niedziela, 10 sierpnia 2014

Rozmowa to podstawa każdego związku. Brak umiejętności skutecznej komunikacji może prowadzić do narastających nieporozumień, wzajemnych pretensji i żalu a w końcu do rozstania. Myślę, że każdy kto był kiedyś w dłuższym związku w pewnym momencie zdaje sobie sprawę, że szczera i głęboka rozmowa z partnerem jest nieodzowna, jeśli związek ma nadal dobrze funkcjonować. Kiedy mija pierwsza faza zakochania, spadają nam z nosa różowe okulary i zaczyna powoli docierać do nas, że ten wyidealizowany przez nas partner jest tylko człowiekiem, który ma swoje wady, lęki i uprzedzenia okazuje się, że rozmowa to jedyny sposób na wyjaśnienie wszelkich niedomówień. Dlaczego więc w czasach niebywałych technologii usprawniających przepływ informacji tak wiele par boi się rozmawiać? Dlaczego tak wiele osób nie robi nic, by poprawić swoje relacje z partnerem i szkodzi samemu sobie tkwiąc w błędnym kole pretensji i żalu?

William Weil jest profesjonalnym doradcą w dziedzinie związków. Kiedy po 11 latach rozpadło się jego pierwsze małżeństwo a po jakimś czasie poznał swoją kolejna partnerkę życiową JoAnn, z którą też czasami nie mógł znaleźć porozumienia, postanowił zrobić wszystko, by utrzymać tę miłość. Zmienił przede wszystkim sposób komunikacji z partnerką wykorzystując do tego znane metody z psychologii interpersonalnej a także filozofię zawartą w książce „Nowa Ziemia” Eckharta Tolle. Dziś Weil doradza tysiącom par na całym świecie, nie tylko poprzez książki, artykuły czy seminaria ale także przez stworzoną przez siebie interaktywną stronę internetową http://www.lovepong.com/, która wspiera pary w umiejętności skutecznej komunikacji. „Związki Nowej Ziemi” to książka oparta na wspomnianej wyżej pozycji Eckharta Tolle, mająca na celu uświadomienie ludziom przebywającym w związkach jak ważna jest skuteczna komunikacja oraz dostarczenie im odpowiednich narzędzi do stworzenia bezpiecznej i pełnej zaufania przestrzeni dla siebie nawzajem. Weil z doświadczenia wie, jak dużo pracy trzeba włożyć w podtrzymywanie związku i chętnie dzieli się tą wiedzą z innymi, zachęcając do otworzenia się przed partnerem i wykorzystania całego potencjału tkwiącego w dwojgu ludzi.

„Związki Nowej Ziemi” podzielone są na dwie części. W pierwszej autor opisuje pokrótce historię związków na tle ciągle rozwijającego się świata, zwraca uwagę na zagrożenia związane z pojawieniem się nowych ideologii czy trendów myślowych. Jednak skupia się także na uświadomieniu czytelnikowi, czym jest odpowiedzialność w związku dwojga ludzi i jak ważna jest umiejętność nieustannego i przede wszystkim świadomego ‘kreowania’ miłości do siebie nawzajem. Jednak najważniejsza w przesłaniu Weila zdaje się być samoświadomość – jak zachowujemy się sytuacji, kiedy dochodzi do konfrontacji? Czy naprawdę słuchamy tego, co ma do powiedzenia druga osoba, czy puszczamy wszystko mimo uszu czekając tylko na swoją kolej? Czy zależy nam na prawdziwej dyskusji, wymianie opinii, która doprowadzi do rozwiązania konfliktu czy raczej chcemy za wszelką cenę udowodnić, że to my mamy rację? Według Weila bycie w związku umożliwia wzrastanie jako indywidualności i pozwala równocześnie wspierać wzrost partnera. Każdy człowiek ma w sobie ‘dziurę w sercu’ – traumy z przeszłości, rany, które otwierają się na nowo aktywowane przez bieżącą sytuację czy zachowanie. Wtedy nieodzowna jest umiejętność stworzenia bezpiecznej i intymnej przestrzeni do przeprowadzenia dojrzałej, odpowiedzialnej rozmowy, która pozwoli naszemu związkowi wznieść się na wyższy poziom.

Druga część książki to praktyczne zalecenia odnośnie budowy związków nowego rodzaju. Na samym początku Weil przedstawia narzędzia efektywnej i odpowiedzialnej komunikacji czyli metody pomagające nam w skutecznym słuchaniu partnera a także w odpowiednim wyrażaniu naszych potrzeb. Te narzędzia to:

- wyrażanie krytyki

- komunikaty ‘ja’

- uważny dialog

- odpowiedzialność za własną złość

- uznanie/docenianie

- wdzięczność

- powstrzymywanie i wycofywanie

- odpowiedzialne narzekanie

- proszenie

- obietnice

- deklaracje

- odpowiedzialność

Każdemu z tych aspektów autor poświęca dłuższą chwilę. Przedstawia sytuację konfliktową (często z życia wziętą) oraz przykłady wykorzystania powyższych narzędzi w celu stworzenia odpowiedzialnego i skutecznego dialogu, w którym potrzeby obu stron zostaną zaspokojone. Na samym końcu mamy podsumowanie wszystkich aspektów poruszanych w książce oraz zestaw ćwiczeń wykorzystujących umiejętności nabyte dzięki przeczytaniu „Związków Nowej Ziemi”.

Dla mnie książka Weila była nieco zbyt ‘amerykańska’. Podczas czytania ewidentnie rzuca się w oczy, że autor jest Amerykaninem i że pisał głównie pod amerykańskiego czytelnika. Śmieszyły mnie niektóre dialogi przedstawione w poradniku, były dla mnie tak sztuczne i tak niedorzeczne, jak gdyby były pisane pod ‘komunikacyjnych debili’. Podejrzewam jednak, że taka a nie inna forma przedstawienia dialogu pomiędzy partnerami miała służyć raczej dokładnemu zobrazowaniu każdego z etapów rozmowy, tak aby ich sens trafił do każdego czytelnika. Poza tym uważam, że Weil opisuje oczywistości, udziela porad już mi znanych i od dawna przeze mnie praktykowanych. Nie stanowi to jednak wady tego poradnika, wręcz przeciwnie. Podczas lektury wielokrotnie byłam z siebie dumna mogąc stwierdzić: ‘to prawda, ja tak robię i rzeczywiście to działa”.

Pomimo tych drobnych ‘ale’ poradnik Williama Weila może stanowić doskonały wstęp do pracy nie tylko nad związkiem ale i nad samym sobą. Jest dobrym kierunkowskazem, gdyż ukierunkowuje nas na konkretne zachowania, zwraca uwagę na rzeczy często przez nas niezauważane i pomijane. Nawet jeśli przykłady podane w książce wywołują czasem pobłażliwy uśmiech na twarzy, to pozwalają zrozumieć, w czym tkwi problem w naszej relacji z partnerem a wtedy można wykorzystać wskazówki autora do naprawy sytuacji niepożądanej lub też potraktować je jako inspirację do poszukiwań własnych metod działania.

Wydawnictwo Biały Wiatr to moje wielkie tegoroczne odkrycie. Oferta bardzo do mnie przemawia i nie odpuszczę sobie przeczytania większości wydanych przez nich książek. Obok łóżka leży już kolejna pozycja z ich ‘stajni’, po przeczytaniu której na pewno podzielę się z Wami moimi wrażeniami.

„Związki Nowej Ziemi” Williama Weila może nie wywołały rewolucji w moim postrzeganiu siebie w związku ani w moim sposobie komunikacji ale na pewno upewniły mnie, że obrana przeze mnie ścieżka porozumienia jest tą właściwą. Zresztą mogę się nazwać ogromną szczęściarą, bo jestem w związku z człowiekiem, który zdaje sobie sprawę z siły tkwiącej w skutecznej komunikacji i nie unika szczerych i odpowiedzialnych rozmów. Może właśnie dzięki temu tak dobrze się rozumiemy a nasza relacja jest na prawdziwie głębokim i intymnym poziomie, pomimo iż każde z nas weszło w ten związek z „dziurą w sercu” i bagażem trudnych doświadczeń.

Książkę Williama Weila polecam wszystkim, którzy chcą wziąć odpowiedzialność za swój związek i nie boją się trudnych rozmów. Jestem pewna, że wskazówki podane w „Związkach Nowej Ziemi” nie tylko uświadomią czytelnikom, jak wiele problemów bierze się z niewłaściwej komunikacji pomiędzy partnerami ale i będą cennym drogowskazem na wyboistej drodze do skutecznego porozumiewania się a tym samym do ulepszania samego siebie i swoich relacji z ludźmi, których kochamy.

Moja ocena: 4/6



niedziela, 03 sierpnia 2014

Astrologia pociągała mnie od zawsze. Kiedy byłam nastolatką bardzo interesowałam się wszystkim, co magiczne i tajemne – także wszelkiego rodzaju wróżbiarstwem (potrafiłam nawet wróżyć z kart klasycznych). Horoskopy urodzeniowe to była wiedza, którą miałam opanowaną w naprawdę imponującym stopniu. Miałam nawet odpowiednie tabele z podanymi pozycjami wszystkich planet w danym roku i potrafiłam określić na podstawie dokładnej daty urodzenia (wraz z godziną) w którym ‘domu’ znajdowała się dana planeta w momencie urodzenia człowieka i w jaki sposób wpływała na charakter tej osoby.

Te zainteresowania zostały mi do dzisiaj. Czytanie o cechach charakteryzujących dany znak zodiaku a potem doszukiwanie się ich wśród osób z mojego otoczenia sprawia mi dużą frajdę.

Nie powinno więc dziwić, że bardzo ucieszyłam się kiedy jakiś czas temu do magazynu Zwierciadło dołączona została książka Joanny Martine Woolfolk „Seks i astrologia”. Do tego rodzaju pozycji nie należy podchodzić śmiertelnie poważnie i traktować informacji tam zawartych bardzo dosłownie. Są to ogólne opisy, zbiór danych typowych dla konkretnego znaku – tendencje i skłonności. Nie znajdziemy tu indywidualnych cech czy upodobań, bo jak pisze sama autorka w przedmowie: „skłonności osobiste są także wynikiem środowiska i wykształcenia, pochodną nakazów moralnych i otrzymanego wychowania. Nie uważałam zatem za konieczne podkreślani tego na każdej stronie mojej książki. Czytelnik będzie wystarczająco inteligentny, aby samemu zdać sobie z tego sprawę.”1

„Seks i astrologia” zawiera charakterystykę zodiakalną każdego znaku (w podziale na kobietę i mężczyznę), opis umiejętności partnerskich, sposobu uwodzenia ale koncentruje się przede wszystkim na pokazaniu, jak dany znak podchodzi do seksu, jak go postrzega i przeżywa. Na koniec każdej charakterystyki mamy krótki opis jaki rodzaj związku może stworzyć dany znak w połączeniu z innym.

Byłam niezwykle zaskoczona, gdy okazało się, że horoskopy miłosno-erotyczne przedstawione w tej książce są mi od dawna znane. Kilka lat temu buszując po internecie wpadłam przypadkiem na niemiecką stronę http://natune.net/sternzeichen, zawierającą dokładnie to, co w książce pani Woolfolk. Była to moja ulubiona, najbardziej szczegółowa i co najważniejsze – w mojej opinii najbardziej wiarygodna strona dotycząca horoskopów partnerskich. Cieszę się więc, że mam teraz wszystko pod ręką w postaci papierowej. Z moich osobistych doświadczeń wynika, że informacje zawarte w charakterystykach zodiakalnych Joanny Woolfolk są bardzo bliskie prawdy, wiele informacji się sprawdza.

Jeżeli interesujecie się astrologią albo po prostu macie ochotę poczytać sobie w ramach zabawy o sobie czy swoim partnerze, to polecam szczerze „Seks i astrologię” Joanny Martine Woolfolk. A osobom znającym język niemiecki zajrzenie na stronę  http://natune.net/sternzeichen. 

 

Moja ocena: 5/6

1 Joanna Martine Woolfolk, Seks i astrologia. Horoskop partnerski, który odmieni twoje życie miłosne, wyd. Zwierciadło, Warszawa 2014, str. 9


sobota, 12 lipca 2014

Piękny, krystalicznie czysty głos, hipnotyzujący do tego stopnia, że od wczoraj nie jestem w stanie uwolnić się od jego brzmienia.

Pierwszą usłyszaną piosenką tej amerykańskiej wokalistki był cover "Dream On" Aerosmith i to właśnie ją Wam zaprezentuję.

Słuchanie tej piosenki z dobrych głośników, dających wrażenie przestrzennego dźwięku powoduje ścisk w żołądku, szybsze bicie serca i utrudniony oddech - szczególnie podczas refrenu.

Obezwładniające brzmienie, piękny tekst, klimatyczny teledysk. Posłuchajcie sami.

A za odkrycie dziękuję z całego serca Andrzejowi <3

 

Tagi: muzyka
19:27, weisse_taube , muzyka
Link Dodaj komentarz »
niedziela, 06 lipca 2014
Chcę pisać o tobie 
twoim imieniem wesprzeć skrzywiony płot
zmarzłą czereśnię
o twoich ustach
składać strofy wygięte
o twoich rzęsach kłamać że ciemne
chcę
wplątać palce w twoje włosy
znaleźć wgłębienie w szyi
gdzie stłumionym szeptem
serce zaprzecza ustom
chcę
twoje imię z gwiazdami zmieszać
z krwią
być w tobie
nie być z tobą
zniknąć
jak kropla deszczu którą wchłonęła noc
piątek, 27 czerwca 2014

Jeśli chcesz zmienić świat… pokochaj kobietę – naprawdę ją pokochaj.
Znajdź tę, która wzywa twoją duszę, choć wydaje się to bez sensu.
Odrzuć kontrolę i przyłóż ucho do jej serca i słuchaj.
Usłysz imiona, modlitwy, pieśni – każdej żyjącej rzeczy,
każdej skrzydlatej istoty, pokrytej futrem i łuskami,
każdej spod ziemi, spod wody, każdej zielonej i kwitnącej,
każdej jeszcze nie urodzonej i umierającej…
Usłysz, jak smutnie wysławiają Jednego, który dał im życie.
Jeśli jeszcze nie usłyszałeś własnego imienia, nie słuchałeś dość długo.
Jeśli twoje oczy nie napełniły się łzami, jeśli nie pochylasz się do jej stóp, to jeszcze nie odczułeś smutku, że prawie ją straciłeś.

Jeśli chcesz zmienić świat... pokochaj kobietę – jedną
ponad siebie, ponad pragnienie i rozsądek,
ponad swoje męskie preferencje młodości, piękna i rozmaitości
i ponad wszystkie swoje płytkie pomysły na temat wolności.
Dajemy sobie tak wiele wyborów,
że zapominamy, iż prawdziwe wyzwolenie
przychodzi, gdy stajemy w środku ognia duszy
i wypalamy nasz opór przed miłością.
Jest tylko jedna Bogini.
Spójrz w jej oczy i zobacz – naprawdę zobacz,
czy czujesz się, jak walnięty obuchem.
Jeśli nie, odejdź. W tym momencie.
Nie marnuj czasu na „próbowanie”.
Wiedz, że twoja decyzja nie ma nic wspólnego z nią,
ponieważ ostatecznie, nie jest ważne komu się poddasz,
ale kiedy zdecydujesz, by to zrobić.

Jeśli chcesz zmienić świat… kochaj kobietę.
Pokochaj ją na całe życie – ponad swój lęk przed śmiercią,
ponad swój lęk przed byciem manipulowanym
przez Matkę wewnątrz swojej głowy.
Nie mów jej, że gotów jesteś umrzeć dla niej.
Powiedz jej, że gotów jesteś ŻYĆ z nią,
sadzić z nią drzewa i patrzeć jak rosną.
Bądź jej bohaterem, mówiąc jak piękna jest w majestacie swojej bezbronności,
pomagając jej, by każdego dnia pamiętała, że JEST Boginią
przez adorowanie jej i przez poświęcenie dla niej.

Jeśli chcesz zmienić świat… pokochaj kobietę
z jej wszystkimi obliczami, przez wszystkie jej okresy życia,
a ona uzdrowi cię ze schizofrenii - podwójnych skłonności i połowicznej szczerości, które utrzymują twego Ducha i ciało w oddzieleniu – które utrzymują cię w samotności
i sprawiają, że zawsze poszukujesz na zewnątrz Siebie
czegoś, co sprawi, że twoje życie warte będzie, by je przeżywać.
Zawsze będzie inna kobieta.
Wkrótce ta lśniąca nowa stanie się stara i nudna,
a ty znowu będziesz coraz bardziej zniecierpliwiony,
wymieniając kobiety, jak samochody,
wymieniając Boginię na ostatni obiekt twego pożądania.
Mężczyzna nie potrzebuje już żadnych więcej wyborów.
To czego potrzebuje, to Kobieta, to Droga Kobiecości,
cierpliwości i współczucia, nie-poszukiwania, nie-działania,
oddychania w jednym miejscu i zapuszczenia splatających się korzeni
dostatecznie silnych, by utrzymały ziemię w całości,
podczas gdy ona będzie zrzucać cement i stal ze swojej skóry.

Jeśli chcesz zmienić świat… pokochaj kobietę, po prostu jedną kobietę.
Kochaj ją i ochraniaj, tak jakby była ostatnim świętym naczyniem.
Kochaj ją ponad jej lęk przed porzuceniem, który trzyma w sobie dla całej ludzkości.
Nie, ta rana nie jest jej, aby miała uzdrowić ją sama.
Nie, ona nie jest słaba w swojej współzależności.

Jeśli chcesz zmienić świat… kochaj kobietę
na wszelkie sposoby, aż ci uwierzy,
aż jej odruchy, wizje, głos, zręczność, pasja,
jej dzikość powrócą do niej –
aż nie stanie się siłą miłości potężniejszą,
niż wszystkie demony politycznych mediów,
które tylko szukają sposobu,
by obniżyć jej wartość i ją zniszczyć.

Jeśli chcesz zmienić świat…
Odłóż swoje racje, swoje armaty i znaki sprzeciwu.
Odłóż wewnętrzną wojnę, swój słuszny gniew
i kochaj kobietę…
ponad wszelkie swoje łaknienie wielkości,
ponad swoje uparte poszukiwanie oświecenia.
Święty Grall stanie przed tobą,
jeśli tylko weźmiesz ją w ramiona
i przestaniesz poszukiwać czegoś poza tą intymnością.

A co, jeśli pokój, to marzenie,
może być jedynie przypomniane poprzez serce kobiety?
A co, jeśli miłość mężczyzny do kobiety, do Drogi Kobiecości
jest kluczem otwierającym Jej serce?

Jeśli chcesz zmienić świat… pokochaj kobietę
do głębi swojego cienia,
do najwyższych szczytów swej Istoty
aż do Ogrodu, gdzie po raz pierwszy ją spotkałeś,
do furtki do królestwa tęczy, przez którą przejdziecie razem jako Światło, jako Jedno,
do miejsca bez powrotu,
do krańców i początków nowej Ziemi.

Jeśli chcesz zmienić świat… pokochaj mężczyznę – naprawdę go pokochaj.
Wybierz tego, którego dusza przyciąga twoją jasno i wyraźnie,
który cię widzi, który jest dość odważny, by się bać.
Przyjmij jego dłoń i prowadź go łagodnie do krwi swojego serca,
gdzie poczuć może ciepło, które mu dajesz i odpocząć tam,
i spalić swój ciężki ładunek w twoich ogniach.
Spójrz w jego oczy, zajrzyj głęboko i zobacz co leży tam uśpione
lub przebudzone, lub nieśmiałe, lub oczekujące.
Spójrz w jego oczy i zobacz tam jego ojców i dziadków
i wszystkie wojny i szaleństwa,
w których ich duchy walczyły w jakimś dalekim kraju, w jakimś odległym czasie.
Spójrz na ich ból i zmagania, udręki i winę; bez osądzania,
i pozwól temu wszystkiemu odejść.
Wczuj się w ten ciężar przodków
i wiedz, że to czego szuka, to bezpieczne schronienie w tobie.
Pozwól mu roztopić się w twoim pewnym spojrzeniu
i wiedz, że nie musisz odbijać tego szaleństwa,
ponieważ masz łono, słodką, głęboką bramę, aby zmyć i zaleczyć stare rany.

Jeśli chcesz zmienić świat… pokochaj mężczyznę, naprawdę go pokochaj.
Siądź przed nim w pełnym majestacie swojej kobiety z oddechem bezbronności,
w zabawie niewinności swego dziecka, pozwalając jego męskiej mocy
pokazać się przed tobą… i płyńcie w łonie Ziemi, w cichym wiedzeniu, razem.
A kiedy on się odsunie... ponieważ będzie uciekać bojąc się tej jaskini…
Zbierz wokół siebie babcie… owiń się ich mądrościami,
słuchaj, jak łagodnie szepczą,
uspakajają twoje przestraszone dziewczęce serce,
namawiając cię, byś była spokojna…
I czekaj cierpliwie na jego powrót.
Usiądź przy jego drzwiach i śpiewaj, pieśń o pamiętaniu,
że może jeszcze raz go ukoisz.

Jeśli chcesz zmienić świat… pokochaj mężczyznę, naprawdę go pokochaj.
Nie nakłaniaj jego małego chłopca,
podstępem i fortelem, uwodzeniem i naciąganiem,
tylko, by go zwabić… w sieć zniszczenia,
do miejsca chaosu i nienawiści
straszniejszego niż jakakolwiek wojna prowadzona przez jego braci.
To nie jest kobiecość, to jest zemsta
To jest trucizna pokręconych dróg
wiekowych nadużyć, gwałt naszego świata,
A to nie daje kobiecie mocy, zmniejsza moc, gdy odcina się ona od jego jąder,
i to zabija nas wszystkich.
I niezależnie od tego, czy jego matka opiekowała się nim, czy nie mogła,
pokaż mu prawdziwą matkę teraz.
Obejmij go i prowadź z wdziękiem i swoją głębią
tlącymi się w centrum jądra Ziemi.
Nie karz go za jego rany, gdy myślisz, że nie zaspakaja twoich potrzeb lub nie spełnia kryteriów.
Wezwij dla niego słodkie rzeki
Krwią sprowadź to wszystko do domu.

Jeśli chcesz zmienić świat, pokochaj mężczyznę, naprawdę kochaj go.
Pokochaj go dostatecznie, by być naga i wolna,
Pokochaj go dostatecznie, by otworzyć swoje ciało i duszę
na cykle narodzin i śmierci.
I podziękuj mu za sposobność,
gdy razem tańczycie wśród szalejących wichrów i milczących lasów.
Bądź dość odważna, by być krucha, i pozwól mu pić z delikatnych,
upojnych płatków twojej istoty.
Niech wie, że może wspierać cię, byś stała, i ochraniać cię.
Upadnij w tył w jego ramiona i ufaj, że cię złapie,
nawet jeśli upuszczono cię tysiące razy przedtem.
Naucz go, jak się poddawać, poddając się sama.
I wtop się w słodką nicość serca tego świata.

Jeśli chcesz zmienić świat… pokochaj mężczyznę, naprawdę kochaj go.
Dodawaj mu odwagi, karm go, pozwalaj mu, słysz go, obejmuj go, uzdrawiaj go,
a ty w zamian będziesz żywiona i wspierana,
przez silne ramiona i czyste myśli i skoncentrowane strzały,
ponieważ on może, jeśli mu na to pozwolisz, stać się wszystkim, o czym marzysz.

Lisa Citore

 

źródło


Oryginalny tekst:
http://lisacitore.com/poetry/if-you-want-to-change-the-world-love-a-woman-2008/
http://lisacitore.com/poetry/if-you-want-to-change-the-world-love-a-man-2013/


Tagi: cytaty
23:28, weisse_taube , cytaty
Link Dodaj komentarz »
niedziela, 22 czerwca 2014

"Każde słowo zmienia przyszłość i ją kształtuje. Nadaje jej formę, ale też eliminuje z życia to, co niepożądane. Ważna jest różnorodność języka. Jeśli używamy wciąż tego samego, nasza rzeczywistość kurczy się do tych samych prawd. Nowe słownictwo zaś otwiera nas na nieznane dotąd doświadczenia. Z językiem jest jak z malarstwem. Możemy wyrazić coś czarno-biało, w sepii, ostrymi kolorami, radosną feerią barw albo łagodnym pastelem. To tworzy rzeczywistość bardziej trójwymiarową, głębszą, poszerza perspektywę."

 

Małgorzata Bojanowska w wywiadzie z Maciejem Bennewiczem i Dorotą Mierzejewską "Marzenia do spełnienia", Zwierciadło 01/2014

Tagi: cytaty
11:16, weisse_taube , cytaty
Link Dodaj komentarz »
sobota, 21 czerwca 2014

Mój pierwszy kontakt z matrycą energetyczną miał miejsce w grudniu 2013r, kiedy to podczas długiej przerwy świąteczno-sylwestrowej nadrabiałam zaległości w lekturze czasopism. Czytałam wtedy m.in. październikowe wydanie magazynu SENS, w którym trafiłam na wywiad z Katarzyną Świstelnicką, trenerką metody dwupunktowej. Temat od razu wzbudził moje zainteresowanie a miesiąc później po przeczytaniu kolejnego artykułu i wywiadu w Zwierciadle nr 01/2014 przeczesywałam już księgarnie internetowe w poszukiwaniu książek na ten temat. Niektóre ciężko jest zdobyć, zdarzyła mi się raz anulacja zamówienia z powodu braku towaru na magazynie (pomimo iż na stronie widniał jako dostępny). Poza tym czekałam jeszcze na jakieś zniżki czy kupony rabatowe – niestety ceny książek o tej tematyce zaczynają się od 40zł w górę :-/ Kiedy w końcu dotarły do mnie dwie pozycje autorstwa Richarda Bartletta, twórcy Matrycy Energetycznej, od razu zabrałam się do czytania i dzisiaj przedstawię pierwszą z nich.

Punktem wyjściowym w pracy z matrycą energetyczną jest założenie, że rzeczywistość daje się dowolnie kształtować. Według fizyki kwantowej nasz świat składa się z nieskończonej liczby fotonów (cząstek świetlnych), które tworzą fale. Wszystko, co nas otacza – łącznie z nami samymi – jest w całości energią i informacją a my poprzez nasze myśli i świadomość możemy wejść w kontakt z Matrycą (polem kwantowym) i oddziaływać na rzeczywistość. W Matrycy 'zapisane' są wszystkie informacje dotyczące Wszechświata w formie wzorów wibracyjnych, w które możemy ingerować poprzez naszą świadomość. ‘Podłączenie’ się pod Matrycę umożliwia dokonanie zmiany dzięki rezonansowi morficznemu. Jak to działa? Bartlett wyjaśnia to tak: „Najnowsza nauka przyjmuje, że obserwowanie czegoś (przynajmniej na poziomie subatomowym) zmienia zachowanie i cechy obserwowanej rzeczy. Wynika z tego, że świadomość ma bezpośredni i zauważalny wpływ na strukturę i skład materii.”1  „Podjęcie decyzji, co i jak obserwujesz na kwantowym poziomie sprawia, że obiekt twojej uwagi zachowuje się lub porusza w określony lub z góry ustalony sposób.”2

Jeśli teoria ta nadal wydaje wam się nieco zagmatwana, posłużę się przykładem atomu, by lepiej zobrazować o co chodzi z tym przewidywanym zachowaniem. „Tradycyjny model struktury atomu był bardzo prosty i łatwy do zrozumienia. W tym modelu atom miał jądro składające się z protonu i neutronu. Dookoła jądra krążył elektron po mniej więcej elipsowatej i bardzo przewidywalnej orbicie. Ale gdy fizyka kwantowa bliżej przyjrzała się temu modelowi, okazało się, że elektron wcale nie zachowuje się w tak jednoznaczny sposób. Zamiast krążyć zgodnie z rozsądnym, matematycznym modelem, który właśnie omówiliśmy, elektron robi coś, co jest dużo bardziej interesujące, choć nieco trudniejsze do wyobrażenia. Zgodnie z modelem kwantowym elektron porusza się po orbicie prawdopodobieństwa i wchodzi na przewidywalną orbitę tylko wtedy, gdy go obserwujemy. W chwili gdy nasza świadomość zaczyna widzieć ścieżkę elektronu, ten materializuje się w tej rzeczywistości. Przywołany przez naszą interakcję elektron ‘wybiera’ ze sfery nieskończonych możliwości orbitę prawdopodobieństwa, do której go ograniczamy poprzez naszą obserwację.”3

Możemy swobodnie czerpać z tego potencjału i zmieniać otaczającą nas rzeczywistość wykorzystując Metodą Dwupunktową. A czym ona jest? Metoda Dwupunktowa to system łączący teorię Matrycy Energetycznej (Matrix Energetics) stworzonej przez dra Richarda Bartletta z Synchronizacją Kwantową (Quantum Entrainment) odkrytą przez dra Franka Kinslowa. Obaj panowie uznawani są za ojców dwupunktu. Dzięki dwupunktowi możemy w prosty i szybki sposób zmienić wzorce wibracyjne naszych myśli, uwarunkowanych poglądami czy przyzwyczajeniami. „Po prostu decydujemy, że cofamy problem do poziomu kwantowego potencjału, zmieniamy jego wibrację, a rzeczywistość się do niej dopasowuje”4 – jak mówi Katarzyna Świstelnicka w wywiadzie dla magazynu Sens. Dzięki dotykowi lub mentalnemu połączeniu dwóch punktów na ciele człowieka (lub na modelu zastępczym, np. pluszowej zabawce) podłączamy się pod Matrycę i pozwalamy aby w naszym osobistym polu ‘zainstalowały’ się pozytywne informacje w niej zawarte. W centrum tej metody jest intencja płynąca z serca i połączenie świadomości z Matrycą. Łączność na poziomie kwantowym dokonuje się poprzez serce, które „jest najpotężniejszym generatorem energii elektromagnetycznej ludzkiego ciała. (…) Fizycy kwantowi odkryli, że poprzez serce uzyskujemy dostęp do pola energii punktu zerowego, nieskończonego potencjału energii Wszechświata.(…)”5 Nie musimy nic więcej robić, wystarczy ufność w Wyższy Porządek Rzeczy a w miejsce starych wzorców pojawi się nowa rzeczywistość, optymalna dla nas w danym momencie naszego życia. Metoda Dwupunktowa umożliwia więc transformację na poziomie kwantowym przy wykorzystaniu fal energii i informacji. Może korzystnie wpływać na zdrowie nasze oraz naszych bliskich (także na odległość), pomaga w sytuacjach stresowych, poprawa relacje w związku, wpływa na nasze działania – umożliwia zmianę niekorzystnych wzorców postępowania, by łatwiej osiągać cele.

Brzmi intrygująco? I takie jest!

Przyznam szczerze, że nigdy nie byłam dobra z fizyki i trochę obawiałam się sięgania po książki o tematyce zahaczającej o tę dziedzinę nauki. Bałam się niezrozumiałych dla mnie teorii czy zbyt naukowego języka. Taka niestety jest przedmowa autorstwa dr Williama A. Tillera, emerytowanego profesora Stanford University. Czytałam ją z kwaśną miną i poczuciem, że kompletnie nie kumam, o czym facet mówi. Tak jakby zwracał się tylko do osób znających temat, obeznanych w różnorakich teoriach fizyki. Biadoliłam, że znowu porwałam się z motyką na słońce i tylko niepotrzebnie wydałam kilkadziesiąt złotych na książki, których tematyki i tak nie jestem w stanie pojąć.

Jak się jednak okazało – nie taki diabeł straszny. Po przerażająco naukowym i niezrozumiałym dla mnie języku Tillera przechodzimy do opowieści Bartletta, który pisze językiem potocznym i który rozumie, że 99% jego czytelników zapewne nigdy nie miało kontaktu z fizyką kwantową. Wszelkie teorie czy pojęcia tłumaczy w prosty sposób, bez naukowego zadęcia (zresztą Bartlett nie jest fizykiem, sam musiał uczyć się wszystkiego, o czym teraz piszę, stąd może zrozumienie dla niewiedzy jego odbiorców).

Jedyny minus jaki dostrzegam jest taki, że książka miejscami jest po prostu przegadana. W wielu miejscach autor się powtarza, przytacza te same historie, przykłady. Nie sądzę, aby służyło to ‘utrwaleniu wiedzy’. Poza tym trzeba być świadomym tego, że jest to mocno amerykańska książka. Przez taki a nie inny epitet mam na myśli pewne cechy stylu, niekoniecznie pozytywne, charakterystyczne moim zdaniem dla mentalności Amerykanów. Pierwsze co się rzuca w oczy to właśnie styl – pewien zupełnie zwyczajny facet opowiada o tym, jak przydarzyło mu się coś zupełnie niezwyczajnego. Napisane jest to w konwencji trochę takiego ‘hurra-optymizmu’ na zasadzie ‘to takie proste, ty też możesz tego dokonać’. Również niewątpliwie duże poczucie humoru autora każe mu każdą opowiedzianą historyjkę okrasić zabawnym komentarzem (wydaje mi się to typowe dla Amerykanów).

Książka podzielona jest na dwie części. W pierwszej Bartlett opisuje genezę powstania teorii na temat Matrycy Energetycznej i usiłuje wytłumaczyć czytelnikowi jej główne założenia. Przytacza wiele przykładów z własnej praktyki lekarskiej (autor jest z zawodu kręgarzem i chiropraktykiem) i skupia się przede wszystkim na wytłumaczeniu czytelnikowi, czemu tak ważna jest zmiana myślenia – dopuszczenie do głosu naszej intuicji i uruchomienie wyobraźni. Część druga to wykładnia metody dwupunktowej. Krok po kroku autor wprowadza nas w tajniki wykonywania dwupunktu, przedstawia różne metody pracy z Matrycą. Na samym końcu znajdują się wypowiedzi uczestników warsztatów Bartletta, którzy opowiadają o swoich doświadczeniach z dwupunktem oraz coś w rodzaju zestawienia FAQ odnośnie Matrycy czyli najczęściej zadawanych pytań.

Wrażenia po lekturze mam mieszane. Temat jest dla mnie szalenie interesujący ale spodziewałam się,  że to wszystko jest nieco prostsze. Tymczasem okazuje się, że aby wykonać dwupunkt potrzeba sporo ćwiczeń i gruntownej wiedzy na temat działania tej metody. Niech Was nie zwiodą zachęty Bartletta, że to takie proste i nawet dziecko sobie z tym poradzi. Ja odniosłam wrażenie, że nieodzowna jest tu przede wszystkim wolna od chaosu myśli głowa, spokój wewnętrzny. Autor jest innego zdania i stwierdza nawet, że osoby wykazujące cechy ADHD są w stanie z łatwością połączyć się z Matrycą. Cóż, jak na razie nie próbowałam wykonać Dwupunktu, za dużo myśli pędzi ostatnio przez moje zwoje mózgowe, ciężko mi się skupić, więc nie wiem.

Mój sceptycyzm odnosi się także do wiedzy, jaką należałoby posiadać przy pracy nad nękającymi nas schorzeniami. Bartlett twierdzi, że żadna medyczna wiedza nie jest konieczna. Ja z kolei mam pewne wątpliwości. Czytając opowieści Bartletta na temat tego, w jaki sposób udało mu się wyleczyć kogoś z danej dolegliwości i które punkty na ciele pacjenta wtedy ze sobą połączył, nie mogłam pozbyć się wrażenia, że pomogła mu w tym znajomość anatomii, kręgarstwa, akupunktury czy różnych zagadnień z zakresu medycyny niekonwencjonalnej. W moim przekonaniu, autor WIE, gdzie ma dotykać pacjenta, bo posiada wiedzę odnośnie rozmieszczenia poszczególnych punktów energetycznych w ciele człowieka i WIE, który punkt należy uciskać aby poprawić pracę danego narządu. Wydaje mi się również, że w praktyce Bartletta pomocna jest mu też szeroka wiedza z zakresu bioenergoterapii, radioniki, funkcjonowania i rozmieszczenia czakr itp.

Jednak mój największy sceptycyzm skierowany jest w stronę co poniektórych przykładów wykorzystania Matrycy przez uczniów (osoby biorące udział w szkoleniach i warsztatach) Bartletta. Nie twierdzę, że nie wierzę w działanie metody dwupunktowej. Inaczej w ogóle nie zainteresowałabym się tematem. Wierzę w nagłe ozdrowienia, wyleczenie urazów, krzywizn itp. Ale jak czytam, że ktoś za pomocą dwupunktu zaklinał non stop padający deszcz albo nieustannie dzwoniące telefony w pracy, to w tym momencie zaczynam się już pukać w głowę. A czytając opowieść jakiejś kobiety, której na autostradzie zepsuło się auto i dzięki wykonanemu dwupunktowi, po 45 minutach jazdy trafiła na sklep z częściami zareagowałam pustym śmiechem. Moim zdaniem nawet gdyby nie wykonała dwupunktu, to po tych trzech kwadransach i tak natrafiłaby na sklep. Kwantowe wibracje raczej nie sprawiły, że w tym czasie dobre wróżki szybko wybudowały potrzebne jej miejsce.

Jak już wspominałam, na razie nie odważyłam się spróbować metody dwupunktowej… choć raz jej doświadczyłam. Nie wiem, czy powinnam tu o tym pisać, bo pewnie część z Was parsknie śmiechem, ale co tam. Dla mnie był to ewidentny dowód na to, że te wszystkie teorie kwantowe, przenikanie pól i energii rzeczywiście działają. Otóż któregoś dnia w trakcie lektury „Matrycy Energetycznej” zwyczajnie… usnęłam. Byłam akurat w trakcie studiowania zamieszczonych w książce zdjęć z warsztatów przeprowadzonych przez autora i nagle… sama się na nich znalazłam! Pamiętam tylko, że Bartlett wykonywał na mnie Dwupunkt a ja po chwili runęłam bezwładnie na niego. Czułam przechodzącą przez moje ciało falę radości, było to bardzo pozytywne doznanie. Wiem, że to co piszę brzmi może nieco śmiesznie, ale ja naprawdę CZUŁAM te wibracje w moim ciele. Dodam jeszcze, że ja bardzo rzadko mam sny – jeśli już się pojawiają, zawsze są związane z jakimiś silnymi doznaniami w moim życiu i mają charakter proroczy. Może lektura Matrycy tak silnie na mnie podziałała? A może czytając o energii kwantowej, tych wszystkich załamaniach fali, rezonansach i łączności z polem moja świadomość sama zaczęła szukać łączności z Matrycą? Nie wiem. Było to dla mnie niezwykle dziwne, choć intrygujące i ciekawe doświadczenie.

Podsumowując mogę powiedzieć, że tematyka poruszona w „Matrycy Energetycznej” wydała mi się szalenie ciekawa i niewątpliwie będę dalej zgłębiać tajniki metody dwupunktowej. Zanim odważę się wykonać ją na sobie chyba jeszcze raz na spokojnie przeczytam „Matrycę…”, co zresztą zaleca Bartlett. Myślę także nad zorganizowaniem sobie jakiegoś podręcznika o podstawach fizyki kwantowej (najlepiej coś dla zupełnych laików).

Jeśli temat i Wam wydał się interesujący to odsyłam Was na stronę Richarda Bartletta  http://www.matrixenergetics.com/ oraz polską stronę http://www.dwupunkt.com/ gdzie znajdziecie więcej ciekawych informacji.

 

Moja ocena: 4/6


1 Bartlett, Richard, Matryca Energetyczna. Innowacyjne uzdrawianie, Studio Astropsychologii, Białystok 2014, str. 40

2 tamże, str. 111

3 tamże, str. 66

4 Nowa Metoda Kwantowa; w: SENS nr 10/2013, str. 120

5 Bezpiecznie powiązani; w: Zwierciadło nr 01/2014, str. 33

czwartek, 19 czerwca 2014

Zazwyczaj nie wspominam na blogu pojedynczych opowiadań przeczytanych gdzieś w sieci lub jakimś czasopiśmie, ale trafiłam ostatnio na takie, które szczerze mnie zachwyciło – stylem, opowiedzianą historią, nawiązaniami do baśni i poczuciem humoru. Mowa o „Jak uniknąłem służby wojskowej” autorstwa Lucyny Grad, opowiadaniu które ukazało się w Nowej Fantastyce nr 01/2014.

Narratorem jest Michał Jerzewski, Polak wcielony do armii carskiej, który pewnego dnia podczas pełnienia warty w Turkiestanie spotyka tajemniczego Nazima, ściganego przez grupę dżygitów. Jak się okazuje Nazim jest prawowitym chanem Hunzy, ponurej krainy skutej wiecznym lodem od kiedy rządy objął tam jego okrutny brat Safdur Ali. Zachowanie na pierwszy rzut oka nieco zdziecinniałego Nazima, który wymachuje kijaszkiem w stronę słońca i bawi się z mrówkami wzbudza w Jerzewskim pobłażliwą irytację ale wkrótce okazuje się, że chłopak posiada magiczną moc. Splot różnych wypadków połączy tę dwójkę na dłużej a nasz bohater postanowi pomóc Nazimowi odzyskać należną mu władzę. Wraz z wychudzonym tulparem (skrzydlatym koniem) i co i rusz pojawiającym się zniencka czartem chartem górskim Fiodorem przeżyją niesamowitą przygodę uciekając przed bandą morderców Safdura.

Co mnie tak zachwyciło? Po pierwsze umiejscowienie akcji w carskiej Rosji (czasy zaborów) i stylizacja językowa na dziewiętnastowieczną polszczyznę. Pojawia się tam nawet wzmianka o Kordianie! Po drugie niesamowity baśniowy klimat odległej azjatyckiej krainy. Miłośnicy wszelkiej maści legend i baśni z całą pewnością wychwycą nawiązania do ludowych opowieści Rosji czy krajów mongolskich a nawet do… pewnego polskiego filmu dla dzieci o przygodach wesołego kudłatego stwora („Ja kudłaty durnowaty, ni czytaty, ni pisaty…”). Ale najbardziej z tego wszystkiego zachwycił mnie dowcip pani Grad. Widać, że autorkę cechuje ogromne poczucie humoru, na dodatek bardzo ale to bardzo wpasowujące się w moje rozumienie tego, co jest śmieszne a co już nieco mniej ;-) Żebyście widzieli co ona zrobiła z czartem chartem górskim generała Janowa! Za każdym razem kiedy Fjodor wyskakiwał znienacka zza jakiegoś krzaka czy skały, nie mogłam powstrzymać się od śmiechu. Kreacja tego psiska to po prostu majstersztyk! Jeśli kiedykolwiek będę miała psa, na bank nazwę go Fiodor! ;-)

Jeśli będziecie mieli okazję przeczytać to opowiadanie, to serdecznie Was do tego zachęcam. Pyszna zabawa gwarantowana!



niedziela, 15 czerwca 2014

Stephane Jougla to bardzo enigmatyczna postać w literackim świecie. Tak właściwie to wiemy o nim tylko tyle, ile zdradził wydawca na tylnej stronie okładki: że  autor urodził się w 1964r w Tuluzie, w 2003r opublikował powieść „L’idée” a „Portret nieobecnej” to jego druga książka. Przepastne czeluści Internetu odkryły przede mną jeszcze kilka zdjęć pana Jougli oraz recenzję jego trzeciej powieści na jednym z francuskojęzycznych blogów. Być może francuskie Google zdradziłoby mi jeszcze kilka szczegółów odnośnie życia tudzież twórczości rzeczonego pisarza, jednak nieznajomość języka stoi mi tu na przeszkodzie.

W „Portrecie nieznajomej” poznajemy Marie, niemłodą już kobietę pracującą w biurze nieruchomości i zajmującą się wyceną mieszkań na sprzedaż. Pewnego dnia trafia do mieszkania niejakiej Madeleine. Właścicielka nie pojawia się na miejscu, za to w całym domu widać ślady jej niedawnej obecności – niedokończony posiłek na stole, nieposłane łóżko, dobiegający z łazienki zapach perfum. Marie zdaje się być urzeczona otaczającym ją wnętrzem i zamiast dokonywać stosownych pomiarów, zaczyna krążyć po pokojach szukając śladów Madeleine i zastanawiając się, jakby to było być nią… Marie zaczyna grać rolę Madeleine – przywłaszcza sobie jej kota, ubrania, kosmetyki, śpi w jej łóżku a okoliczności mocno jej sprzyjają, tym bardziej że ani znajomi ani narzeczony prawdziwej właścicielki mieszkania zdają się nie zauważać tej dziwnej zamiany…

Jakby to było być kimś innym? Choć na jeden dzień wejść w skórę innego człowieka, żyć jego życiem, zachowywać się i czuć jak on? Chyba każdy z nas zadał sobie choć raz w życiu tego typu pytanie. Najbardziej pociągają nas osoby żyjące w zupełnie odmienny od nas sposób, mające inny charakter, cechy, których nam brakuje i których im zazdrościmy. Powieściowa Marie to kompletne przeciwieństwo Madeleine. Jest kobietą skromną, poukładaną, uległą, nie mającą odwagi chwycić życie za rogi, noszącą ubrania w zachowawczych kolorach i fasonach. Postać Madeleine, szalonej artystki przyciąga ją na zasadzie przeciwieństw jak magnes, zdaje się być uosobieniem wielu pragnień, które Marie zawsze bała się wcielić w życie.

To nie jest łatwa w odbiorze książka, im bliżej końca tym więcej pytań i wątpliwości rodzi się w głowie czytelnika. Większość opinii na temat „Portretu nieobecnej”, z którymi zetknęłam się w internecie jest raczej niepochlebna – czytelniczki mają pretensje głównie do bardzo zagmatwanego zakończenia, czują się zagubione, oszukane. Nie rozumieją go, więc czują się rozczarowane. We mnie powieść Jougli wzbudziła zgoła odmienne uczucia, nawet wbrew mojej awersji do współczesnej literatury francuskiej. Nie mogę powiedzieć, że zrozumiałam zakończenie, gdyż ostatni rozdział pozostawił w mojej głowie chaos myśli, pytań i wniosków, które z całą pewnością potrzebują nie tylko czasu ale i ponownej lektury powieści, by wyłapać z tekstu szczegóły, które za pierwszym czytaniem gdzieś umknęły.

O czym traktuje „Portret nieobecnej”? Z całą pewnością jest to książka poruszająca kwestie podwójnej osobowości, schizofrenii, masek jakie codziennie przywdziewamy. Ale to także powieść (opowiadanie?) o tym jak sztuka – aktorska, malarska – wpływa na naszą osobowość, na nasze postrzeganie rzeczywistości. O tym jak cienka jest granica między jestestwami, jak łatwo wymazać samego siebie i stworzyć na nowo.

Warto sięgnąć po tę króciutką powiastkę Stephena Jougli, zapewniam Was, że treść zawarta na raptem 100 stronach wywoła w Was więcej pytań i myśli niż niejedno opasłe tomiszcze.

 

Moja ocena: 4,5/6

 

Książkę przeczytałam w ramach wyzwań czytelniczych:

* Gra w kolory - Fioletowy

* Trójka e-pik (literatura francuska - miejsce akcji/pochodzenie autora) - w ramach nadrabiania zaległości



13:06, weisse_taube , przeczytane
Link Komentarze (2) »
niedziela, 08 czerwca 2014

Kiedy w 2000r ukazał się na polskim rynku wydawniczym pierwszy tom serii o Harrym Potterze, miałam 18 lat i zgoła inne zainteresowania czytelnicze. Histeria związana z przygodami małego czarodzieja ominęła mnie zupełnie, choć muszę przyznać, że bardzo cieszyły mnie reakcje czytelników na każdy kolejny tom cyklu – młodzież wreszcie z własnej i nieprzymuszonej woli zaczęła sięgać po książki! We mnie postać Harrego Pottera nie wzbudziła dzikiej żądzy zapoznania się z treścią książki, nie wykluczałam jednak sięgnięcia po nią w bliżej nieokreślonej przyszłości.

Minęły lata a ja stojąc któregoś dnia przed jednym z bibliotecznych regałów zaczęłam zastanawiać się, czy w wieku 31 lat jest jeszcze sens, by zacząć zgłębiać fenomen potteromanii. Ale w końcu czemu nie? Ponoć cykl J.K. Rowling czytały całe rodziny, nie tylko jej najmłodsi członkowie.

I muszę przyznać, że pomimo trzydziestki na karku pierwszą powieść o czarodzieju Harrym czytało mi się znakomicie. Nie mogę powiedzieć, że nie mogłam się od niej oderwać, że zarywałam noce pragnąc dowiedzieć się, jak dalej potoczą się losy trójki przyjaciół, że czytałam z wypiekami na twarzy. Nic z tych rzeczy nie miało miejsca a jednak swoje pierwsze spotkanie z Harrym, Ronem i Hermioną uważam za bardzo udane. Jestem pewna, że gdyby Rowling napisała książkę w pierwszej połowie lat 90-tych ubiegłego wieku (czyli kiedy byłam nastolatką) i gdyby od razu ukazała się ona w Polsce, ja także uległabym wszechobecnej histerii i z obłędem w oczach czekałabym na ukazanie się kolejnych tomów.

Co mnie w tej opowieści najbardziej ujęło? Ukazanie rodzącej się pomiędzy bohaterami przyjaźni na tle szkolnej rzeczywistości. Myślę, że właśnie ta tematyka sprawia, iż pierwsza część cyklu może zainteresować czytelników w każdym wieku. Ci młodsi mogą się identyfikować z problemami, z jakimi borykają się uczniowie Hogwartu, starsi zaś mogą powspominać swoje czasy szkolne, ówczesne dylematy, wspólne zabawy i psoty, pierwsze przyjaźnie. Pomimo iż bohaterowie Rowling uczęszczają do szkoły magicznej, ich bolączki i codzienne problemy wcale nie różnią się od tych, z którymi mają do czynienia uczniowie zwykłych szkół.

Rowling bardzo umiejętnie stopniuje napięcie w powieści – co jakiś uchyla rąbka tajemnicy związanej z tajemniczym pakunkiem z krypty nr 713, co tylko motywuje do dalszego przewracania stron.

Podoba mi się świat wykreowany przez autorkę, wartości, na które zwraca uwagę. Jestem naprawdę pełna podziwu dla wyobraźni pani Joanne i z ogromną ciekawością czekam na jej kolejną odsłonę w dalszych częściach serii.

Cieszę się, że  zdecydowałam się poznać wreszcie bohaterów uwielbianego na całym świecie cyku powieściowego. „Harry Potter i kamień filozoficzny” dostarczył mi moc czytelniczej przyjemności a także nieco wzruszeń – pod koniec książki, kiedy opisywane było zakończenie roku w Hogwarcie aż mi łzy napłynęły do oczu (serio!). Czas spędzony z uczniami magicznej szkoły, towarzyszenie im w codziennych smutkach i radościach, uczenie się wraz z nimi, kibicowanie w potyczkach z czarnymi charakterami zapisze się w mej pamięci jako pyszna zabawa i niesamowita przygoda, z której wyszłam podbudowana faktem, że wartości, które wyznaję, są bliskie także i moim nowym literackim przyjaciołom a dzięki nim być może nabiorą znaczenia także dla czytelników na całym świecie.


Moja ocena: 5/6

 

Książkę przeczytałam w ramach wyzwania czytelniczego:

* Trójka e-pik (książka z imieniem w tytule) - w ramach nadrabiania zaległości



 
1 , 2 , 3 , 4 , 5 ... 24
| < Sierpień 2014 > |
Pn Wt Śr Cz Pt So N
        1 2 3
4 5 6 7 8 9 10
11 12 13 14 15 16 17
18 19 20 21 22 23 24
25 26 27 28 29 30 31