sobota, 30 stycznia 2016

W wolnym czasie bardzo lubię 'dłubać' na szydełku, drutach, szyć czy robić różne rzeczy z papieru, filcu i innych materiałów. Ostatnio w ruch poszły nożyczki, kolorowy papier i bawełniane koronki. A oto co udało mi się stworzyć: zakładki w nieco vintage'owym, romantycznym stylu:

 

sobota, 23 stycznia 2016

Kiedy za oknem temperatura spada grubo poniżej zera a puszysty śnieg przykrywa całą okolicę białą kołderką, to idealny moment na sięgnięcie po powieść w tego rodzaju klimacie czyli z akcją umiejscowioną w dalekim, odludnym miejscu, gdzie panuje sroga zima wpływająca nie tylko na krajobraz ale i na duszę i uczucia ludzi. Taką właśnie książką jest „Dziecko śniegu”, debiutancka powieść pochodzącej z Alaski Eowyn Ivey (matka poetka nadała jej imię na cześć jednej z bohaterek „Władcy Pierścieni”). Eowyn pracuje w Fireside Books, klimatycznej księgarni w miasteczku Palmer i to właśnie tam znalazła inspirację do napisania swojego debiutu. Któregoś dnia porządkując książki na półkach w księgarni, trafiła na książeczkę dla dzieci p.t. „The Snow Child” z ilustracjami alaskańskiej artystki Barbary Lavallee. To właśnie wtedy po raz pierwszy zetknęła się z rosyjską baśnią o Śnieżynce. Pisząc powieść prowadziła research na temat recepcji baśni na świecie i okazało się, że przez wieki była ona przetwarzana na wszelkie możliwe sposoby – pojawiała się w malarstwie, literaturze a także w świecie opery i baletu. Wszystkie te ‘retelligi’ były paliwem dla wyobraźni Ivey. 

„Dziecko śniegu” również bazuje na rosyjskiej „Śnieżynce”. To historia bezdzietnej pary, która pewnej zimy lepi ze śniegu postać dziewczynki. Następnego dnia po śniegowej postaci nie ma śladu, zaś do drzwi staruszków puka dziecko…

W historii stworzonej przez Ivey bohaterami jest para w średnim wieku Jack i Mabel. Przytłoczeni tragedią jaka wydarzyła się w ich życiu kilka lat temu (narodziny martwego dziecka), niemożność posiadania dzieci i brak chęci  życia wśród szczęśliwych, odnoszących sukcesy i przede wszystkim wielodzietnych członków pozostałej rodziny, skłania tę dwójkę do przeniesienia się na odludną Alaskę, by zacząć życie od nowa – z dala od naznaczonej nieszczęściem przeszłości. Akcja powieści osadzona jest na początku XX wieku, trzeba więc uświadomić sobie, na co porwali się Jack i Mabel. Życie w tym okresie w tak odludnym i mało przyjaznym człowiekowi środowisku nie należało do najłatwiejszych. Ludzie żyli w tym mało zaludnionym amerykańskim stanie głównie z pracy własnych rąk i to bardzo ciężkiej pracy. Alaskańska ziemia nie chciała tak łatwo dać się uprawiać - przygotowanie odpowiednio dużego pola pod uprawę wymagało najpierw kilkudniowego karczowania terenu a później całodziennej orki, często ponad siły młodego człowieka a co dopiero osób starszych, o kiepskim zdrowiu i kondycji. Mabel i Jack nie poddają się jednak i robią wszystko, by pozostać na Alasce. W końcu powrót do rodziny do Pensylwanii oznaczałby kolejną porażkę w ich życiu. Pewnego zimowego popołudnia para urzeczona pierwszym śniegiem tej zimy otulającym wszystko dookoła, lepi ze śniegu dziewczynkę. Mabel ubiera ją w niebieski szal i rękawiczki, tak jak para staruszków z rosyjskiej baśni, którą pamięta z dzieciństwa. Następnego dnia śniegowa postać znika, zaś na obrzeżach lasu w pobliżu gospodarstwa pojawia się dziewczynka ubrana w błękitny szal Mabel. Początkowo małżeństwo nie wie, co myśleć o małej dzikusce biegającej po lesie – czy to prawdziwe dziecko czy tylko wytwór ich wyobraźni, ‘zimowa gorączka’ jak twierdzi ich sąsiadka Esther. Zdaje się, że Bóg wysłuchał w końcu modłów Jacka i Mabel i zesłał im upragnione dziecko. Kim ono jest i jaki będzie miało wpływ na życie tej pary? Warto przeczytać i przekonać się samemu.

„Dziecko śniegu” nie jest powieścią zapierającą dech w piersiach. Czytałam na jej temat wiele pięknych słów, jednak mojego serca ta książka nie skradła. Zbyt słabo oddziałuje na moje emocje, by zyskać sobie miano poruszającej historii. Owszem, jest piękna i smutna ale nic poza tym.

Zdecydowanie najmocniejszą stroną powieści jest opisana w niej alaskańska przyroda. Dzika, dziewicza i  nieposkromiona i właśnie dlatego tak piękna. Opisy są bardzo sugestywne, zresztą nie ma się co dziwić, skoro stworzyła je osoba, która na co dzień na nie patrzy. Początkowo ten surowy, zimowy klimat kojarzył mi się z powieścią „Hohaj” Elisabeth Rynell albo z opowiadaniem „Bergkristall” Adalberta Stiftera (choć w obu przypadkach mamy do czynienia z zupełnie inną częścią świata). Pomimo obecności elementów baśniowych, magicznych powieść jest mocno osadzona w kontrastującej z nimi surowej alaskańskiej dziczy. Eteryczna, jakby nie z tego świata dziewczynka zostaje zestawiona z brutalnością życia na pustkowiu, ukazując w ten sposób jego piękno. „Dziecko śniegu” uczy szacunku i pokory wobec przyrody. Pokazuje, że zabijanie w tych warunkach jest konieczne do przeżycia, to naturalna część łańcucha pokarmowego ale pod warunkiem, że nie odbywa się dla sportu. Początkowo Garrett, syn sąsiadów chodzi na polowania nie tyle z konieczności wyżywienia rodziny, co dla samej satysfakcji z tropienia i zabijania zwierząt, udowadniania wyższości człowieka nad światem przyrody. Dopiero obcowanie z wychowaną wśród dziczy Fainą uczy bohaterów tej powieści patrzeć na ten świat także z zachwytem, dostrzegać jego piękno i cieszyć się nim.

W powieści pojawia się także element zaskoczenia. Początkowo myślałam, że historia Jacka, Mabel i Fainy podąży w spodziewanym przeze mnie kierunku i nawet wydawało mi się, że wiem, jak to wszystko się skończy. Jednak autorka nieco inaczej pokierowała tą historią, co zaliczam na plus, bo mniej więcej w połowie książka zaczynała mnie już trochę nużyć.

Trochę zdziwiło mnie, że „Dziecko śniegu” było nominowane do nagrody Pulitzera. Zawsze wydawało mi się, że to niezwykle prestiżowa nagroda i nominuje się do niej tylko naprawdę wybitne książki a debiut Ivey moim zdaniem wybitny nie jest.

Jest to powieść, która zgrabnie łączy baśniowość z surowością i brutalnością przyrody na Alasce, powieść o nadziei, umiejętności życia tu i teraz, o cieszeniu się chwilą ale także o miłości i oswajaniu. Piękna, momentami smutna i choć nie porusza do głębi, to warto po nią sięgnąć w mroźny, zimowy wieczór. W końcu nieczęsto trafiają do nas książki opisujące dziewicze krajobrazy Alaski pokrytej grubą warstwą śniegu.  

Moja ocena: 4,5/6



Tagi: Alaska Ivey USA
13:54, weisse_taube , przeczytane
Link Komentarze (2) »
piątek, 22 stycznia 2016

Okazja do pierwszego książkowego szaleństwa zakupowego nadarzyła się szybciej, niż mogłam się tego spodziewać a głównym winowajcą w tym przypadku jest Wydawnictwo Literackie, które skusiło mnie atrakcyjną promocją na fantastykę oraz kolekcję z Zielonego Wzgórza.

Gdyby nie ostry sprzeciw zdrowego rozsądku („Kobieto! Miałaś oszczędzać na mieszkanie!”) kupiłabym więcej (w koszyczku na pewno wylądowałyby jeszcze co najmniej trzy powieści Jacka Dukaja) ale pomyślałam sobie, że pewnie jeszcze nie raz trafi się dobra okazja, by i Dukaj znalazł się w moich zbiorach.

Zakupiłam serię o Starym Królestwie Gartha Nixa, którego pierwsza część spodobała mi się na tyle, że umieściłam ją w rankingu najlepszych powieści przeczytanych w zeszłym roku. Mam nadzieję, że cała seria okaże się sympatyczna i nie będę żałowała zakupu.

Spełniłam również jedno ze swoich marzeń a mianowicie nabyłam pięknie wydaną serię książek Lucy Maud Montgomery. Bardzo lubiłam tę pisarkę w dzieciństwie, mam do jej książek ogromny sentyment i zawsze marzyłam o tym, by mieć na własność wszystkie jej książki. Do całej kolekcji brakuje mi tomu 11 (wyczerpany nakład) ale doświadczenie pokazuje, że w najmniej spodziewanym momencie i jego uda mi się zdobyć w korzystnej cenie. Jestem cierpliwa, nie muszę go mieć już teraz, więc spokojnie sobie poczekam aż trafi się okazja zakupu.

Kolekcja jest pięknie wydana, nie mogę się wprost napatrzeć na te śliczne kolorowe okładki. W zeszłym roku miałam w planach przeczytać wszystkie książki Montgomery ale oczywiście na planach się skończyło… Teraz te okładki tak mnie do siebie ciągną, że najchętniej zamknęłabym się w domu na dwa miesiące i czytała, czytała, czytała… :-)

Miłego weekendu!

Tagi: stosiki
19:42, weisse_taube , przeczytane
Link Dodaj komentarz »
niedziela, 17 stycznia 2016

Nie pamiętam już, w jaki sposób trafiłam na Mateusza Grzesiaka, pewnie jak to zazwyczaj bywa – zupełnie przypadkiem. Zaczęło się od pewnego video na youtube, gdzie polecał kilka przeczytanych przez siebie książek. Na tyle spodobało mi się to, co oraz jak mówi, że już po chwili wertowałam youtube pod kątem filmików motywacyjnych pana Mateusza. I wsiąkłam na amen :-) Sięgnięcie po jedną z książek tego bodajże najpopularniejszego w chwili obecnej coacha i trenera rozwoju osobistego w Polsce było więc naturalną koleją rzeczy.

Postać Grzesiaka a właściwie jego metody wzbudzają wiele kontrowersji w branży. W jednym z artykułów w Tygodniku Powszechnym „jego byli współpracownicy i coachowie twierdzą, że Grzesiak psuje opinię ich branży i jest raczej nieprzeciętnie utalentowanym mówcą motywacyjnym niż coachem i trenerem. Zarzucają mu również brak stałych poglądów w głoszonych treściach, niekonsekwencję pomiędzy głoszonymi poglądami a prezentowanymi zachowaniami, kłamstwa, agresję słowną, seksizm oraz eksperymentowanie na klientach. Ponadto autorka artykułu zawraca uwagę, że Grzesiak nie jest certyfikowany przez wiodące organizacje szkolące coachów w Polsce oraz nie podlega superwizji. Zarzuca mu także, że zaciera ślady poprzednich aktywności, m.in. związków z NLP.” (źródło: Wikipedia) Zbyt pobieżnie poznałam pracę pana Mateusza by móc w jakikolwiek sposób odnieść się do stawianych mu zarzutów ale z całą pewnością będę o nich pamiętać zgłębiając dalej proponowane przez niego metody rozwoju osobistego. Na chwilę obecną jedyne, co mogę powiedzieć, to że jestem zachwycona tym, co przeczytałam w recenzowanej tu książce.

„Success and change” to autorski program coachingowy Mateusza Grzesiaka, w którym przedstawia sposoby na osiągnięcie sukcesu (cokolwiek to dla nas znaczy) poprzez optymalizację działania naszego umysłu i umiejętne zarządzanie naszą osobowością. „Stwórz życie, w którym jesteś najlepszą wersją siebie, masz to, czego pragniesz, pomagasz innym i zmieniasz świat” – to motyw przewodni książki i jednocześnie zwięzły opis jej zawartości.

Książka podzielona jest na sześć rozdziałów oraz ćwiczenia oparte na najskuteczniejszych i najnowocześniejszych technikach rozwoju osobistego. Na wstępie Grzesiak przybliża czytelnikowi pojęcie psychologii sukcesu oraz mechanizmy nią rządzące. Zwraca uwagę, jak ważnym czynnikiem na drodze naszego rozwoju jest środowisko, w którym żyjemy, bardzo plastycznie obrazując swoją tezę na przykładzie ciasta pieczonego w foremce. Ciasto owszem wyrośnie, ale będzie ograniczone ściankami blachy. Dlatego też pierwszym zaleceniem autora jest wykroczenie poza własne ramy środowiskowe, obracanie się wśród ludzi lepszych od nas, takich, którzy nas inspirują, których podziwiamy i z których chcemy brać przykład. Nie mniej istotnym czynnikiem są tzw. kompetencje miękkie. W dzisiejszych czasach sama wiedza, choćby nie wiem jak szeroka i imponująca, nie wystarcza do osiągnięcia sukcesu. Jeśli nie posiadasz kompetencji miękkich, nie potrafisz tej wiedzy ‘sprzedać’, masz marne szanse na sukces.

Czy jest więc coś, co może nam pomóc w osiągnięciu upragnionego celu? Tak, istnieje jedno potężne narzędzie a na dodatek posiada je każdy z nas – własny umysł. Wystarczy poznać, jak działa aby móc w pełni korzystać z jego możliwości. Dzięki instrukcjom zawartym w książce czytelnik może nauczyć się, jak wpływać na własne myśli, przekraczać ograniczenia, zmieniać nawyki (także myślowe), jak zarządzać emocjami, samodzielnie się motywować, tworzyć silną i zwartą osobowość, jak skutecznie się komunikować, budować zdrowe relacje i cieszyć się upragnionym życiem. Tego wszystkiego nauczymy się z głównej części książki, która opisuje program coachingowy Grzesiaka, oparty na metodach kontrolowania i zarządzania własną osobowością i czasem (Ego Management, Time Management).

Na samym końcu znajduje się kilkanaście zestawów ćwiczeń – do codziennej praktyki i stopniowego treningu umysłu. Każde opatrzone jest odpowiednim komentarzem wyjaśniającym, jak działa dane ćwiczenie i czego dzięki niemu możemy się nauczyć.

Jestem szczerze zachwycona książką „Success and change”. Mateusz Grzesiak jest świetnym mówcą, potrafi zainteresować czytelnika tym, o czym opowiada a co najważniejsze – otwiera nasze umysły i inspiruje do działania. Chłoniesz wiedzę zawartą na stronach książki i wiesz, że nie ma już dla ciebie rzeczy nieosiągalnych.

Panie Mateuszu, ma Pan we mnie wierną fankę :)  

Moja ocena: 6/6



 

niedziela, 10 stycznia 2016

Światowy bestseller, największe objawienie literackie zeszłego roku, tysiące pozytywnych recenzji i przychylne komentarze gwiazd kina oraz kolegów po piórze – mowa o „Dziewczynie z pociągu”, debiucie 43-letniej Brytyjki Pauli Hawkins, która szturmem wtargnęła także i do polskiej blogosfery. Przeczytałam więc i ja i powiem tak: szału nie ma, ale to całkiem dobra powieść w swoim gatunku, fajne czytadło trzymające w napięciu do ostatniej strony.

Książka opowiada historię Rachel, trzydziestoparoletniej rozwódki ze sporym problemem alkoholowym, która codziennie jeździ do pracy tym samym pociągiem i obserwuje z okien pewną parę siedzącą na tarasie. Nadaje im wymyślone imiona i wyobraża sobie jak wygląda ich życie, sporo przy tym idealizując. Pewnego dnia Rachel jest świadkiem miłosnej sceny pomiędzy kobietą z tarasu a zupełnie obcym mężczyzną. Jest zszokowana i zniesmaczona faktem, że bohaterka jej wyimaginowanej historii ma kochanka. Po kilku dniach okazuje się, że kobieta z tarasu zniknęła bez śladu a policja wszczyna śledztwo w tej sprawie. Wtedy Rachel postanawia zgłosić się na policję i opowiedzieć, co widziała. Tylko czy aby na pewno będzie to dobrym posunięciem?

Powiem szczerze, że ok. strony 90 rozpracowałam układy panujące pomiędzy bohaterami tej historii a kilkanaście stron później – czyli mniej więcej po przeczytaniu 1/3 książki – wytypowałam mordercę i jak się okazało na samym końcu, zrobiłam to trafnie. Czy jestem więc nieco rozczarowana, że tak łatwo przyszło mi odgadnąć, kto zabił? Otóż nie, bo Paula Hawkins potrafi doskonale mieszać czytelnikowi w głowie, mylić tropy, podsuwać nowe rozwiązania. Praktycznie do samego końca miałam wątpliwości, czy aby na pewno mam rację, czy to jednak nie mógł być ktoś inny…

Powieść wciągnęła mnie od pierwszej strony i to tak, że za jednym posiedzeniem łyknęłam 130 stron! Biorąc pod uwagę, iż należę do osób czytających bardzo wolno i z trudem pochłaniającą choćby 50 stron za jednym zamachem, jest to mój absolutny rekord życiowy.

Główna bohaterka nie zdobyła mojej sympatii, zupełnie nie mogłam zrozumieć, jak można sobie tak zniszczyć życie, jak można tak nisko upaść? Rachel kompletnie nie radzi sobie ze swoją skłonnością do picia, często urywa jej się film, nie pamięta co robiła. Ma to duży wpływ na stosunek czytelnika do jej osoby, no bo skąd ma mieć pewność, że to co opowiada Rachel jest prawdą a nie pijackim zmyśleniem?

Na jesieni ma wejść do kin film na podstawie powieści, chętnie go obejrzę.

Czy polecam „Dziewczynę z pociągu”? Polecam, jednak z zastrzeżeniem, aby nie spodziewać się nie wiadomo jakich atrakcji. Akcje marketingowe strasznie rozdmuchały wartość tej książki a to tylko fajne czytadło i niezła rozrywka na kilka wieczorów, nic poza tym.

Moja ocena: 5/6



 

16:42, weisse_taube , przeczytane
Link Dodaj komentarz »
sobota, 09 stycznia 2016

Pod względem czytelniczym był to dosyć dobry rok. Mimo iż dużo działo się w moim życiu prywatnym i zawodowym a czasu na czytanie było niewiele, zwłaszcza w połowie roku, kiedy to podjęłam decyzję o wyprowadzeniu się z domu rodzinnego, udało mi się przeczytać więcej książek niż w zeszłym roku i powróciłam do mojej stałej czytelniczej średniej wynoszącej mniej więcej ok. 24-25 pozycji rocznie.   

Przeczytałam 23 książki (w tym dwa audiobooki i dwa ebooki). Jak na razie zakup czytnika do książek (planuję osobną notkę na jego temat) nie przyczynił się zbytnio do zwiększenia ilości czytanych pozycji ale przewiduję, że w tym roku się to zmieni.

Wśród tych 23 książek znalazło się 15 powieści, 3 poradniki (głównie z zakresu żywienia i dietetyki), 1 zbiór opowiadań (choć określenie dwóch opowiadań wydanych jako jedna książka mianem ‘zbioru’ to chyba jednak przesada), 1 epopeja/poemat, 2 audiobooki (na podstawie powieści) oraz 1 esej skatologiczny.

Jeśli chodzi o płeć autora, to podobnie jak w zeszłym roku liczby są zbliżone: przeczytałam 13 pozycji napisanych przez mężczyzn i 10 autorstwa kobiet.

Smuci mnie trochę, że tak mało podróżowałam po czytelniczym świecie. Odwiedziłam raptem 7 państw i to takich, które już znam. Cały czas obracam się wśród literatury europejskiej i tej z kontynentu Ameryki Północnej. Od lat próbuję to zmienić, ale niestety bezskutecznie.

Najwięcej czytałam literatury brytyjskiej: 8 pozycji autorów z Anglii. 6 książek było autorstwa pisarzy polskich, 4 tytuły autorów z USA i 2 tytuły pisarzy francuskich. Poza tym przeczytałam po jednej książce autorów pochodzących z Kanady, Rosji i Australii.


visited 7 states (3.11%)
Create your own visited map of The World or Brazil travel guide for Android

 

Przeczytałam jedną książkę po angielsku - „First Term at Mallory Towers” Enid Blyton, pierwszą część młodzieżowej serii o perypetiach grupy dziewczynek uczących się w szkole z internatem.

Pora na wytypowanie najlepszych i najgorszych książek roku :)

Piątka thebeściaków:

1. Orson Scott Card „Gra Endera” - genialnie napisana, niezwykle wartościowa powieść z pięknym przesłaniem, na długo zapadająca w pamięć. Tuż po skończeniu czytania wiedziałam, że to właśnie Ender zgarnie tytuł ‘powieści roku’

2. Thomas Hardy „Z dala od zgiełku” – Hardy’ego nie czyta się łatwo, ale końcówka wynagradza wszelkie trudy. Piękna historia z głębokim tłem psychologicznym.

3. Garth Nix „Sabriel” - przemyca uniwersalne prawdy na temat przyjaźni, lojalności, odpowiedzialności. Pomimo drobnych zgrzytów ujęła mnie konstrukcją świata przedstawionego i kreacją głównej bohaterki

4. Julita Bator „Zamień chemię na jedzenie” – za uświadamianie Polaków w kwestii wpływu chemii w żywności na nasze zdrowie i samopoczucie, za mnóstwo cennych rad i wskazówek

5. Kasia Bem „Happy detoks” – za bijącą z każdej strony pozytywną energię, mnóstwo pysznych przepisów i ciekawych porad

I piątka, o której wolałabym nie pamiętać ;-)

1. John Green „Gwiazd naszych wina” – jest to książka tak źle napisana, że aż brak mi słów :( Nie rozumiem, jak taki gniot może być bestsellerem :(

2. Wieniedikt Jerofiejew „Moskwa-Pietuszki" – alkoholowe wywody pana Jerofiejewa zupełnie do mnie nie trafiają

3. Anna Gavalda „Kochałem ją” – czyste grafomaństwo… brak umiejętności tworzenia konstruktywnych dialogów, nieudolne wtręty i silenie się na psychologiczną głębię

4. Philip Pullman „Dobry człowiek Jezus i łotr Chrystus” – wieje nudą a zapowiadanej przez wydawcę kontrowersyjności tematu ani widu ani słychu

5. Andy Weir „Marsjanin” – nudne jak flaki z olejem

 

Odkryciem roku był dla mnie Jacek Dukaj, którego prozy zawsze panicznie się bałam. Jak wysłucham do końca audiobooka, napiszę nieco więcej na ten temat.

Jak już jesteśmy przy audiobookach, warto chyba wspomnieć, że niezmiernie cieszy mnie fakt, że polubiłam tę formę poznawania książek i zamierzam ją kontynuować. Wieczory ze słuchawkami na uszach i szydełkową robótką w dłoniach są bardzo przyjemne :)

Moje plany czytelnicze oczywiście jak zwykle szlag trafił, nie udało mi się ukończyć żadnego wyzwania czytelniczego, w którym brałam udział, ale szło mi całkiem nieźle – większość wyzwań zakończyłam co najmniej w połowie. I 13 książek, po które sięgałam w 2015 roku było z mojej własnej półki czyli wreszcie czytam więcej ze swojego księgozbioru :)

Aby tradycji stało się zadość, na koniec wspomnieć muszę co nieco o zakupach książkowych. A tutaj – wielka rewolucja! ;) Przyczyniły się do niej dwa wydarzenia:

a) wyprowadzka na swoje a co za tym idzie zwiększone koszty życia, co wpływa na zmniejszenie budżetu na książki oraz

b) zakup czytnika, dzięki któremu mam łatwiejszy dostęp do wielu tytułów i nie muszę kupować kota w worku

W 2015r przybyło mi więc tylko 39 książek (nie liczę pozycji, które przybyły w wyniku przyłączenia biblioteczki Lubego do mojej). Konkretnie wygląda to tak:

Zakupione: 28

Wygrane w konkursach: 9

Egzemplarze recenzenckie: 2

Zakupione 28 książek kosztowały mnie 644,76 zł.

Planów nie robię, kto wie, co mnie czeka w tym roku… Idę na żywioł a co z tego wyniknie, zobaczymy za rok ;)

 

 

 

12:55, weisse_taube , inne
Link Dodaj komentarz »
niedziela, 03 stycznia 2016

Zanim przedstawię podsumowanie mojego czytelniczego roku 2015, kilka słów na temat książki, której nie zdążyłam zrecenzować w zeszłym roku.

Wszystko zaczęło się od tego plakatu:

Ujrzałam go przeglądając pod koniec 2014r jedną ze stron z trailerami filmów i już wiedziałam, że będę chciała go obejrzeć. I zupełnie straciłam głowę dla głównego motywu muzycznego – jeśli miałabym wskazać moją najukochańszą piosenkę minionego roku, wskazałabym właśnie na „Let no man steal your thyme” w wykonaniu Carey Mulligan.

Trailer obejrzałam jakoś w listopadzie 2014r, film miał trafić do kin na wiosnę, więc czym prędzej udałam się do biblioteki po literacki pierwowzór, by zdążyć z czytaniem przed premierą. Nawet sobie nie wyobrażacie jak bardzo byłam napalona na książkę! Zresztą, pamiętałam bardzo pozytywne wrażenie jakie zostawiła na mnie inna powieść Hardy’ego „Tessa d’Urberville”. Książkę zdobyłam w bibliotece dopiero w lutym (o kupieniu w księgarni nie było wtedy mowy, tytuł wznowiono dopiero przy okazji polskiej premiery filmu latem) a skończyłam czytać… na jesieni. Trochę już się możecie domyślać, że przysporzyła mi nieco problemów i nie była tak porywająca jak to sobie wyobrażałam ale o tym za chwilę.

Podobnie jak w przypadku „Tessy d’Urberville” bardzo nużące były dla mnie opisy życia na wsi, hodowli owiec, codziennej pracy pasterzy, ich prawości, uczciwości i pracowitości. A że stanowią one niemal 2/3 książki i nie dzieje się wtedy prawie nic, to w pewnym momencie prawie się poddałam. Musiałam sobie zrobić przerwę od bogobojnych i uczciwych pasterzy, bo już mnie od nich mdliło.

Za to ostatnie 150 stron pożerałam z wypiekami na twarzy! Akcja gwałtownie przyspieszyła, co kilka stron serwując czytelnikowi coraz to nowsze zawirowania i atrakcje a ja chłonęłam to wszystko z obłędem w oczach i sercem walącym jak młot. Ach, gdyby cała powieść była taka!

Główna bohaterka wzbudzała we mnie mieszane uczucia. Betsaba Everdeen (podobno Katniss z „Igrzysk Śmierci” nosi nazwisko właśnie na część protagonistki Hardy’ego) nie jest typową kobiecą postacią jaką kojarzymy z dziewiętnastowiecznych powieści, w których kobiety mają niewiele do powiedzenia, nie pracują i są uzależnione finansowo od męża czy rodziny. Betsaba jest kobietą rezolutną, przedsiębiorczą i potrafiącą zadbać o własne interesy. Po zwolnieniu nieuczciwego rządcy sama zarządza własnym majątkiem i to z pozytywnym skutkiem. Niestety zupełnie nie radzi sobie na polu uczuciowym. Praktycznie każdej jej decyzji dotyczącej mężczyzn towarzyszyło głośne plaśnięcie mojej dłoni o czoło. Jak można być tak zaślepionym? Jak można tak niszczyć sobie życie?

Hardy przedstawia za to bardzo ciekawe grono bohaterów płci męskiej. Każdy jest inny, każdy na swój sposób ciekawy i – jak to zawsze u Hardy’ego – poddany głębszej psychologicznej analizie. Najbardziej polubiłam Gabriela Oaka i mocno trzymałam kciuki za jego uczucie do Betsaby. Ujął mnie wewnętrznym spokojem, uczciwością i praktycznym podejściem do życia. Szalenie frapujący okazał się Boldwood, drugi adorator. Hardy mistrzowsko ukazał powolny postęp jego choroby psychicznej, tak spłaszczony i okrojony w filmie (ale o tym później). Od samego początku nie znosiłam za to sierżanta Troya, bawidamka i lekkoducha. Jak ja nie znoszę takich mężczyzn! Za każdym razem kiedy Troy pojawiał się w pobliżu Betsaby fukałam i potrząsałam gniewnie książką, jakbym chciała potrząsnąć samą Betsabą i wyzwać ją od bezmyślnych i zaślepionych idiotek.

Ale jedno trzeba przyznać – Thomas Hardy to mistrz opisywania psychicznych rozterek swoich bohaterów, ich działania zawsze są dobrze umotywowane psychologicznie. Dzięki temu jego powieści nabierają interesującej głębi i silnie oddziałują na czytelnika.

Bardzo polecam Wam tę powieść, nawet jeśli pierwsza połowa wyda się Wam nużąca, brnijcie dalej! Końcówka to prawdziwa emocjonalna huśtawka i wynagrodzi Wam nieciekawy początek.

Po przeczytaniu powieści oczywiście obejrzałam ekranizację. Jest to film bardzo ładny wizualnie, bardzo plastyczny, jednak zupełnie pozbawiony głębi, którą zapewnia książka. Twórcom filmowym niestety nie udało się przełożyć psychologii powieści na filmowe środki wyrazu. Widać to zwłaszcza na przykładzie Boldwooda, którego zachowanie na ekranie wydaje się kompletnie nieumotywowane. Oglądałam ekranizację nieco rozczarowana płytkim podejściem do tematu i oceniam go pozytywnie wyłącznie w odniesieniu do efektów wizualnych. Przyznam nawet, że na końcowej scenie trochę się pobeczałam ;)

Jeśli film Wam się podobał, tym bardziej zalecam przeczytanie książki. Dopiero wtedy zrozumiecie jak piękną historię opowiada.

Moja ocena: 4,5/6


 

 

 

Tagi: Anglia Hardy
17:30, weisse_taube , przeczytane
Link Dodaj komentarz »
niedziela, 13 grudnia 2015

Kiedy swego czasu na większości blogów pojawiały się entuzjastyczne wpisy na temat debiutanckiej powieści Andy’ego Weira, czytając je myślałam: to może być fajna opowieść. Jeden z astronautów przez przypadek pozostawiony na Marsie i walczący o przeżycie – ileż tu musi być emocji, ile psychologii, ile wartościowych przemyśleń.

I powiem Wam, że już po kilkudziesięciu stronach zaczęłam wypisywać sobie na karteczce wszystkie moje „ale” i „jestem na nie”. Ba, w pewnym momencie nawet mi się odechciało czytać do końca… Ale doczytałam i lektury nie żałuję. Nawet jeśli była nudna i męcząca, zawsze to jakieś kolejne doświadczenie czytelnicze.

Bardzo przeszkadzało mi w „Marsjaninie” skupienie się autora na tematyce ściśle naukowej. Cały czas miałam wrażenie, że autor koniecznie chciał się popisać wiedzą. Obfitujące w chemiczno-fizyczne detale wywody Marka Watneya jak to sobie radzi, żeby uzyskać tlen, wodę czy jak naprawić uszkodzony sprzęt  itp. były dla mnie nudne jak flaki z olejem. Równocześnie ze mną książkę czytał mój partner (z mojego zresztą polecenia, bo interesuje się kosmosem, ma naprawdę sporą wiedzę w tym zakresie, więc od razu wyczułam, że tematyka powieści przypadnie mu do gustu) i dla niego monologi Watneya drobiazgowo opisującego poszczególne reakcje chemiczne były ciekawe (a że Luby studiował m.in. chemię to i miał zabawę w wyłapywanie ewentualnych błędów ;)). Ja z kolei jestem typową kobietą i szukam  książkach emocji. A tych mi w „Marsjaninie” nieco zabrakło.

Mark Watney to taki współczesny (aż chciałoby się dodać amerykański…) Hero. Nieustraszony i świetnie sobie ze wszystkim radzący, bez wyraźnych kryzysów emocjonalnych. Co tam dla niego ponad roczna (!!!) samotna egzystencja na Marsie, nawet nie mając 100% gwarancji, że zostanie uratowany ma przyklejony do twarzy uśmiech i non stop dowcipkuje. Fakt, to właśnie sarkazmem Watney broni się przed niesprzyjającymi warunkami czerwonej planety i przed wizją swojej śmierci na niej ale jest to dla mnie mało wiarygodne z psychologicznego punktu widzenia. Autor miał niepowtarzalną szansę zajrzenia w głąb psychiki człowieka postawionego w sytuacji ekstremalnej i wręcz bezprecedensowej, mogła z tego powstać brawurowa powieść akcji z silną psychologiczną podbudową a jednak tak się nie stało. Podejrzewam, że zabrakło umiejętności i pewnie wiedzy z tego zakresu (bo jak już wspomniałam wiedzą na tematy fizyczno-chemiczno-kosmiczne autor popisuje się wręcz nie do zniesienia).  

Muszę jednak przyznać, że ostatnie strony czytałam z wypiekami na twarzy, wiercąc się na kanapie i jęcząc z przejęcia – uda się czy nie? I nawet łezka się w oku zakręciła ;-)

Jakkolwiek złe nie byłoby moje zdanie o formie podania tej powieści, to nie mogę zaprzeczyć, że zawiera w sobie piękne przesłanie. Historia Marka Watneya to nie tyle triumf jednostki, co całej ludzkości potrafiącej zjednoczyć się ponad wszelkim podziałami, by ratować życie jednego człowieka. Końcówka naprawdę wzruszająca, szkoda, że wcześniejsze trzysta stron nudne jak flaki z olejem.

Moja ocena: 2/5  

 

 

Tagi: USA Weir
17:47, weisse_taube , przeczytane
Link Dodaj komentarz »
niedziela, 15 listopada 2015

Pamiętam kiedy kilka lat temu oglądając film po raz pierwszy w życiu poczułam gniew. Gniew wobec mężczyzn. Tym filmem był „Kolor purpury” – obejrzany potem jeszcze wielokrotnie i za każdym razem wywołujący furię i niezgodę na to, w jaki sposób traktuje się tam kobiety.

Dziś mogę powiedzieć: przeczytałam książkę, która wzbudziła we mnie gniew. Ale tym razem nie tylko wobec mężczyzn. Także – a właściwie głównie – wobec kobiet. Wobec całego świata.

Sylwia Kubryńska napisała książkę o kobietach dla kobiet. I niech Was nie zmyli ta słodka pastelowa okładka. Może i kojarzy się ze rozbrajającą, mało poważną literaturą typu chic-lit; z komedyjką o przygodach jakiejś kobiety, która postanawia zmienić coś w swoim życiu i stać się perfekcyjną panią domu. Ale powieść pani Kubryńskiej to zupełnie inny kaliber. To armata, której kule z niesamowitą mocą trafiają prosto w łeb i zmieniają patrzenie o 180 stopni.

Bohaterka książki to kobieta jakich wiele, jak Ty czy ja. Nie jest pod żadnym względem wyjątkowa ale za wszelką cenę chce być. Tyle że cokolwiek by nie zrobiła, jakkolwiek nie dopasowała się do oczekiwań rodziny, przyjaciół, społeczeństwa, świata i tak zawsze, ZAWSZE będzie z nią coś nie tak, zawsze będzie za bardzo w prawo albo za mało w lewo, zbyt do tyłu lub za bardzo do przodu. Nigdy nikomu nie dogodzi. A najsmutniejsze w tym wszystkim jest to, że obraz i rola kobiety, jaką kreuje nasze społeczeństwo to zasługa przede wszystkim… samych kobiet, które – cytuję opis ze strony wydawnictwa – „kiszą się we własnych głowach, w swoich oczekiwaniach na własny temat” i zatruwają życie sobie i wszystkim dookoła.

Także i ja odnalazłam się w kilku scenach z powieści. Mnie też wychowano w tym chorym myśleniu na temat kobiet, które sprawiło, że wielokrotnie cierpiałam. Ale w końcu coś pękło i przyszedł taki moment, że powiedziałam dość i zaczęłam żyć po swojemu. Poza społecznymi normami i oczekiwaniami i dobrze mi z tym. Dlatego czytając „Kobietę dość doskonałą” wielokrotnie zżymałam się na te wszystkie głupie baby, głupie przesądy, głupie oczekiwania, głupie wymagania i na cały ten bezsensowny kocioł, w którym te wszystkie kobiety od zarania dziejów siedzą i wzajemnie się tłuką, zamiast wspierać i solidaryzować ze sobą.

Uważam, że jest to pozycja obowiązkowa dla każdej kobiety a w szczególności dla tych, które mocno przejmują się opinią innych ludzi. Bo zmusza do zatrzymania się i pomyślenia nad własnym życiem. Nad tym, jak widzą czy traktują Was inni ale przede wszystkim jak wielką krzywdę wyrządzacie samym sobie. I jestem w 100% pewna, że dzień w którym skończycie czytać „Kobietę dość doskonałą” będzie jednocześnie pierwszym dniem Waszego nowego kobiecego „JA”.

Moja ocena: 5/6

Książkę przeczytałam w ramach wyzwania:

* z własnego księgozbioru

 

 

piątek, 21 sierpnia 2015

Nazwisko Aldousa Huxleya przewija się ostatnio przez wiele stron, które odwiedzam w internecie, uznałam to za znak, że pora wreszcie zainteresować się bardziej tym autorem, zwłaszcza, że posiadam w swoim księgozbiorze jego dwa opowiadania.

Huxley to postać bardzo ciekawa, wiele danych z jego życiorysu wzbudziło moje zainteresowanie na tyle, że uznałam, że chętnie przeczytałabym jego biografię.

Pochodził z prominentnej rodziny naukowców - jego ojciec był pisarzem i wydawcą, dziadek znanym biologiem i eseistą. Także dwaj bracia Aldousa zostali uznanymi biologami.

Aldous uczęszczał do wybitnych szkół brytyjskich – najpierw Eton College, następnie Balliol Collage (jedno z kolegiów Oxford University). Niestety musiał przerwać naukę ze względu na zagrożenie ślepotą. Po wielu latach udało mu się jednak poprawić ostrość widzenia dzięki ćwiczeniom opracowanym przez dr Batesa – słyszałam o tej metodzie i mam nawet jedną książkę na ten temat, za którą powinnam się już wziąć, bo od jakiegoś czasu zauważam u siebie pogorszenie wzroku.

Ciekawe wydały mi się podróże Huxleya, który przez 7 lat mieszkał we Włoszech , potem na południu Francji, w Ameryce Środkowej, by w końcu osiąść w Kalifornii. Napisał trzy tomy esejów podróżniczych, teksty te są dostępne online, więc w sprzyjających okolicznościach na pewno przyjrzę się im bliżej.

Ciekawym faktem z życia tego brytyjskiego autora może być to, że był propagatorem zażywania środków psychoaktywnych (np. LSD) i poświęcił im nawet lata bezpośrednich badań. Jego zainteresowania krążyły także wokół filozofii indyjskiej i medytacji.

Zmarł tego samego dnia co C.S. Lewis  – jednak informacja o ich  śmierci została zupełnie przyćmiona w mediach przez zgon prezydenta Keneddy’ego tego samego dnia.

Huxley był siedmiokrotnie nominowany do Nagrody Nobla w dziedzinie literatury.

Tomik, który posiadam zawiera dwa opowiadania Huxleya. W pierwszym zatytułowanym „Uśmiech Giocondy” autor przedstawia historię pana Huttona – przystojnego bawidamka, zdradzającego żonę, nawiązującego wiele niezobowiązujących romansów i nie dbającego o konsekwencje swoich działań wobec pań, które uwodzi. Końcówka pokazuje, że kara go jednak nie ominie… Zaskakujący i inteligentnie zabawny tekst.

W drugim opowiadaniu „I odtąd już zawsze byli szczęśliwi” Huxley uderza w nieco poważniejsze tony i porusza kwestię miłości na tle wojny. Czy czyste i szczere uczucie jest w ogóle możliwe pomiędzy dwojgiem ludzi, z których jedno doświadczyło okrucieństwa wojny a drugie żyje w zupełnej nieświadomości tego, co dzieje się poza sielską wiejską posiadłością?

Z tego, co wyczytałam w sieci Huxley kreśli w swoich powieściach i opowiadaniach karykaturalny obraz obyczajowy postaci z angielskiej inteligencji ówczesnych czasów. Sposób, w jaki to robi, odpowiada mi na tyle, że będę chciała poznać więcej jego utworów (łącznie z antyutopią science-fiction „Nowy wspaniały świat”).

Moja ocena: 4/5

Książkę przeczytałam w ramach wyzwania czytelniczego:

* z własnego księgozbioru


 
1 , 2 , 3 , 4 , 5 ... 29
| < Maj 2016 > |
Pn Wt Śr Cz Pt So N
            1
2 3 4 5 6 7 8
9 10 11 12 13 14 15
16 17 18 19 20 21 22
23 24 25 26 27 28 29
30 31          
Tagi
Related Posts Plugin for WordPress, Blogger...