "narzędzi pracy" policji z tzw. "wielkiego świata"? ;-) Akcja nie obfituje w szalone zwroty akcji, ba nawet nie trzyma w napięciu. Jest za to trochę chaotyczna, jak gdyby autorka sama nie wiedziała ani na czym ma się skupić ani jak sprawnie poprowadzić śledztwo. Zaczyna się od wizyty Anny Hwierut w celi schwytanego niedawno zabójcy własnej żony, który upozorował wypadek aby zgarnąć ubezpieczenie po zmarłej i któremu nasza pani komisarz wyraźnie się podoba (marne nawiązanie do "Milczenia owiec"). Kiedy już poznamy motywy tego zabójstwa (a następuje to baaaardzo szybko), pojawia się ni stąd ni zowąd nowa sprawa (chłopak, który uciekł z domu plus znalezione na brzegu jeziora zwłoki mężczyzny) a kiedy pani Hwierut upora się z nią w ciągu kilku krótkich rozdziałów (w których pojawia się poboczny problem - prostytucja), powraca na nowo odświeżony wątek zabójcy swej żony, który właśnie uciekł z więzienia. A żeby nie było za nudno dodać do tego należy problemy osobiste pani komisarz (łącznie z seksualną frustracją kobiety samotnej) oraz wspomnienia z czasów młodości tudzież początków pracy w policji. Problem w tym, że JEST nudno. Nie ma tutaj jednej skomplikowanej sprawy, której rozwiązanie zajęłoby pół powieści; jest multum małych spraw i spraweczek, których rozwiązanie autorka podaje nam po kilku krócitkich rozdziałach na tacy. Ciekawość jak się to wszystko skończy niby jest, ale w żadnym razie nie może się ona równać z tą gorączkową chęcią poznania prawdy teraz i natychmiast, która każe zarwać noc i czytać do momentu, dopóki nie dowiemy się kto zabił. Tutaj czegoś takiego nie ma. Jest tylko szara polska rzeczywistość i parę nieszczęśliwych i sfrustrowanych ludzi z mocno skopaną psychiką. Brak tu emocji, napięcia, ciekawości. Jeżeli ktoś szuka dobrego kryminału, to odradzam. Chyba, że ktoś chce poczytać o pracy polskiej policji. Moja ocena: 2/6 |
Zakładki:
Biorę udział
Ciekawe strony
Gdzie zaglądam
Kontakt
|