|
środa, 18 stycznia 2012
Pewnie większość już o tym wie, ale nie zaszkodzi powiedzieć jeszcze raz :) Z inicjatywy Klaudyny i Kasi powstało nowe forum dla wszystkich miłośników książek: Carpelibros - Klub (Nie)Anonimowych Książkoholików Ponieważ na facebooku dyskusje o naszej największej pasji były mocno utrudnione, powstało forum zrzeszające członków facebookowego klubu ale i stwarzające możliwość dołączenia do nas także osób nie posiadających konta na fb. Serdecznie zapraszamy do dyskusji wszystkich, dla których czytanie książek jest pasją :)
poniedziałek, 16 stycznia 2012
Kiedy wspomnę Bezradna czuję Staję tak czasem Nie mogę przecież krzyczeć
Małgorzata Hillar
sobota, 14 stycznia 2012
Nocą 04.września 1826r. na rozkaz cara Mikołaja I (rządzącego od 1825r) przybył do rodzinnej posiadłości Puszkinów we wsi Michajłowskoje oficer żandarmerii z rozkazem natychmiastowego stawienia się w kancelarii generała-gubernatora w Pskowie, skąd niezwłocznie wysłano poetę do Moskwy. Natychmiast po przybyciu, czyli 08.września postawiono Puszkina przed obliczem cara, przebywającego w mieście z okazji uroczystości koronacyjnych. Rozmowa toczyła się bez świadków a jej szczegóły nie są znane. Wiadomo tylko, że nowy car zwolnił poetę z zesłania i jako dowód szczególnej łaskawości wziął na siebie obowiązki cenzora jego utworów (w praktyce funkcję tę pełnił Aleksander Benkendorf, szef tzw. tajnej policji politycznej i korpusu żandarmów). Podobno podczas spotkania z carem Puszkin przyznał się do solidarności z dekabrystami jednak obiecał nie pisać więcej utworów celujących w rząd czy o charakterze agitacyjnym. Stosunek poety do nowego cara i rządu był nieco skomplikowany. Po klęsce powstania dekabrystów jedyną licząca się w państwie siłą był rząd. Początkowo można było żywić pewne złudzenia odnośnie kierunku obranej przez niego polityki, w czym Puszkin dostrzegł cień szansy na możliwość wpływania na poczynania Mikołaja I poprzez swoją poezję. Stawiał się w roli natchnionego poety-proroka, którego słowa winny znaleźć oddźwięk u najwyższych władz państwowych. Jednak jedyne, co zyskał to pomówienie o zdradę ideałów młodości, szpiegostwo, donosicielstwo i tani serwilizm. Kiedy zadedykował Mikołajowi I wiersz „Stance” (w którym Puszkin poprzez przedstawienie analogii pomiędzy wielbionym przez siebie Piotrem I, który dzięki swym reformom uczynił z Rosji potęgę a carem Mikołajem I, któremu w ten sposób pragnął zasugerować pewne rozwiązania polityczne) koła bliskie Puszkinowi uznały ten gest nie tyle za przejaw serwilizmu i taniego pochlebstwa, co zwyczajnie za akt zdrady. Puszkin odpowiedział na te zarzuty utworem „Do przyjaciół” (1828r). Cesarz tylko na pierwszy rzut oka był dla poety łaskawy – widział w nim wyjątkowo groźnego przeciwnika i skrupulatnie otaczał opieką tajnej policji politycznej. Piotr I był postacią wzbudzającą w Puszkinie wyjątkowe zainteresowanie (także ze względów genealogicznych: dziadek Puszkina Ibrahim Hannibal był wychowankiem i współpracownikiem cara-reformatora) i często pojawiał się w jego twórczości (”Połtawa” 1828, „Jeździec Miedziany” 1833, nieukończony „Murzyn Piotra Wielkiego” 1827, materiały do „Historii Piotra” 1834-1835). Zarzuty kierowane przeciw Puszkinowi jakoby zdradził ideały młodości nie do końca są Mimo to Puszkin wielokrotnie dawał wyraz pamięci o swych przyjaciołach-dekabrystach, uznanych za zbrodniarzy stanu. W grudniu 1826r., w przeddzień pierwszej rocznicy powstania powstał wiersz „Do I.I. Puszczyna”, w którym poeta wspomina swego przyjaciela z ławy szkolnej, skazanego teraz na odwieczną katorgę i pragnie rozjaśnić mu smutny więzienny los pamięcią o szczęśliwych latach licealnych. Ideową jedność z zesłańcami Puszkin deklarował także w wierszu „W głębinie syberyjskich rud”(1827), sztandarowym utworze epoki podekabrystowskiej, w którym podmiot liryczny wyraża głęboką więź ze zbiorowym adresatem jakim są zesłańcy oraz mówi o tym, że ich starania – choć zwieńczone pozorną klęską – nie pójdą na marne a wspólne ideały kiedyś w końcu zatriumfują. Puszkin wysłał ten wiersz w liście na Syberię a tak odpowiedział mu Aleksander Odojewski, zesłany poeta-dekabrysta w dwóch ostatnich strofach swego wiersza: Nie zginie nasz bolesny trud
Wolności zapalimy znicze,
W październiku 1827r Puszkin nieoczekiwanie spotkał na stacji pocztowej, gdzie zatrzymał się konwój więźniów przewożonych do twierdzy dynaburskiej, jednego ze swych licealnych przyjaciół, dekabrystę Wilhelma Küchelbeckera. Spotkanie to zaowocowało powstaniem wiersza „19 października” (1827), poświęconym kolejnej licealnej rocznicy.
Poezja obywatelska nie była oczywiście jedyną dziedziną twórczości Puszkina, który przetwarzał bardzo różnorodne dziedziny rzeczywistości. Nadal kontynuował pracę nad Eugeniuszem Onieginem”, zainteresował się poematem historycznym („Połtawa”) oraz prozą fabularną („Murzyn Piotra Wielkiego”), prowadził działalność publicystyczną i krytycznoliteracką, pisał także wiersze o charakterze osobistym. Jest to jednocześnie okres, w którym spora część tekstów, pomimo wielu pomysłów i prób przelania ich na papier, pozostała nieukończona. Autor porzucał je w różnym stadium zaawansowania a z biegiem lat zjawisko to wyraźnie przybrało na sile. Puszkin pisał mniej niż we wsi Michajłowskoje i z większym trudem. Na lirykę o charakterze osobistym składały się nie tyko wiersze miłosne ale utwory refleksyjne o szerokim znaczeniu tego słowa. W poezji Puszkina można było odnotować nasilający się stale pierwiastek intelektualny przejawiający się w uniwersalnych pytaniach o cel i sens istnienia, przemijanie, śmierć. Aktualna pozostała także problematyka związana z istotą poezji, jej znaczeniem społecznym, rolą samego poety w społeczeństwie i jego stosunkiem do zbiorowości („Poeta” 1827, „Poeta i czerń” 1828, „Do poety” 1830). Nasilenie tego typu refleksji w liryce Puszkina miało różne przyczyny, choć niewątpliwie najistotniejszym źródłem była tutaj epoka historyczna, charakteryzująca się powszechnym zwątpieniem, odciskająca swoiste piętno na losach całego pokolenia. Puszkin, wbrew temu co deklarował w „Stancach”, coraz mniej zaufania pokładał w przyszłość a coraz częściej poddawał się sceptycyzmowi i pesymizmowi. Zwolnienie z zesłania zamiast przynieść ulgę i spokój, nasiliło dręczące go problemy i dostarczyło nowych niepokojów. Zewnętrznym wyrazem tej destabilizacji był tryb życia poety, który stale zmieniał miejsce zamieszkania, miotał się po Rosji jakby chciał przed czymś uciec lub też odnaleźć wreszcie swoje miejsce w świecie. W poezji Puszkina z lat 1827-1830 zdecydowanie przeważały nuty pesymistyczne. W wierszach z tego okresu wyraźnie można dostrzec niezadowolenie poety nie tyle ze świata i społeczeństwa, co z samego siebie. To poczucie nietrwałości, przejściowości przewija się przez ówczesną literaturę rosyjską, pojawia się nie tylko u Puszkina ale i u Czechowa, Tołstoja, Turgieniewa. Szczególnie popularny staje się motyw drogi i tułaczki zyskując określony podtekst historyczny. U Puszkina taki cykl utworów rozpoczyna „Droga zimowa” (1826) podejmująca temat samotności, nudy, zagubienia, wszechogarniającego smutku i poczucia bezcelowości. Pięknie powiązał tu autor stan psychiczny człowieka z otaczającą go przyrodą. Bezkresne śnieżne pustkowie pochłania podróżnego, martwa przestrzeń wywołuje w nim uczucie zagubienia i bezcelowości, którego nie jest w stanie pokonać nawet myśl o rychłym powrocie do ukochanej. Motyw ucieczki przed sobą, własną rozpaczą, problemami osobistymi i porażkami Niewątpliwie warto wspomnieć wiersz „Biesy”, napisany jesienią 1830r w Bołdinie. Puszkin udał się do rodzinnej wsi ojca aby uporządkować sprawy majątkowe i zatrzymał go tam niemal na całą jesień wybuch epidemii cholery. Prawie trzymiesięczny pobyt na wsi (tzw. pierwsza jesień bołdinowska) był okresem niezwykle płodnym. Puszkin ukończył wówczas „Eugeniusza Oniegina”, stworzył cykl nowel „Opowieści śp. Iwana Pietrowicza Biełkina”, żartobliwy poemat „Domek w Kołomnie”, cykl dramaturgicznych miniatur („Mozart i Salieri”, „Skąpy rycerz”, „Gość kamienny”, „Uczta podczas dżumy”) oraz ok. 30 wierszy lirycznych. Jesień była ulubioną porą roku poety i wyzwalała w nim na nowo utracone siły twórcze. Podczas tzw. drugiej jesieni bołdinowskiej (1833r) powstał poemat „Jeździec Miedziany”, nowela „Dama Pikowa” oraz kilka baśni w duchu ludowym. Z początku rozumiano „Biesy” tylko jako obraz śnieżnej zamieci nasycony elementami ludowej fantastyki. Dopiero Fiodor Dostojewski odkrył ich koncepcję filozoficzną i zinterpretował według własnych idei moralno-politycznych. Przedstawione w wierszu Biesy, które dały później tytuł jego słynnej powieści z 1872r. przedstawił Dostojewski jako symbol demonicznych, ciemnych sił drzemiących w człowieku, ujawnionych w postaci przedstawicieli przygotowywanej rewolucji rosyjskiej. Liryka drogi pozwalała na zespolenie dwóch planów – dosłownego i przenośnego a tym samym na symboliczne przedstawienie rzeczywistości i napełnienie jej ładunkiem filozoficznym toteż Puszkin wielokrotnie wykorzystywał tę tematykę w wierszach z lat 30-tych, w prozie fabularnej („Córka kapitana”) czy artykułach publicystycznych. Pesymizm jest widomy także w innych wierszach Puszkina, nie podejmujących motywu drogi i zamieci : „W pustyni ziemskiej smutnej i bezbrzeżnej” (1827), „O wiosno, o poro miłowania” (1827), „O daremne, o zwodnicze” (1828), „Przypomnienie” (1828, jedyny utwór Puszkina przełożony przez Mickiewicza), „Czy błądzę po ulicach szumnych” (1829). Jak widać liryka lat 1827-1830 stanowiła bezsprzecznie odzwierciedlenie kolejnego kryzysu duchowego poety jednak nie skupiał się on wyłącznie na metafizycznym bólu istnienia i opiewaniu przygnębienia. Zwracał się często ku odwiecznym prawom natury, jej naturalnemu porządkowi. Oparcia szukał również w przeszłości narodowej („Połtawa”) i ogólnych prawach historii a także – mimo wszystko – w niezmąconej wierze w siłę słowa. Takie przejścia od negacji rzeczywistości do afirmacji świata, ścieranie się dwóch przeciwstawnych postaw widać w utworach opisujących rosyjską zimę, której piękno urzekło Puszkina bez reszty („Ranek zimowy” 1829, „Zima. Cóż robić na wsi? Zapytuję rankiem” 1829). Warty odnotowania jest też fakt, że powoli do poezji Puszkina wkradała się codzienność powszechnie uważana za mało poetycką. Autor zaczął łączyć elementy poezji wysokiej (mitologizmy, wyrażenia staro-cerkiewno-słowiańskie) ze szczegółami obyczajowości szlacheckiej, z prostymi, potocznymi słowami. Były to poczynania jak na owe czasy niezwykle śmiałe i nowatorskie a Puszkin po raz pierwszy w historii literatury rosyjskiej dowiódł, że każde, nawet najbardziej przyziemne zjawisko może być źródłem poetyckiej inspiracji.
Wiesze ściśle kaukaskie („Do Kałmuczki”, „Na wzgórzach Gruzji leży nocna mgła”, „Kaukaz”, „Lawina”, „Monaster na Kazbeku”) pokazują jakim przeobrażeniom uległa poezja Puszkina przez 10 lat od ostatniej podróży na Kaukaz. Natura nie jest już czynnikiem przywracającym równowagę duchową i natchnienie, nie jest już ukazywana w kontraście do skażonego, cywilizowanego świata. Poeta nie szuka już w niej ucieczki, nie próbuje się z nią na powrót zespolić. Także słownictwo ulega uproszczeniu. Mało zmieniło się natomiast w liryce miłosnej tego okresu, nadal nacechowanej Okres rozwoju twórczego do roku 1830, choć nie brakowało w nim niepowodzeń i kryzysów twórczych, stanowił niezwykle ważny etap w życiu Puszkina. Wreszcie otworzyła się przed nim perspektywa ustabilizowania życia osobistego i rozwoju artystycznego, teraz już o wyraźnie dojrzałym charakterze. Lata 1826-1830 okazały się być dla niego, zarówno jako człowieka jak i pisarza, etapem decydującym. Przeszedł od młodzieńczych, buntowniczych poglądów społeczno-politycznych do właściwego dojrzałej postawie poczucia konieczności pewnych wydarzeń historycznych, opartego na obserwacji i doświadczeniu. Tematykę egzotyczną zastąpiły fabuły mocno osadzone w realnej rzeczywistości romantyczne poematy spod znaku Byrona zostały zastąpione nowożytną prozą historyczną i obyczajową. c.d.n.
poniedziałek, 02 stycznia 2012
Staję się stale mniejszy
sobota, 31 grudnia 2011
Rok 2011 zakończyłam na 25 przeczytanych pozycjach, co jest równoznaczne z czytaniem średnio 2 książek w miesiącu. Jest to typowy dla mnie wynik, ani szczególnie dobry ani zły, ot po prostu na tyle starcza mi czasu i sił i w najbliższej przyszłości raczej nic się w tej kwestii nie zmieni. Wśród tych 25 pozycji znalazło się: 15 powieści, 3 zbiory opowiadań, 2 dramaty oraz 5 książek z kategorii inne (felietony, poradniki, reportaże, książki dokumentalne itp.). Podział na książki napisane przez kobiety i mężczyzn jest w miarę wyrównany: przeczytałam 13 pozycji napisanych przez przedstawicielki płci pięknej i 11 pozycji autorstwa mężczyzn. Do tego dochodzi jedna antologia opowiadań autorów obu płci. Jestem bardzo niezadowolona z ‘mapy literackiej’ jaką w tym roku stworzyłam. Moje czytanie ograniczyło się do zaledwie 10 krajów i to takich powiedziałabym ‘typowych i oklepanych’. Najwięcej książek bo aż 8 należało do autorów pochodzenia polskiego. Na drugim miejscu plasuje się USA z wynikiem 6 pozycji. Przeczytałam po 2 książki autorów z Francji, Hiszpanii i Wielkiej Brytanii oraz po jednej z następujących krajów: Włochy, Niemcy, Rosja, Szwecja i Kanada.
Odkryciem roku była dla mnie zdecydowanie proza Hanny Kowalewskiej, która udowadnia że czytadła mogą być napisane piękną, wysoką polszczyzną, poetycko i bardzo sugestywnie. Zakochałam się także w literaturze rosyjskiej i to może nawet nie tyle w samych utworach (choć wielką powieść rosyjską cenię sobie niezmiernie) co w historii literatury tego kraju, którą od kilku miesięcy samodzielnie zgłębiam. Zaczęłam także pisać trzecią część artykułu o twórczości poetyckiej Puszkina, więc myślę, że jeśli uda mi się wygospodarować czas w niedzielne przedpołudnia, to do końca stycznia powinien być już gotowy do publikacji. Czas na wyróżnienia :-) W tym roku wybrałam tylko trzy najlepsze książki, bo poziom generalnie był średni (nad czym też mocno ubolewam). Ze śmiechem zauważyłam, że wśród tych najlepszych znalazła się pierwsza przeczytana przeze mnie w tym roku powieść oraz dwie ostatnie :-) 1. Katarzyna Miller „Kup kochance męża kwiaty” – za mądrość i propagowanie niestereotypowego myślenia mającego na celu zmianę na lepsze 2. Majgull Axelsson „Ta, którą nigdy nie byłam” – po prostu za kawał świetnej prozy psychologiczno-obyczajwej 3. Hanna Kowalewska „Tego lata, w Zawrociu” – za klimat, ciepło oraz przepiękną polszczyznę Jeśli chodzi o niewypały to wskażę tylko jeden tytuł i będzie to „Traktat o szczęściu” Jeana d’Ormessona, bo zupełnie do mnie nie trafił i był jedynie czytelniczą drogą przez mękę. W zeszłym roku podjęłam się karkołomnego zadania jakim jest podliczenie wszystkich nabytych przeze nie w danym roku książek i zrobienie w związku z tym paru statystyk. A ponieważ coś sobie w styczniu obiecałam, postanowiłam sprawdzić, na ile to postanowienie udało mi się zrealizować. No i niestety ale skutek mych starań jest marny, bo miało mi w tym roku przybyć maksymalnie 30 książek a przybyły… 73 czyli jeszcze raz tyle, ile powinno. ALE na swoje usprawiedliwienie (albo uspokojenie sumienia) mogę powiedzieć, że łączne wydatki na książki w tym roku to w moim przypadku 480,74zł co w porównaniu do sumy z zeszłego roku jest kwotą o 1/3 mniejszą pomimo iż liczba zakupionych książek jest większa! Liczbowo tegoroczne zdobycze przedstawiają się tak: Łącznie nowych: 73 w tym: Kupione: 43 Dodatki do gazet: 5 Z wymian: 12 Od wydawnictw: 13 Ze wszystkich nowo nabytych przeczytałam 13 pozycji, dwie książki znałam już wcześniej i jestem w trakcie czytania jednej. Czyli kolejne z moich postanowień diabli wzięli ;-) Dlatego też na przyszły rok nie składam żadnych obietnic i postanowień :-)
piątek, 30 grudnia 2011
Mimo iż od świąt do końca roku mam urlop, z niczym nie mogę się wyrobić i także z prezentacją ostatnich zdobyczy w tym roku ledwo zdążyłam. Chciałam ten wolny od wszelkich obowiązków czas przeznaczyć przede wszystkim na spanie, wypoczynek i czytanie (plus pisanie recenzji) ale jak się okazało w praktyce nie jest to takie proste, tym bardziej że musiałam pozałatwiać jeszcze kilka spaw, na które nie miałam za bardzo czasu pracując. Dzisiaj więc przychodzę do was ze skromnym stosikiem a jutro postaram się zrobić podsumowanie roku czytelniczego 2011. Żadnych recenzji do końca roku już nie będzie.
środa, 28 grudnia 2011
Aby z góry rozwiać pewne podejrzenia tudzież pytania rodzące się w głowach czytelników tej recenzji od razu napiszę, że nie mam męża a mój nie-mąż nie ma kochanki. Ktoś mógłby więc zapytać skąd chęć przeczytania tego poradnika. Jestem wielką fanką pani Katarzyny Miller i bardzo cenię sobie jej mądrość, otwartość i umiejętność taktownego ale jednocześnie bardzo szczerego rozmawiania na trudne tematy. Czytam wszelkie artykuły prasowe jej autorstwa jak i wywiady z samą Miller. Wiedzę i mądrość z nich płynące chłonę jak gąbka. A że mam ostatnio w pracy taki kocioł, że z przepracowania i przemęczenia ledwo trzymam się po powrocie do domu na nogach, to kupiłam sobie w ramach zadośćuczynienia za te wszystkie stresy właśnie najnowszą książkę mojej ulubionej psycholożki. I nie mogłam sobie sprawić lepszego prezentu z okazji Świąt Bożego Narodzenia – czasu wyciszenia, przemyśleń, chęci przewartościowania pewnych poglądów ale i przez wzgląd na zbliżający się koniec roku okres nowych, ważnych decyzji, postanowień, obietnic. Zanim jednak zrezygnujecie z dalszego czytania tej recenzji mrucząc pod nosem ‘mnie to nie dotyczy’, chciałabym zapewnić, że nie jest to poradnik tylko dla kobiet borykających się ze zdradą partnera i – choć w głównej mierze skupia się na zdradzie seksualnej – obejmuje swoją tematyką także szersze znaczenia tego aspektu. Nie jest to typowy poradnik opisujący jak radzić sobie z pustką i bólem po odkryciu, że nasz mężczyzna nas zdradza. Owszem, pozwala zrozumieć przyczyny, dla których partner odchodzi do innej ale przede wszystkim naświetla problem od strony tradycji społeczno-kulturowej, w której przyszło nam żyć, umożliwia głębszą analizę psychiki kobiet i poznanie mechanizmów rządzących patriarchalnym społeczeństwem a tym samym lepsze zrozumienie samej siebie. To książka o siostrzanej solidarności kobiecej, o utraconym poczuciu kobiecej wspólnoty. Płakałam podczas czytania, bo w niektórych momentach treść książki trafiała w najgłębsze pokłady emocji dając upust skrywanym, tłamszonym uczuciom. To nie jest poradnik, w którym autorka sucho i zupełnie bez emocji opowiada o dręczących kobiety problemach i sposobach na zmianę myślenia. To nie jest poradnik dający gotowe odpowiedzi na wszystkie pytania. To jest intymna rozmowa pomiędzy autorką a czytelniczką, ciepła i serdeczna. Szalenie podoba mi się, że Katarzyna Miller nie stawia się w roli wszystkowiedzącej pani psycholog tylko ciepło i na luzie ‘rozmawia’ z czytelnikiem, opowiada o sytuacjach z życia swoich pacjentów, znajomych a także ze swojego, naświetla problem z wielu stron i zachęca do spojrzenia na niego w sposób niestereotypowy. To dialog, który niezwykle podnosi na duchu, oczyszcza psychicznie i przynosi ukojenie. Płakałam przy niektórych fragmentach ale był to płacz oczyszczający, przynoszący ulgę. Po skończeniu książki patrzę na niektóre sprawy nieco szerzej, dojrzalej. Katarzyna Miller wielokrotnie w swojej książce powołuje się na przykłady zachowań bohaterek literackich i filmowych, analizuje i wyjaśnia motywy ich postępowania. Na końcu książki można znaleźć spis lektur i filmów, z którymi warto się zapoznać jeśli interesuje nas temat szeroko pojętej zdrady. Jako akcent humorystyczny pojawia się również lista propozycji ‘Co można zrobić rywalce?’ z możliwością dopisania kilku własnych pomysłów ;-) Niezbyt często sięgam po poradniki psychologiczne, bo zazwyczaj trafiam na suche wykłady bez emocjonalnego zaangażowania autora dlatego cieszę się, że trafiłam na książkę, w której autorka wyciąga do czytelniczki ramiona i tuli ją w bólu i smutku jak najlepsza przyjaciółka. Cieszę się tym bardziej, bo sprawiłam sobie niezwykle cenny prezent i to akurat w tym a nie innym momencie mojego życia. Jest to pozycja mądra, wzbogacająca, zdecydowanie wartościowa a sięgnąć po nią powinny nie tylko kobiety zdradzone czy zdradzające ale także i te w szczęśliwych związkach. W moim osobistym rankingu poważna kandydatka do tytułu Książki Roku. Moja ocena: 6/6
niedziela, 25 grudnia 2011
Po spotkaniu autorskim z Hanną Kowalewską zapragnęłam przeczytać wszystkie jej książki. Okazja nadarzyła się kilka tygodni później, gdy wreszcie udało mi się upolować w bibliotece pierwsze cztery części cyklu o Zawrociu. Instynkt mnie nie mylił – odnalazłam w twórczości Kowalewskiej niemal wszystko, za czym ostatnimi czasy jako czytelnik bardzo tęskniłam: ciepło, swojskość, optymizm a wszystko to napisane przepięknym poetyckim językiem, tworzącym niepowtarzalny klimat tej niewielkiej objętościowo powieści. Fabułę można by streścić dosłownie w kilku zdaniach. Mieszkająca w małym mieszkanku na jednym z warszawskich blokowisk Matylda niespodziewanie otrzymuje w spadku po nielubianej w rodzinie i praktycznie sobie nieznanej babki Aleksandry piękny stary dom – tytułowe Zawrocie. Babka nie utrzymywała kontaktów ze swoją córką czyli matką Matyldy, skąd więc nagle pomysł, by przepisać cały majątek na wnuczkę, którą widziała może raz w życiu? Bohaterka udaje się więc do Zawrocia, by poznać wreszcie otoczenie, w którym żyła babka a odziedziczony dom okazuje się być otoczonym pięknym ogrodem i sadem dworkiem, pełnym antycznych mebli, starych dokumentów i… rodzinnych tajemnic. Wyprawa Matyldy do Zawrocia będzie też podróżą w głąb skrzętnie przed nią ukrywaną rodzinną przeszłość a poznawanie krok po kroku złożonych relacji ludzi związanych z dziejami zawrociańskiego majątku sprawi, że Matylda inaczej zacznie patrzeć na siebie i swoje życie. Czytając taki opis fabuły ktoś mógłby mruknąć ze znudzeniem ‘byyyło’. Fakt, motyw dziedziczenia starej posiadłości i radzenia sobie z różnego rodzaju związanymi z tym problemami pojawiał się ostatnimi laty bardzo często w literaturze (w lepszym lub gorszym wykonaniu), warto jednak pamiętać, że powieść Kowalewskiej ukazała się niemal 10 lat przed premierą osławionego „Domu nad Rozlewiskiem” i późniejszych kopii typu „Rok w Poziomce” etc. Jednak chciałabym uniknąć porównywania Zawrocia do Rozlewiska, bo to tak jakby przyrównać pierścień z zielonym oczkiem do ścierwa (zaraz pewnie dostanie mi się od fanów pseudo-twórczości pani Kalicińskiej ale ja naprawdę nie jestem w stanie pojąć sukcesu jej trylogii, której pierwszą część za chińskiego boga nie byłam w stanie przeczytać do końca i uważam za gniot wszechczasów, no ale to jest już temat na osobną notkę). Styl Kowalewskiej to zdecydowanie wysoka półka, powieść jest napisana językiem bogatym, poetyckim i bardzo sugestywnym, co tworzy niesamowity nastrój jak i umożliwia odbieranie stworzonych przez autorkę na kartach powieści obrazów wszystkimi zmysłami. Kowalewska posiada także talent w zakresie obserwacji ludzkich zachowań i kierujących nimi emocji –subtelnie kreśli nastrój towarzyszący wydarzeniom i bardzo trafnie wychwytuje nawet najdrobniejsze uczucia. Książka jest niewielka objętościowo (czytane przeze mnie wydanie liczy nieco ponad 200 stron) i składa się z krótkich, kilkustronicowych rozdziałów podzielonych dodatkowo na podrozdziały, co sprawia, że czyta się ją szybko i sprawnie. Oczywiście przyczynia się też do tego przepiękna polszczyzna oraz wciągająca fabuła. Ciekawym pomysłem jest narracja prowadzona w drugiej osobie, (Matylda często zwraca się bezpośrednio do nieżyjącej babki). Bohaterowie to z reguły typy nie wzbudzające sympatii, choć gdy przyjrzeć się im bliżej okazuje się, że to po prostu ludzie nieszczęśliwi, nierozumiani i mocno okaleczeni przez najbliższych, zamknięci w kokonach urazów i żalu. Zamiast pogardy czytelnik zaczyna w pewnym momencie odczuwać wobec nich raczej współczucie. Zdecydowanie najciekawszą postacią jest babka Aleksandra – tylko na pozór wredna, złośliwa i bez serca. Pod maską lodowatej obojętności kryje się dumna i ambitna, wiedząca czego chce ale bardzo samotna i niezrozumiana kobieta. „Tego lata, w Zawrociu” jest idealną książką na chłodne wieczory, spędzane w fotelu/na kanapie pod ciepłym kocem, z kubkiem parującego napoju w ręku. Dla mnie to powieść z kategorii tych, po które sięgamy gdy nam źle, gdy jesteśmy chorzy czy zwyczajnie chcemy zaszyć się w domowym cieple z wciągającą lekturą. Ta książka idealnie wpisuje się swoim nastrojem w takie chwile. Jest napisana pięknym, melodyjnym językiem, ma ciekawą, wciągającą fabułę, opromienia czytelnika złotym pyłem optymizmu i przynosi upragnione ukojenie a przy tym – mimo wszystko – nadal pozostaje czytadłem i nie wymaga szczególnego skupienia czy zaangażowania w zawarte niej przemyślenia. Książka zdobyła pierwszą nagrodę w konkursie na powieść polską organizowanym przez wyd. Zysk i S-ka oraz Świat Książki, stając się bestsellerem 1998r. Po skończeniu powieści łapczywie rzuciłam się na kontynuację pt. „Góra śpiących węży”. Oby jak najwięcej tak dobrze napisanych polskich powieści! POLECAM! Moja ocena: 5/6
wtorek, 20 grudnia 2011
Przeglądając ofertę Naszej Księgarni natknęłam się na taką serię dla nastolatek :) Okładki od razu przyciągnęły moją uwagę :)
Pozostałe okładki z serii:
niedziela, 18 grudnia 2011
Z literaturą włoską mam niezwykle rzadko do czynienia, więc ucieszyłam się na wieść, że będę mieć okazję zapoznać się z powieścią włoskiego debiutanta. Radość okazała się podwójna, bo nie dość że książka jest naprawdę bardzo dobrze napisana to na dodatek jest przykładem, że w zalewie literackiego chłamu dla młodzieży spod znaku wampira ukazują się na rynku także mądre i wartościowe powieści skierowane właśnie do nastoletniej grupy odbiorców. Głównym bohaterem „Białej jak mleko, czerwonej jak krew” jest 16-letni Leo o śmiesznej bujnej fryzurze (która – jak sam bohater podkreśla – idealnie pasuje do jego imienia i nadaje mu charakteru), nastolatek z typowymi dla swego wieku problemami oraz potajemnie zakochany w ognistorudej Beatrice. Leo (czyżby autor był fanem FC Barcelona? ;-)) jest typowym nastolatkiem – lubi grać z kumplami w piłkę, słuchać głośnej muzyki, jeździć po mieście na skuterze a szkołę traktuje jako zło konieczne. Jest jednak coś, co odróżnia go od innych młodocianych – Leo postrzega sytuacje i związane z nimi emocje poprzez kolory. Biel to pustka, samotność, smutek; czerwień – miłość, pasja, silne emocje a błękit pojawia się w obecości Silvii – najlepszej przyjaciółki Leo, która na dodatek potajemnie się w nim kocha. Miłość Leo do Beatrice jest tą pierwszą młodzieńczą miłością – romantyczną i naiwną ale jednocześnie pouczającą. Choroba Beatrice sprawi, że Leo otworzy szerzej oczy na świat, dowie się, co jest ważne w życiu i dlaczego warto mieć marzenia. To co mi się najbardziej podobało w tej książce to obraz młodzieży. Młodzieży jak najbardziej współczesnej, korzystającej nałogowo z elektronicznych dóbr naszych czasów (komunikacja za pomocą smsów czy codzienna rundka gier komputerowych), nie lubiącej szkoły i traktującej nauczycieli jak nudziarzy, chodzącej na randki do kina i z kumplami na mecz ale jest to młodzież nie przesiąknięta konsumpcjonizmem i bez grama chamstwa czy wulgarności i to mnie straszne ujęło. Niestety mam złą opinię o współczesnych nastolatkach i zdaję sobie sprawę, że za taki a nie inny ich obraz w dużej mierze ponoszą winę czasy, w jakich żyjemy (konsumpcjonizm, komercja, wyścig szczurów, ważniejsze jest ‘mieć’ a nie ‘być’, super technologie mające ułatwić życie a w rzeczywistości wyłączające myślenie), więc patrząc na młodzież u d’Avenii uśmiechałam się czytając o nastolatkach, którzy nie muszą używać wulgaryzmów, bo coś im nie wyszło albo ktoś ich zdenerwował (albo bo jest to cool, albo zupełnie bez powodu), nie muszą używać obraźliwych słów wymyślając przydomki dla nauczycieli (Naiwniak, Gandalf) a własną drużynę piłkarską mogą nazwać ot tak po prostu ‘Piraci’. Kolejna rzecz, którą byłam zachwycona to pojawienie się na kartach powieści młodego nauczyciela-przewodnika, który stosując nie do końca konwencjonalne metody nauczania nie tyle zmusza co zachęca młodzież do samodzielnego myślenia i do odważnego sięgania po swoje marzenia. Podobały mi się wszystkie przypowieści i proste prawdy zawarte w fabule. Niektóre mogą się wydać oczywiste, co poniektórzy podczas czytania mogą nawet stwierdzić, że to puste frazesy ale nie zapominajmy, że to powieść dla nastolatków i ten prosty przekaz prostych prawd jest jak najbardziej na miejscu. Książka jest napisana prostym językiem ale z grafomaństwem nie ma nic wspólnego, poza tym autor nie wciska nam tych ‘prawd’ na co drugiej stronie, więc nie musicie się obawiać powtórki z Paulo Coelho, od którego prozy mnie osobiście bolą zęby ;-) Aleksandro d’Avenia to zupełnie inna półka. Jeśli już o prostocie mowa to jest jedna rzecz, która mi w tej książce nie do końca odpowiada a jest to podejście do kolorów. Pomysł sam w sobie bardzo fajny, tylko szkoda, że Leo wiąże emocje tylko z trzema kolorami. Poza bielą, czerwienią i błękitem żadne inne barwy nie dochodzą do głosu a szkoda, w końcu jest tyle pięknych odcieni kolorów, które można by połączyć z równie bogatą paletą emocji… Ponoć mężczyźni gorzej rozróżniają kolory od kobiet , czerwień jest tylko jedna a malinowy czy wiśniowy to nie kolor, więc może gdyby autor był kobietą… No ale to są już dywagacje typu ‘gdyby babcia miała wąsy’, więc poprzestanę tylko na stwierdzeniu, że szkoda że d’Avenia ograniczył się tylko do trzech barw. Na koniec muszę wspomnieć o okładce – jest absolutnie przepiękna! Nie przepadam za typem urody na niej zaprezentowanym, ale akurat ta dziewczyna ma sobie jakąś niezwykłą siłę przyciągania, mogę na nią godzinami patrzeć jak zahipnotyzowana. Poza tym bardzo podoba mi się kontrast jaki tworzą kolory zawarte w tytule powieści z delikatną wiosenną zielenią okładki. Jeśli nie macie pomysłu na prezent gwiazdkowy dla nastoletniej siostry/kuzynki/córki etc. to polecam „Białą jak mleko, czerwoną jak krew”. Czyta się szybko i przyjemnie, książka jest ciekawa, napisana prostym językiem i przede wszystkim nie ogłupia do reszty jak durne powieści o wampirach itp. tylko daje do myślenia i przekazuje proste ale jakże piękne wartości. Polecam :) Po więcej informacji o książce i jej autorze zapraszam na stronę www.bialajakmleko.pl Moja ocena: 5/6 |
Zakładki:
Mój drugi blog
Szukam
Wyzwania czytelnicze
Blogosfera
Bywam...
Czytam...
Kontakt
Przeczytane
Warto zajrzeć
Tagi
| ||||||||||||||||||||||||||||||||||||||||||||||||||||||||||