środa, 17 sierpnia 2016

Zazwyczaj nie czytam książek gwiazd show-businessu. Nie interesuje mnie ich świat, zwłaszcza że większość z tych „gwiazd” nie reprezentuje sobą nic ciekawego. Z Ewą Błaszczyk jest jednak nieco inaczej. Od razu powiem, że kojarzę tylko jedną rolę aktorską pani Ewy – tą z serialu „Zmiennicy”. Polska kinematografia nie leży w kręgu moich zainteresowań, stąd też u mnie nikła wiedza w tym temacie. Wiem natomiast, że jest to aktorka lubiąca role trudne, niejednoznaczne, takie które można poddać głębokiej analizie psychologicznej.

To, co przyciągnęło mnie do pani Ewy to jej postawa życiowa po śmierci męża i wypadku córki Oli. Jak silną osobowość, jak silną nadzieję i wiarę w życie trzeba mieć by po takiej tragedii nie zwariować?

„Lubię żyć” to wywiad-rzeka z aktorką, matką i szefową fundacji „AKogo?”. O wszystkich tych życiowych rolach pani Ewa opowiada z optymizmem i wiarą, że los nie obdarzył jej ciężarem, którego nie mogłaby udźwignąć. Bije od niej spokój i pewien rodzaj ‘swojskości’, nie uświadczycie tu kapryśnej gwiazdy z przerostem ambicji. Nawet w rozmowie o ciuchach i kosmetykach daleko pani Ewie do osoby, której można przypiąć etykietkę 'próżnej damulki'.

Zaskoczeniem było dla mnie to, jak wiele mam z panią Ewą wspólnego – bardzo podobnie patrzymy na wiele spraw, mamy zbliżone podejście do życia i świata (poza kwestią wiary i religii...).

Rozmowa wzbogacona została o zdjęcia aktorki i jej rodziny z prywatnego archiwum.

Polecam Wam tę pozycję na leniwe popołudnie przy kawie czy herbacie. To nie jest książka do czytania w komunikacji miejskiej czy w kolejce do lekarza – warto poznać ją w ciszy, by móc choć na chwilę zadumać się przy lekturze.

Moja ocena: 4,5/6


wtorek, 02 sierpnia 2016

No właśnie, jak w temacie :-)

Znalazłam chwilę aby obfotografować zdobycze książkowe z minionego półrocza. Większość pochodzi z wyprzedaży w Biedronce, Matrasie, na stronie wyd. Muza.

Tagi: stosiki
18:38, weisse_taube , stosiki
Link Komentarze (3) »
sobota, 30 lipca 2016

Jeszcze dwa lata temu nie przepadałam za panem Cejrowskim. „Boso przez świat” nie oglądałam (tematyka podróżnicza jakoś nigdy nie wzbudzała we mnie specjalnego zainteresowania), kojarzyłam przez mgłę jedynie „WC kwadrans”, który również nie zdobył mojej przychylności. Ogółem rzecz biorąc postać pana WC nie kojarzyła mi się dobrze. Zmieniło się to jakieś dwa lata temu za sprawą Lubego, który Cejrowskiego lubi i chętnie ogląda. Obejrzeliśmy razem kilka odcinków „Boso…” i spodobało mi się na tyle, że do dziś jeden odcinek programu towarzyszy nam zawsze podczas obiadu. Słuchamy też audycji radiowych z panem Wojtkiem, dwa razy byliśmy też na jego stand-upie (raz aż się popłakałam ze śmiechu!). Z wieloma poglądami Cejrowskiego się nie zgadzam, w wieloma zgadzam – lubię go słuchać, lubię go oglądać. A czy lubię Cejrowskiego czytać? No właśnie…

Na początku pojawił się pewien problem. Otóż Wojciech Cejrowski pisze tak jak mówi. Papla co mu ślina na język przyniesie, często zbacza z tematu albo mówi o rzeczach, które niczego do akcji nie wnoszą (w stylu: Siedzę na porczu. Nic nie robię. Siedzę i tak patrzę. Czuję się wolnym człowiekiem. Siedzę dalej….). Takie mówienie o niczym byle by mówić mocno mi działało na nerwy i w końcu zakończyło się odłożeniem książki na kilka-kilkanaście tygodni.

Wróciłam do niej kiedy zrobiło się luźniej w pracy i mogłam sobie spokojnie podczytywać ebooka. Począwszy mniej więcej od drugiej części zrobiło się już ciekawie a i narracja a la WC przestała mnie aż tak bardzo razić. Drugą połowę książki połknęłam dosyć szybko i nawet kilka razy aż łzy trysnęły mi do oczu ze śmiechu.

A o czym pan Wojtek opowiada? Ano o życiu codziennym w Arizonie – choć powinnam raczej napisać: o tym, jak przeżyć w mało przyjaznych człowiekowi warunkach panujących na prerii. Przedstawia krótką acz zawiłą historię wejścia w posiadanie małego rancza, powolne próby doprowadzenia go do stanu użyteczności (przez kilkanaście lat dom stał opuszczony) czy etapy wchodzenia w kowbojską społeczność.

Wszystko to z dużym poczuciem humoru ale i dystansem zarówno wobec siebie jak i otaczającej go rzeczywistości. Dowiecie się jak zrobić i wysuszyć pranie aby ubrań nie pokrył wszędobylski preriowy pył, jak minimalnym wysiłkiem posprzątać mieszkanie (przymocowujemy wszystko, co ma nie odfrunąć, otwieramy drzwi i okna na przestrzał a hulający dziko wiatr odwala robotę za nas), jak założyć przydomowy ogródek i dlaczego absolutnie musicie mieć przed domem trawnik, jak (świadomie lub nie) zwabić okoliczne zwierzęta, dlaczego przejechanie na drodze skunksa może skończyć się kilkudniowym ostracyzmem społecznym, skąd u wszystkich sąsiadów tabliczki z napisem ‘we don’t dial 911’ i dlaczego nawet na własnym terenie położonym gdzieś na pustkowiu nie należy poruszać się nago (to moja ulubiona historia, przy której omal nie popłakałam się ze śmiechu). A jak dodacie do tego opowieści o lokalnych dziwakach czy kawały jakimi raczą się mieszkańcy małego miasteczka, w którym Mr Gringo się osiedlił, otrzymacie książkę, która wprost genialnie poprawia humor ale i uczy dystansu do świata i różnych problemów.

Jako że czytałam ebooka nie miałam przyjemności kontaktu z – jak niesie blogerska fama – przepięknym wydaniem książki z mnóstwem zdjęć i ilustracji. Ale nadrobię to podczas najbliższej wizyty w księgarni.

I oczywiście nie mam już wątpliwości czy sięgnę po inne książki pana WC. Sięgnę i to z największą przyjemnością!

Moja ocena: 5/6


 

sobota, 23 lipca 2016

Zacznę od tego, czym ta książka nie jest. Na pewno nie jest to poradnik, z którego dowiemy się jak efektywnie sprzątać kuchnię czy łazienkę – tak aby poszło szybko i sprawnie. Jeśli nie wiecie czy zacząć od mycia podłogi czy może blatu kuchennego, czy najpierw wyszorować wannę czy umywalkę – skierujcie się raczej w stronę perfekcyjnej pani domu czy innych tego typu „ekspertek”. Książka Marie Kondo traktuje o zupełnie innym rodzaju sprzątania – o generalnych porządkach, podczas których pozbywacie się większości rzeczy, czego efektem jest nie tylko czyste i schludne otoczenie ale i świeży umysł plus więcej życiowej energii na co dzień (uwaga! To nie ma nic wspólnego z feng shui).

Mam z Marie Kondo wiele wspólnego. Zdobyła moją sympatię niemal od pierwszej strony, gdyż czytając o jej temperamencie i różnego rodzaju schizach ujrzałam w niej odbicie samej siebie. Jestem osobą bardzo uporządkowaną i mam hopla na punkcie organizacji przestrzeni wokół mnie, zwłaszcza pod kątem segregowania, katalogowania i przechowywania różnego rodzaju istotnych dla mnie papierów. Podobnie jak autorka mam za sobą okresy porządkowych szaleństw i terroryzowania rodziny pod tym kątem. Do wielu swoich dziwactw nie przyznaję się publicznie, aby ludzie nie wzięli mnie za wariatkę. Luby nazywa to nerwicą natręctw (może coś w tym jest) i śmieje się ze mnie dobrodusznie za każdym razem kiedy widzi kolejny mój ‘atak’.

Jednak metoda „konmari” opracowana przez autorkę nie przemawia do mnie w 100%. Według Marie Kondo „skuteczne sprzątanie obejmuje dwa niezbędne działania: wyrzucanie rzeczy i podejmowanie decyzji, gdzie pozostałe przechowywać.”1 Zgadzam się z tym stwierdzeniem z jednym małym ‘ale’. Zagracone mieszkanie owszem najlepiej jest doprowadzić do porządku poprzez pozbycie się większości rzeczy, jednak z mojego doświadczenia wynika, że metoda selekcji ‘zadaj sobie pytanie czy dana rzecz sprawia ci radość, jeśli nie to ją wyrzuć” nie sprawdza się u wszystkich. Wyrzuciłam w swoim życiu wiele rzeczy, których pozbycia się po kilku miesiącach (a czasem nawet latach) bardzo żałowałam. Poza tym wiem już, że np. w przypadku ubrań niechodzenie w danym ciuszku przez rok wcale nie oznacza, że już mi się znudził albo przestał podobać. Wielokrotnie zdarzało się, że po tych dwóch latach leżenia ciucha w szafie nagle odkrywałam go na nowo i chodziłam w nim niemal do zdarcia. Metoda ‘konmari’ powinna być moim zdaniem uzupełniona jeszcze o umiejętność odmawiania sobie kupowania wciąż nowych przedmiotów, które zagracają nasze mieszkanie. Wtedy ma szansę na 100% powodzenie.

Nie zgadzam się także w pełni z proponowaną przez Kondo metodą przechowywania ubrań. Nie będę wchodzić w szczegóły, gdyż jest to temat na osobną (i to długą!) notkę a poza tym uważam, że każdy czytelnik powinien sam osądzić jej przydatność pod kątem własnego życia, preferencji, możliwości przestrzennych itp. Do mojego sposobu życia i organizacji przestrzeni metoda ta nie pasuje w 100% ale to nie znaczy, że nie można wyciągnąć z niej czegoś dla siebie – ja np. po lekturze jednego z rozdziałów uporządkowałam na nowo szufladę z rajstopami i tutaj muszę przyznać, że metoda pani Kondo sprawdza się wprost genialnie!

Nie byłabym prawdziwą książkoholiczką gdybym nie wspomniała tutaj o rozdziale poświęconym czystce książek. Już samo pisanie na ten temat sprawia mi ból serca ale muszę, po prostu muszę wyrazić moje oburzenie i zniesmaczenie tym, co zachwala Marie Kondo. Otóż autorka chwali się nie tylko tym, ile książek udało jej się wyrzucić na śmietnik (!!!) ale także tym, gdzie przechowuje kilka pozostałych a stoją sobie one… uwaga: na półce w szafce na buty. Nie wiem, co mam napisać, wydaje mi się, że jedynym sensownym komentarzem będzie poniższe zdjęcie:

Wyrzucanie książek do śmietnika jest dla mnie taką samą zbrodnią jak palenie ich na stosie. Przecież można je rozdać znajomym, oddać do biblioteki (także takiej ‘mobilnej’) albo do szpitala czy domu starców, gdzie ktoś na pewno się z nich ucieszy i je przeczyta. Ale wyrzucać tak po prostu do śmieci…? Brrrr, zgroza! Mam do książek nabożny stosunek, stanowią one ważną część mojego życia i – no cóż, powiedzmy to wprost – zajmują sporą powierzchnię w moim mieszkaniu. Nawet wchodząc w związek z mężczyzną, zawsze podkreślałam swoją miłość do literatury i dobitnie dawałam do zrozumienia, że wiążąc się ze mną wiążesz się także z ponad tysiącem egzemplarzy mojego księgozbioru. O ile męczy mnie zbyt duża ilość przedmiotów i mebli, które zagracają mieszkanie, tak książek mogę mieć tysiące i wcale nie przeszkadza mi, że leżą one dosłownie wszędzie. Zresztą, nie wykluczam, że za kilkanaście lat moje mieszkanie może wyglądać podobnie jak na poniższym obrazku ;-)

Moje ogólne wrażenia z lektury są pozytywne, choć mam do tej książki kilka zastrzeżeń. Jest napisana nieco chaotycznie, z dużą ilością powtórzeń (a wydawałoby się, że osoba mająca świra na punkcie porządku i odpowiedniej organizacji przestrzeni będzie potrafiła też właściwie uporządkować treść pisanej przez siebie książki). Tak właściwie to przez większość czasu miałam wrażenie, że czytam w kółko to samo tylko inaczej ubrane w słowa. Nie należy także zapominać, że Marie Kondo opisuje w swoim poradniku doświadczenia z japońskimi klientami (wskazuje na to także podtytuł: „Japońska sztuka porządkowania i organizacji”) a jak wiemy jest to odmienna kultura od naszej, więc do wielu zaleceń należy podejść z dużym dystansem.

Jeżeli czujecie, że Wasze mieszkanie jest zagracone, że nie potraficie swobodnie żyć w takiej przestrzeni, przeczytajcie „Magię sprzątania”. Wiem z własnego doświadczenia, że oczyszczanie przestrzeni pomaga także oczyścić umysł a poradnik Marie Kondo to naprawdę fajna i inspirująca pozycja. Wielu czytelników twierdzi, że po przeczytaniu tej książki od razu chce się zacząć sprzątać i ja tę tezę potwierdzam :-) Nie traktujcie jednak zbyt serio wszystkich zaleceń pani Kondo, filtrujcie metodę ‘konmari’ przez pryzmat własnych doświadczeń, odczuć, możliwości i upodobań, wybierajcie z niej tylko to, co do Was przemawia i jest zgodne z Waszym trybem życia.  

Moja ocena: 5/6


1 Marie Kondo, Magia sprzątania. Japońska sztuka porządkowania i organizacji, wyd. MUZA S.A., Warszawa 2015, str 54

środa, 08 czerwca 2016

Jeśli macie ochotę na ciepłą i kojącą lekturę na letnie popołudnia, to nie sięgajcie po „Herbaciarnię pod Morwami” autorstwa Sharon Owens. Zwiodła mnie urocza okładka oraz całkiem sensownie brzmiący opis fabuły ale treść i atmosfera powieści zupełnie rozminęły się z moimi oczekiwaniami.

Akcja powieści Sharon Owens umiejscowiona jest w Belfaście, gdzie przy ulicy Morwowej znajduje się herbaciarnia prowadzona przez znudzone sobą małżeństwo. Daniel poświęca się w 100% prowadzeniu lokalu i chłodno odnosi się do pomysłów żony dotyczących modernizacji miejsca, na które Penny nie może już patrzeć. Herbaciarnia jest miejscem, w którym splatają się drogi życiowe wszystkich bohaterów tej książki – są oni stałymi gośćmi bądź trafiają tam przypadkiem. Spotykamy tu więc dwie podstarzałe stare panny bliźniaczki, niespełnioną i niedocenianą malarkę pisującą miłosne listy do Nicolasa Cage’a, otyłą żonę zdradzaną przez męża, dziennikarkę poszukującą utraconą kilkanaście lat temu miłość…

Zdecydowana większość tych ludzi nie wzbudza sympatii. Nie ma tu wesołych pogawędek przy kawie i cieście, wzajemnego wspierania się w potrzebie, dzielenia się dobrym słowem i pozytywnymi myślami. Są rozczarowane sobą i nie potrafiące ze sobą rozmawiać małżeństwa, zdewociałe i konserwatywne w swym światopoglądzie stare panny czy niezrównoważone emocjonalnie i nieprzystosowane do życia artystki-dziwaczki. Nie ma tu miejsca na radość, z każdej strony wylewają się żal, pretensje, zadufanie i złośliwość. Wysłuchałam audiobooka do końca tylko ze względu na ciekawość jak potoczą się losy Petera i Clare – czy odnajdą się po tylu latach?

Pierwszy raz słuchałam audiobooka czytanego przez kobietę i stwierdzam, że zdecydowanie preferuję w tej roli głos męski. Joanna Jędryka czyta z dosyć denerwującą manierą (nie jestem w tym poglądzie odosobniona, nawet Luby stwierdził któregoś dnia, że nie jest w stanie jej słuchać), zbyt usilnie stara się odpowiednio modulować głos, przez co niestety tylko pogłębiła moją niechęć do bohaterów.

Sharon Owens oprócz pisania powieści jest także malarką. Obrazy przez nią tworzone przemawiają do mnie znacznie bardziej niż jej proza…

Moja ocena: 2/6




20:02, weisse_taube , przeczytane
Link Dodaj komentarz »
środa, 01 czerwca 2016

Pierwszy raz sięgnęłam po powieść pani Michalak i myślę, że jednocześnie jest to mój ostatni kontakt z jej twórczością. Wybór tytułu jest zupełnie przypadkowy, miałam ochotę na lekkie czytadło do pracy i trafiłam akurat na „Spełnienia marzeń”, które w tamtym momencie było jej najnowszą książką.

Jest to historia dwójki młodych ludzi gorzko doświadczonych przez los. Osiemnastoletnia Klaudia jest ofiarą przemocy w rodzinie a niewiele od niej starszy Kamil stracił wzrok w wyniku brutalnego pobicia przez chuliganów. Ścieżki tych dwojga zbiegają się w momencie, w którym Klaudia odpowiada na ogłoszenie o pracę – opiekę nad niewidomym Kamilem. Relacje między bohaterami są trudne i napięte, oboje są przecież nieufni i ostrożni w kontaktach z innymi ludźmi. Powoli jednak uczą się przełamywać swoje uprzedzenia i oswajać lęki i choć uczucie, które ich połączy wniesie w ich życie nieco ciepła i słońca, będą musieli stawić czoła wielu przeciwnościom na drodze do własnego szczęścia.  

Pani Michalak nie operuje wyszukanym językiem ale gatunek do jakiego zalicza się jej książki nie jest w tym względzie wymagający. Stylem jakim posługuje się autorka, zwłaszcza w opisach potępianych społecznie zachowań czy charakterystyki czarnych charakterów nie powstydziłby się najlepszy reporter Faktu lub Super Expressu. Bohaterowie są płascy, jednowymiarowi, w większości przypadków mocno irytujący a poziomem swojej głupoty i ciasnotą poglądów wprawiają czytelnika w osłupienie. Ich zachowania oparte są na stereotypach, brak tu pogłębionej psychologii postaci. Główna bohaterka zachowuje się wybitnie niedojrzale i niemal na każdej stronie strzela focha.

Fabuła jest bzdurna, obfitująca w nieprawdopodobne zbiegi okoliczności a ilością nieszczęść jakie spadają na głównych bohaterów można by obdzielić pół dzielnicy. Wszystko to czyni z tej powieści łzawy melodramat na miarę programów typu „Trudne Sprawy”. A o pracy polskiej policji pani Michalak ma niewielkie pojęcie albo po prostu naoglądała się za dużo amerykańskich seriali o szybko działających, miłych i współczujących strażnikach prawa.

Fatalny styl nie powinien zresztą dziwić, wystarczy spojrzeć na częstotliwość z jaką autorka publikuje swoje powieści. Trzy – cztery nowe publikacje w roku zdają się potwierdzać moje podejrzenia o pisanie na zamówienie – czyli szybko, byle jak i zapewne w oparciu o jakiś schemat.

Zrobiłam mały research w sieci i okazuje się, że Katarzyna Michalak ma spore grono wielbicielek, z którymi chętnie koresponduje na łamach prowadzonego przez siebie bloga i na facebooku. Także zdecydowana większość recenzji jej książek jest pozytywna, rzadko trafiają się czytelniczki krytykujące jej twórczość. Ja jednak dołączę do tego niewielkiego procenta osób, które na myśl o stylu pani Michalak reagują zduszonym jękiem i towarzyszącym mu  plaśnięciem dłoni o czoło. Rozumiem, że są osoby, które potrzebują takich historii i takich emocji, ja jednak znajomość twórczości tej poczytnej autorki zakończę na tej jednej przeczytanej książce.

Moja ocena: 1/5



18:02, weisse_taube , przeczytane
Link Komentarze (2) »
piątek, 20 maja 2016

Pierwszy raz zetknęłam się z „The Paper Magician” na Instagramie, gdzie debiutancka powieść młodziutkiej Amerykanki o męskim imieniu zbierała całkiem pochlebne opinie. Książka nie ukazała się jeszcze na polskim rynku i nic mi nie wiadomo na temat ewentualnych planów jej wydania. Czytałam ebooka po angielsku.

Bohaterką powieści jest Ceony Twill, absolwentka Szkoły Magii, która trafia na praktyki do domu Emery Thane’a – maga (czarodzieja, magika? Nie wiem jakie słowo byłoby tu najodpowiedniejsze i powiem szczerze, że jeśli książka ukaże się po polsku na pewno ją przeczytam, by dowiedzieć się w jaki sposób zostały przetłumaczone niektóre terminy występujące w książce) zajmującego się papierową magią. Ceony nie jest szczególnie zachwycona magicznym elementem, jaki przypadł jej w udziale – papier wydaje jej się nudny i dający małe pole do popisu. Zawsze marzyła o tym, by zajmować się metalem. Pokornie jednak uczy się zaklęć objaśnianych przez nauczyciela, który wydaje jej się być znaczne ciekawszą postacią niż magia, którą reprezentuje. Thane jest bardzo tajemniczy, zamknięty w sobie i nieco gburowaty, co na początku zniechęca do niego Ceony ale w miarę upływu czasu, dziewczyna czuje się coraz bardziej zaintrygowana jego osobą. A kiedy pewnego dnia, zupełnie znienacka, pojawia się w domu czarnowłosa piękność, która za pomocą magii krwi chce uśmiercić Thane’a, Ceony decyduje się wyruszyć w bardzo nietypową i chyba nigdzie wcześniej nie występującą w literaturze podróż, by ratować swego nauczyciela…

Uch, pisanie o treści tej książki bez zdradzania co ciekawszych faktów i zdarzeń jest bardzo trudne!

Zacznijmy może jednak od pewnej cechy świata wykreowanego przez Holmberg, która szalenie mi się spodobała. Zazwyczaj w powieściach, w których mamy do czynienia z magią, jest ona ukazywana jako zbiór zaklęć rzucanych przez maga/czarodzieja, które pozwalają mu przejąć władzę nad siłami nadprzyrodzonymi i w ten sposób zmieniać rzeczywistość. Dodajmy, że magia ta dotyczy praktycznie wszystkich zjawisk. U Holmberg jest zupełnie inaczej: poszczególni magowie uczą się magii związanej z tylko jednym, wybranym przez siebie (lub narzuconym) elementem: może to być papier, szkło, metal itp. Mag związany z papierem nie potrafi ożywić metalu i odwrotnie. Była to dla mnie bardzo miła i ciekawa odmiana. A Holmberg wspaniale potrafi opisywać ten rodzaj magii na przykładzie swojej bohaterki uczennicy, która wraz z czytelnikiem poznając coraz bardziej skomplikowane ‘foldy’ (sztuka składania papieru, jak w orgiami), zaczyna rozumieć jak wielką moc ma ten niepozorny na pierwszy rzut oka element.

Nie jestem w stanie podać dokładnego czasu i miejsca akcji, zresztą nie przypominam sobie aby autorka informowała o tym wprost ale na podstawie pewnych faktów można się domyślić, że fabuła osadzona jest gdzieś w Anglii na przełomie XIX i XX wieku.

Powieść jest napisana prostym językiem, nie zawiera skomplikowanych form składniowych czy wydumanych metafor. Widać, że jest to debiut Charlie N. Holmberg, podobnie da się to zauważyć w niektórych rozwiązaniach fabularnych czy zbyt nagłych i – przynajmniej z mojej perspektywy – nieuzasadnionych zwrotach akcji ale nie jest to poważny zarzut z mojej strony. Powieść czytało mi się całkiem przyjemnie a spora ilość naprawdę ciekawych i innowacyjnych pomysłów sprawiła, że przymknęłam oko na pewne niedociągnięcia.

Holmberg bardzo umiejętnie stopniuje napięcie i oszczędnie dawkuje informacje na temat przeszłości Thane’a. Dopiero w drugiej części powieści, w trakcie osobliwej podróży Ceony (ależ chciałabym o tym napisać, ale nie! Cicho sza! Nic nie zdradzę) krok po kroku poznajemy jego życie i uczucia praktycznie od podszewki.

Wątku romansowego pomiędzy Ceony a Thanem tu praktycznie nie ma i chwała za to autorce. Pozwala to czytelnikowi skupić się na szczegółach świata przedstawionego czy na koncepcji działania papierowej magii. Cień kiełkującego uczucia pojawia się pod sam koniec powieści i to ku zaskoczeniu obojga bohaterów. Dobrze to pani rozegrała, pani Holmberg.

„The Paper Magician” jest pierwszą częścią trzytomowego cyklu, ale nie wiem czy zdecyduję się kontynuować jego czytanie. Kreacja świata przedstawionego może i jest ciekawa i na pewno warto się z nią zapoznać choćby ze względu na jej unikalność w literackim świecie ale powiedzmy sobie szczerze – nie są to porywające historie, nie tęsknię jakoś szczególnie za bohaterami. Jeśli sięgnę po kolejne tomy to raczej z chęci poczytania trochę po angielsku.

Moja ocena: 3,5/6


 

niedziela, 15 maja 2016

Wielki powrót Balzaka do mojego małego czytelniczego świata!

Po raczej mało znaną powieść „Lilia w dolinie” sięgnęłam przeczytawszy cytat oraz kilka słów zachęty na blogu Koczowniczki, u której mam teraz dług wdzięczności, bo powieść okazała się rewelacyjna!

Balzaka czytałam ostatnio w liceum (czyli dobre 15 lat temu), był to oczywiście „Ojciec Goriot”, z którego zresztą nic już kompletnie nie pamiętam. Ale chcę tę lekturę nadrobić, bo „Lilia w dolinie” wzbudziła we mnie tyle emocji i była tak dużym pozytywnym zaskoczeniem, że chyba przerobię całego Balzaka wzdłuż i wszerz ;-)

„Lilia w dolinie” to powieść epistolarna, w której główny bohater i jednocześnie pierwszoosobowy narrator opowiada w listach do tajemniczej Natalii historię swojej wielkiej miłości do zamężnej kobiety. Trudno tu mówić o romansie, bo była to miłość niespełniona, platoniczna a przez to naznaczona tragizmem. Ukochana Feliksa – Henrietta – nie była w stanie zdradzić i porzucić męża tyrana, znęcającego się nad nią psychicznie. Rozsądek i zasady moralne wzięły górę nad podszeptami serca.

Powieść napisana jest przepięknym językiem, niezwykle sugestywnym i rozedrganym od emocji. Opisy przyrody odzwierciedlają stan emocjonalny bohaterów, a ich plastyczność pobudza wyobraźnię.

Jednak najbardziej ujęła mnie w tej powieści pogłębiona konstrukcja psychologiczna postaci i doskonale umotywowane zachowania. A opis paryskiego społeczeństwa, przed którym hrabina ostrzega młodego i nieobytego w towarzystwie Feliksa, po prostu zwala z nóg swoją aktualnością. Od napisania powieści minęło 180 lat a ja czułam się, jakbym czytała o ludziach nam współczesnych! Świadczy to o tym, jak świetnym obserwatorem i psychologiem był Balzak, skoro nawet po tylu latach jego spostrzeżenia potrafią zaskoczyć swoją trafnością.

Zaskakujące jest także zakończenie. Dowiadujemy się wtedy jaką rolę w życiu Feliksa pełni tajemnicza adresatka listów Natalia, choć bystry czytelnik domyśli się tego wcześniej. A to czy postąpiła słusznie, o tym każdy czytelnik będzie musiał zadecydować sam.

Jestem szczerze zachwycona tą powieścią, którą słuchałam w formie audiobooka. Spędziłam w jej towarzystwie kilkanaście fantastycznych popołudni – umilała mi pieczenie ciasta lub sprzątanie mieszkania. Włodzimierz Nowakowski był wspaniałym lektorem, z dobrą dykcją i umiejętną modulacją głosu.

Polecam Wam  zapoznanie się z tą piękną opowieścią o niespełnionej miłości i jej tragicznych konsekwencjach. Może podobnie jak ja odkryjecie dzięki niej Balzaka na nowo! 

Moja ocena: 5,5/6



14:47, weisse_taube , przeczytane
Link Komentarze (2) »
sobota, 07 maja 2016

Po dłuższej przerwie wracam do blogowania. W okresie zimowym zapadłam nieco w letarg i nie miałam ochoty na większą aktywność umysłową. Obserwuję u siebie tę tendencję od kilku lat, ale póki okres ‘zimowego snu’ nie przedłuża się nadmiernie i jestem w stanie szybko i bezboleśnie powrócić do żywych, nie mam powodu do zamartwiania się tym zbytnio. Odpoczęłam, zresetowałam umysł, zrobiłam porządki wokół siebie, mam więc nową energię do działania.

W pierwszym kwartale roku udało mi się skończyć zaczęty jeszcze jesienią drugi tom Kronik Wardstone pt. „Klątwa z przeszłości”. Osoby, które nie czytały części pierwszej i nie orientują się w tematyce cyklu, odsyłam do recenzji.

Tym razem Tom i jego mistrz Gregory udają się do Priestown, by pokonać ukrytego w katakumbach Mora – istotę zmiennokształtną i potrafiącą wpływać na umysły ludzi. Jest to stwór bardzo niebezpieczny, zagrożone jest całe hrabstwo. Ale to nie jedyne niebezpieczeństwo, któremu musi stawić Stracharz i jego uczeń – do miasta bowiem przybywa okrutny Kwizytor, który szuka i skazuje na śmierć wszystkich, którzy mają do czynienia z Mrokiem…

Ten tom czytało mi się o wiele dłużej niż poprzedni i wcale nie ze względu na nadmiar obowiązków (dla przypomnienia – Kroniki Wardstone podczytuję w wolnych chwilach w pracy). Zupełnie nie mogłam wciągnąć się w początkowe rozdziały, wydarzenia związane z przybyciem Stracharza i Toma do miasta były dla mnie na tyle mało atrakcyjne, że nawet mając wolny czas wolałam robić coś innego niż czytać. Dopiero mniej więcej w połowie akcja ruszyła z kopyta, co pozwoliło mi połknąć resztę w dwa dni.

Drugi tom Kronik wydaje się słabszy od pierwszego i zaczynam dostrzegać schemat, na którym opiera się Delaney pisząc ten cykl. Nie zmienia to faktu, że po kolejne tomy sięgnę na pewno, choćby z czystej ciekawości i chęci poznania dalszych szczegółów z życia Stracharza, które autor umiejętnie dawkuje w kolejnych tomach.

Kroniki Wardstone to świetny cykl dla dzieci powyżej 10. roku życia, nie polecam młodszym czytelnikom ze względu na sporą ilość makabry i grozy w opisach Mroku i jego mieszkańców.


Moja ocena: 3,5/6



sobota, 30 stycznia 2016

W wolnym czasie bardzo lubię 'dłubać' na szydełku, drutach, szyć czy robić różne rzeczy z papieru, filcu i innych materiałów. Ostatnio w ruch poszły nożyczki, kolorowy papier i bawełniane koronki. A oto co udało mi się stworzyć: zakładki w nieco vintage'owym, romantycznym stylu:

 

 
1 , 2 , 3 , 4 , 5 ... 30
| < Wrzesień 2016 > |
Pn Wt Śr Cz Pt So N
      1 2 3 4
5 6 7 8 9 10 11
12 13 14 15 16 17 18
19 20 21 22 23 24 25
26 27 28 29 30    
Tagi
Related Posts Plugin for WordPress, Blogger...