|
niedziela, 13 maja 2012
Od razu zwróciły moją uwagę a po przeczytaniu krótkiej notki, o czym są, z miejsca wylądowały na liście książek, które koniecznie chcę przeczytać. Akcja umiejscowiona jest w Polsce lat 20-tych! :-)
sobota, 12 maja 2012
… a raczej na gigantycznym stosie na podłodze obok okna, bo na półkach to już dawno nic się nie mieści :-/ Nabytki skromne, bo rozsądek jednak bierze górę nad zachciankami. Regularnie kupuję więc tylko serię Fleszarowej-Muskat oraz od przypadku do przypadku jakiś interesujący mnie przewodnik z serii „Miasta Marzeń”. Od święta wpadnie do koszyka dobra książka w okazyjnej cenie – „Młyn nad Flossą” G. Eliot udało mi się nabyć w outlecie Weltbildu za połowę okładkowej ceny :-) Poza tym korzystam z biblioteki – w tym miesiącu udało mi się upolować trzy pozycje widniejące na mojej liście książek, które koniecznie chciałabym przeczytać. „Księżniczkę deptaku” Marty Sztokfisz, historia Edyty Klein, która cudem ocalona z warszawskiego getta wkroczyła na światowe salony i której życie przypomina gotowy scenariusz hollywoodzkiego filmu. „Róża Sewastopola” K. McMahon wzbudziła moje zainteresowanie jak tylko pojawiła się na rynku, choć opinie ma różne. I najważniejsza zdobycz – „Przeminęło z wiatrem” – nareszcie! Film oglądałam ze sto razy, książka jest ponoć o wiele lepsza i mam cichą nadzieję, że faktycznie tak jest, bo wiążę z nią spore oczekiwania…Tylko kiedy ja przeczytam te 1000 stron ;-P Praca znowu mnie pochłonęła, poza tym czynię ostatnie przygotowania do operacji oczu. W tym tygodniu miałam robione specjalistyczne badania i niestety nie wszystko poszło tak, jak bym sobie tego życzyła.:-((( Okazało się, że mam za cienką rogówkę, co uniemożliwia skorygowanie całej wady :-( Im więcej dioptrii jest do ‘zdjęcia’, tym głębiej trzeba wniknąć w rogówkę a że moja jest cienka, to nie poszalejemy…Poza tym moja gałka oczna jest zbyt duża i za bardzo wydłużona, co też komplikuje sprawę. Po korekcie zostanie mi max. -1,5 dioptrii ale to i tak dobry wynik. Przy takiej wadzie jest szansa, że nie będę musiała na stałe nosić soczewek/okularów a jedynie np. do oglądania telewizji (której i tak nie oglądam ;-P) no i ostrość widzenia zdecydowanie się poprawi. Może nie będę widzieć super ostro ale z całą pewnością lepiej niż przy aktualnej wadzie -7 dioptrii, gdzie świat jest dla mnie jedną wielką kolorową rozmazaną plamą :-/ Jest jeszcze jeden negatywny aspekt – moja wada będzie korygowana metodą LASEK a to oznacza kilkudniowy ból oczu po operacji. LASIK, który jest całkowicie bezbolesny (podczas operacji usuwa się część rogówki wraz z nerwami) byłby w moim przypadku zbyt niebezpieczny – ryzyko powikłań jest zbyt duże. Dlatego możliwy jest tylko LASEK, przy którym pozostawia się włókna nerwowe i dlatego potem potwornie boli. Lekarz w rozmowie dokładnie wyjaśnił mi wszelkie pozytywne jak i negatywne aspekty tego typu zabiegu i z góry uprzedził, że po operacji będę miała kilka dni wyjętych z życiorysu – czy będą bolały, łzawiły, wyraźnie odczuwalne będzie uczucie, jakby coś ostrego dostało się do oka. Nie dostanę żadnych kropel łagodzących ból, bo źle wpływają na gojenie. Powtarzam sobie, że wytrzymałam w życiu niejeden silny ból ale przecież ból brzucha czy głowy odczuwa się zupełnie inaczej niż ból oka :-( Jestem jeszcze umówiona na symulację, podczas której lekarz pokaże mi jak będę widziała po zabiegu i jeszcze raz zbada mi rogówkę, ponoć inną metodą. A potem umówimy się na termin operacji. Trzymajcie kciuki!
niedziela, 06 maja 2012
Twoja ulubiona książka Na pewno nie będzie to jeden tytuł, choć jest wśród nich pewna szczególna pozycja, która wiele dla mnie znaczy. Tak właściwie to mogłabym wymienić kilkanaście tytułów czyli wszystko, co podczas czytania sprawiało mi ogromną radość i wzbudziło taki zachwyt, że z miejsca wylądowało w kategorii „ulubione”. Ograniczę się jednak do wskazania kilku książek, tych najukochańszych spośród wszystkich ukochanych ;-) „Madame” Antoniego Libery jest powieścią, która od momentu jej przeczytania (czyli dokładnie od 2007r) zajmuje zaszczytne pierwsze miejsce w moim prywatnym rankingu ‘najlepszych książek ever‘ i ma dla mnie bardzo duże, osobiste znaczenie. Odkryła przede mną wrota do niesamowitego świata języków i obcych kultur i uświadomiła, jak wielki dar posiadam. Pamiętam, że pod koniec lektury, kiedy w pełni dotarło do mnie jej przesłanie, łzy ciekły mi ciurkiem po policzkach i długo nie mogłam się uspokoić. Chyba po raz pierwszy w życiu płakałam wtedy przy książce nie ze wzruszenia ale ze szczęścia. „Zabić drozda” Harper Lee cenię sobie niezmiernie wysoko za zawartość merytoryczną i przesłanie jakie za sobą niesie. To jedna z tych pozycji, którą należy znać i która powinna być lekturą szkolną (wiem, że jej fragment omawia się bodajże w V klasie szkoły podstawowej ale nie odzwierciedla on głównej tematyki książki a poza tym dzieci w tym wieku nie są jeszcze w stanie dogłębnie ją zrozumieć). Atticus Finch jest jedną z tych fikcyjnych postaci, którą należałoby naśladować w życiu, jest człowiekiem godnym podziwu a dla mnie stanowi wielki autorytet moralny (tak tak!). Kocham także „Miasto Śniących Książek” Waltera Moersa, powieść, której czytanie specjalnie wydłużałam, aby przyjemność z lektury trwała jak najdłużej. Cenię sobie w tej książce niesamowitą erudycję autora, jego niczym nieskrępowaną wyobraźnię a przede wszystkim wyrażoną w niej miłość do słowa pisanego i umiejętne połączenie nauki i zabawy, co w efekcie daje gigantyczną wręcz frajdę z czytania opisanej historii. Kolejnym tytułem z kategorii ulubionych jest „Samotność w sieci” Janusza L. Wiśniewskiego, która ma dla mnie bardzo osobiste znaczenie i przypomina o pewnych wydarzeniach sprzed kilku lat. Ukochaną historią miłosną jest dla mnie ta przedstawiona w „Dziwnych losach Jane Eyre”. Pamiętam, że wzbudzała we mnie tak silne emocje, że posiadany przeze mnie wtedy egzemplarz z biblioteki rozerwałam podczas czytania na pół ;-) Pan Rochester do tej pory jest moim ideałem mężczyzny ;-) „Lew, czarownica i stara szafa” C.S. Lewisa kocham za niesamowity świat Narnii, który od dzieciństwa pobudzał moją wyobraźnię. Z typowych poradników psychologicznych cenię sobie za mądrość „Kup kochance męża kwiaty” Katarzyny Miller oraz „Kochaj siebie a nieważne z kim się zwiążesz” Evy-Marii Zurhorst. Uwielbiam serię ‘Świat Dysku’ Pratchetta i ‘Jeżycjadę’ Musierowicz. Z innych bliskich memu sercu tytułów wymienić mogę jeszcze „Upiora w operze” Gastona Leroux, „Smażone zielone pomidory” Fannie Flagg, "Złoty kompas" P. Pullmana, „Zapisane na ciele”, „Namiętność” oraz „Podtrzymywanie światła” Jeanette Winterson, „Hohaj” Elizabeth Rynell i pewnie jeszcze kilka innych tytułów, które w tej chwili nie przychodzą mi do głowy. Lista moich ulubionych książek naturalnie stale się powiększa :-)
piątek, 04 maja 2012
Prowincjonalna Nauczycielka zainicjowała jakiś czas temu na swoim blogu nowe wyzwanie czytelnicze "30 dni z książkami". Tak właściwie to ciężko nazwać to wyzwaniem, jest to raczej rodzaj zabawy, quizu czy kwestionariusza i mimo iż uważam część pytań za źle sformułowane lub też zbędne (kilka można by połączyć w jedno i dodać parę nowych, ciekawszych pytań) to postanowiłam przyłączyć się do zabawy i pogłówkować nad odpowiedziami :)
środa, 02 maja 2012
Narratorem „Kuszenia losu” jest Henryk Nowak, mężczyzna w średnim wieku, ceniony autor poczytnych powieści. Po trudnych doświadczeniach związanych z okresem komunizmu i kilku latach spędzonych w więzieniu traci tzw. ‘wenę’ i postanawia otworzyć własne wydawnictwo, w czym pomaga mu żona Ewa. Ciężko jest opisać w kilku słowach fabułę tej krótkiej powieści, gdyż tak właściwie niby dzieje się tu wiele ale są to wydarzenia mało znaczące. Henryk spisuje w formie powieści swoje życie od lat młodości a konkretnie od momentu poznania w Paryżu pewnej urokliwej Anny aż do jej śmierci jakieś 15-20 lat później. Henryk był zakochany w Annie, choć nigdy jej tego uczucia nie wyjawił. Tajemnicze zniknięcie Anny z Paryża i daremne próby odnalezienia jej przez Henryka rozdzieliło ich na kilka lat, po których zupełnie przypadkiem spotkali się ponownie na targach książki, gdzie Anna zgłosiła się do wydawnictwa Henryka z prośbą o wydanie jej powieści. Od tego momentu znajomość między tym dwojgiem zaczyna się na nowo. Oboje mają za sobą trudne doświadczenia, własne rodziny i mimo iż łączące ich stosunki nie wykraczają poza przyjaźń, w myślach Henryka Anna zajmuje czołowe miejsce. Cała fabuła jest przybliżeniem losów Henryka i jego znajomości z Anną. Czytelnik śledzi życie bohatera, jego drobne sukcesy i porażki, trudności zawodowe i rodzinne kłopoty a także wnika w psychikę i najbardziej intymne myśli Henryka czy jego rozterki natury moralnej. Książkę czyta się z przyjemnością i bez wysiłku ale zdecydowanie brakuje jej dynamiki. Niby są zwroty akcji, ale wywoływały u mnie raczej kpinę, gdyż wszystkie nieszczęścia wyraźnie pojawiały się w momencie, kiedy miało dojść do przeczytania przez wydawcę (czyli Henryka i jego wspólnika) maszynopisu Anny i które tym samym skutecznie to uniemożliwiały. Przyznam, że momentami ogarniał mnie śmiech, bo jeszcze zanim doszło do kolejnej tragedii, ja już wiedziałam, że musi ona nastąpić, skoro w przeczytanej przeze mnie scenie Henryk miał wreszcie po raz kolejny zająć się kwestią Anny i dzieła jej życia. Poza tym przez całą powieść głowiłam się, jak człowiek, który jest wydawcą i – jak mniemam – musi sporo czytać nie tylko maszynopisów autorów chętnych do wydania swoich dzieł w jego wydawnictwie ale i generalnie innych książek aby być na bieżąco z tym, co się wydaje na rynku, przez 3 lata (!) nie znajduje ani chwili na to, by zapoznać się z maszynopisem kobiety, która - jak sam twierdzi - bardzo wiele dla niego znaczy. Wprawdzie nie pracuję w wydawnictwie ale możecie mi wierzyć na słowo, że jestem osobą bardzo zapracowaną, codziennie mam na głowie tysiąc spraw, borykam się także z różnymi problemami natury osobistej i choć nie zawsze znajduję siłę i czas na blogowanie to czytam ZAWSZE. Nieważne jak bardzo byłabym zapracowana, nie wyobrażam sobie nie czytać kilka minut dziennie czy to w komunikacji miejskiej czy przed snem w łóżku. Dlatego też trzyletnie zwlekanie z przeczytaniem maszynopisu jest dla mnie kompletnie niezrozumiałe a usprawiedliwianie tego ‘życiowymi kłopotami’ wydaje mi się co najmniej śmieszne. Kolejną kwestią, która wywoływała na mej twarzy ironiczny grymas jest język, jakim posługują się bohaterowie „Kuszenia losu”. Barbara Rybałtowska pisze piękną, wysoką polszczyzną, zdania są rozbudowane i nierzadko zawierają wyrazy pochodzenia obcego, na co dzień raczej rzadko używane w mowie potocznej. Problem pojawia się przy dialogach, które pisane tego typu językiem brzmią sztucznie i zbyt egzaltowanie. Mało kto na co dzień używa w rozmowach z innymi ludźmi tak rozbudowanego stylistycznie języka (bo wyjątki jednak są, np. jeden z moich handlowców ;-)) . Czasami ogarniał mnie śmiech, bo taki ugrzeczniony sposób mówienia typu „ą ę, bułkę przez bibułkę” bardzo przypominał mi dialogi ze stale wyśmiewanego przeze mnie „Klanu” ;-) Podsumowując jest to przyjemna i odprężająca lektura po ciężkim dniu, napisana piękną polszczyzną, ale nie dostarcza wielkich emocji czy wzruszeń i mimo poruszania ważnych tematów nie dotyka czytelnika na tyle, by po lekturze zechciał on podumać jeszcze chwilę nad treścią. Moja ocena: 4/6
wtorek, 01 maja 2012
Fabregas jest współwłaścicielem podupadającej spółki. Praca pochłania go całkowicie, nie ma czasu ani dla rodziny ani dla samego siebie. Pewnego dnia pod wpływem impulsu rzuca wszystko i wyrusza w podróż. Nieważne gdzie, byleby jak najdalej od problemów i chaosu, w którym żyje. Fabregas sam nie wie, czego chce, tuła się po różnych krajach aż w końcu trafia do Wenecji. Przypadkiem poznaje Marię Clarę, młodą dziewczynę, wenecjankę z urodzenia, która oprowadza go po swoim rodzinnym mieście i opowiada mu o ciekawych zabytkach, postaciach czy legendach związanych z Wenecją. Fabregas jest zafascynowany dziewczyną, zwiedzanie miasta mało go pociąga, zgadza się na codzienne wycieczki tylko po to, aby móc ponownie spotkać się z dziewczyną. Maria Clara pojawia się tak samo tajemniczo jak znika, z początku niewiele mówi o sobie ale wraz z rozwojem fabuły czytelnik dowiaduje się więcej o niej samej i jej dziwacznej rodzinie. Ta znajomość odmieni życie Fabregasa, który pod koniec powieści znajdzie chyba wreszcie to, za czym podświadomie w życiu tęsknił. Jeśli chodzi o fabułę to jest ona nieskomplikowana, brak w powieści wartkiej akcji, napięcia czy dreszczyku emocji. Zauważyłam, że w wielu recenzjach pojawia się zarzut, iż książka jest nudna, bohater nieciekawy a jego niezdecydowanie, miotanie się ciągle w tym samym miejscu trudne do zrozumienia. Rzeczywiście, dzieje się tutaj niewiele, pierwsza połowa książki to właściwie spacery Fabregasa i Marii Clary po Wenecji i zwiedzanie zabytków, dopiero w drugiej połowie autor wprowadza wątki związane z rodziną dziewczyny, które mogą bardziej przykuć uwagę czytelnika. Mendoza stworzył powieść, którą należy smakować powoli, strona po stronie delektować się pięknem magicznego miasta i jego legend. To nie jest książka do łapczywego pochłaniania w celu dostarczenia sobie rozrywki w postaci trzymającej w napięciu fabuły. Wątek dotyczący pobytu Fabregasa w Wenecji i jego tajemniczej znajomej są bowiem tylko pretekstem do ukazania piękna i magii otaczającego ich miasta. To Wenecja jest pierwszoplanowym bohaterem tej książki, jej niezwykli mieszkańcy, pełne sekretów zakątki i niesamowite, momentami zahaczające o baśniowość legendy. Mendoza jest cudownym gawędziarzem, maluje za pomocą słowa niezwykle plastyczne obrazy miasta a opowiadane przez niego historie związane z Wenecją i jej mieszkańcami wciągają niczym najlepszy kryminał. Mnie ten brak szalonych zwrotów akcji zupełnie nie przeszkadzał, opowieści dotyczące historii miasta pochłonęły mnie do reszty i mimo późnej godziny czasami ciężko było odłożyć książkę by wreszcie pójść spać ;-) Pod koniec lektury zaczęłam się zastanawiać, czy ta książka zawiera jakieś przesłanie? Odniosłam wrażenie, że autor chciał coś przekazać swoim czytelnikom, tylko co? Patrząc na życie Fabregasa przed udaniem się w podróż i na to, czego doświadczył po przyjeździe do Wenecji nasuwa się wniosek, że Mendoza jest zwolennikiem smakowania życia, niegonienia za karierą i sławą, zdaje się być propagatorem umiejętności dostrzegania piękna dookoła nas, docenienia tradycji. Nie czytałam zbyt wielu książek Mendozy, ta jest zaledwie trzecią ale podobała mi się najbardziej. O ile poprzednimi powieściami/opowiadaniami jakoś niespecjalnie udało się Mendozie zdobyć moją sympatię, tak „Wyspa niesłychana” rzuciła na mnie magiczny urok i całkowicie zawładnęła mym sercem. Moja ocena: 5/6
piątek, 27 kwietnia 2012
Dzisiaj krótka notka z przymrużeniem oka ;-) Uśmiałam się dzisiaj na firmowym angielskim (moja firma funduje swoim pracownikom administracji kursy angielskiego). Ćwicząc gramatykę mieliśmy np. opowiedzieć grupie co lub kto widziany/spotkany po raz pierwszy wywarł na nas takie wrażenie, że nigdy tej sytuacji nie zapomnimy. Jedna z koleżanek (asystentka zarządu, która była obecna podczas mojej rozmowy kwalifikacyjnej dwa lata temu) stwierdziła, że do tej pory pamięta spotkanie ze mną, bo opowiadając o sobie wspomniałam wtedy m.in., że interesuję się literaturą i czytam Goethego. Tak się ponoć wyróżniałam na tle innych kandydatów, że dwa dni później szykowałam się już do nowej pracy. W życiu bym nie wpadła na to, że to właśnie dzięki Goethemu zdobyłam pracę. Zawsze byłam święcie przekonana, że zadecydowało o tym moje (czasami wręcz bezczelnie) wysokie poczucie własnej wartości. Może aby dostać podwyżkę powinnam teraz przy jakiejś okazji wspomnieć, że potrafię wyrecytować „Lorelei” Heinego z pamięci ;-) Piszę to wszystko z przymrużeniem oka oczywiście, niemniej jednak cieszy mnie fakt, że dziwne upodobania czytelnicze, choćby w minimalnym stopniu ale jak widać przynoszą czasem w życiu korzyści :-)
poniedziałek, 16 kwietnia 2012
W czerwcu najpiękniej ogród zakwita Luizy
niedziela, 15 kwietnia 2012
Zaostrzenie się sytuacji konfliktowych ze środowiskiem artystycznym oraz z samym carem, jak i wzrost nastrojów opozycyjnych czy szczególne wydarzenia w życiu politycznym Europy (rewolucja lipcowa we Francji, sierpniowa w Belgii, wybuch powstania listopadowego w Warszawie, bunty chłopskie w Rosji podczas epidemii cholery) kierowały uwagę Puszkina przede wszystkim w kierunku rozmyślań nad historią i przyszłością Rosji i Europy. Zainteresowanie biegiem historii i jej wpływem na generację zaowocowały skupieniem się na badaniach historycznych (m.in. nad czasami Piotra I czy powstaniem Pugaczowa), z czego narodził się potem ‘Jeździec Miedziany” czy „Córka kapitana”. W celu łatwiejszego dostępu do materiałów archiwum państwowego Puszkin na nowo rozpoczął służbę w Ministerstwie Spraw Zagranicznych i otrzymał prawo badania niedostępnych materiałów archiwalnych z XVIII wieku a w połowie 1833r. wyjechał odwiedzić regiony, gdzie rozgrywały się wypadki z czasów powstania Pugaczowa czyli Niżni Nowogród, Kazań czy Orenburg. W liryce tego okresu silnym echem odbiło się przede wszystkim powstanie listopadowe oraz wojna polsko-rosyjska 1831r. Po zajęciu Warszawy pojawiła się broszura, w której znalazły się dwie ody Puszkina: „Oszczercom Rosji” i „Rocznica Borodina”. W tej pierwszej zwracał się do polityków francuskich występujących w obronie Polski sugerując, że jest to „Słowian spór, rodzinny spór domowy” i jest tylko i wyłącznie wewnętrzną sprawą Rosji. Puszkin nie był entuzjastą polskiego zrywu, dziwiło go niezwykłe poparcie dla Polski ze strony niektórych postępowych kół Europy, bał się wybuchu większej wojny, która zagroziłaby potędze Rosji. Jego niezwykle patriotyczne wiersze związane z tym wydarzeniem spotkały się z entuzjastycznym przyjęciem ze strony dworu carskiego i Rosjan, z drugiej strony budziły w ludności niesmak jako wyraz serwilizmu i pochlebstwa dla rządu. Nie można jednak powiedzieć, aby Puszkin był jednoznacznie wrogo nastawiony wobec Polaków. Przeczy Ostatnie lata życia Puszkina to także okres, w którym w liryce poety dominuje refleksyjność i opisowość. Widać to szczególnie w dwóch ostatnich wierszach na rocznicę otwarcia liceum w Carskim Siole: „Ilekroć znowu, jak co rok” (1831) oraz „Był niegdyś czas: młodzieńcze nasze święto” (1836). W obu wierszach Puszkin przedstawił losy przyjaciół ze szkolnej ławy jako losy pokolenia połączonego wspólnym doświadczeniem historycznym, szczególnie naznaczonego przez bieg dziejowy.
Jednak najistotniejsze kwestie związane z czasem dotyczą związku między przeszłością, chwilą obecną a przyszłością. Prawie 10 lat po swoim przymusowym zesłaniu do wsi Michajłowskoje Puszkin ponownie odwiedził rodzinne strony. Zmiany jakie zaszły tam od jego ostatniej wizyty skłoniły go do napisania przepięknego wiersza „…Znowu odwiedziłem” (26.09.1835), opierającego się na zestawieniu wspomnień z chwilą bieżącą, ‘wtedy’ i ‘teraz’. Podmiot liryczny jest człowiekiem świadomym nieuchronności przemijania i zmian, w pokorze poddaje się temu naturalnemu prawu. Przepiękne jest metaforyczne przyrównanie trzech sosen do modelu rodziny sugerujące czytelnikowi naturalne prawo zmiany pokoleń a także refleksja dotycząca wciąż żywej pamięci o nas i o przeszłości w pokoleniach potomnych. To dzięki nim to, co minione nadal może trwać, być niezniszczalne i wieczne. Autor podejmował też próby naśladowania starożytnych , w których odtwarzał harmonijność poezji greckiej („Gorzko młodzieńca karciła dziewa śród szlochów zazdrości” 1835, „Do rzeźbiarza” 1836). Późne wiersze charakteryzuje ponowne zwrócenie się ku problematyce konfliktu pomiędzy jednostką a zbiorowością. Ponownie ważny staje się da Puszkina człowiek w jego społecznym istnieniu, szczególnie człowiek obdarzony rozwiniętą świadomością i wrażliwością, żyjący w nieprzychylnych mu warunkach, niezrozumiany przez społeczeństwo. Podmiot liryczny w tych wierszach dusi się w atmosferze, w której przyszło mu żyć, usiłuje wyrwać się z zaklętego kręgu ale jednocześnie ma świadomość, że wszelkie jego działania są daremne. Niezgoda na otaczający go świat w połączeniu z niemożnością wyrwania się z niego nadają późnej liryce Puszkina bardzo pesymistyczne i dramatyczne tony.
Pod koniec życia Puszkin odnalazł możliwość przezwyciężenia konfliktu ze zbiorowością Sfera prywatna pod koniec życia poety także naznaczona była dramatyzmem. W 1834r. Puszkin otrzymał tytuł kamer-junkra (najniższa godność na dworze cara), co przy wzrastających w poecie opozycyjnych nastrojach wobec dworu i sfer arystokratycznych stanie się przyczyną późniejszej tragedii życia rodzinnego i doprowadzi do śmierci poety. Na lata te przypadły także plany wydawania czasopisma, uwieńczone częściowym sukcesem dopiero w roku 1836, kiedy to drukiem ukazały się 4 tomy almanachu „Sowriemiennik”. Ostatni rok życia poety jest szczególnie ciężki, nie tyle przez wzgląd na zachwianą pozycję jako profesjonalnego pisarza w kręgach petersburskiej arystokracji co przez policzek wymierzony mu jako mężowi w związku z opinią o stosunkach łączących jego żonę Natalię z carem Mikołajem I. Natalia Puszkina od kiedy została przedstawiona na dworze carskim stała się ozdobą wszystkich petersburskich balów i wywołała także zainteresowanie u samego cara. Puszkin zmuszony był do prowadzenia intensywnego życia towarzyskiego i utrzymywania kontaktów towarzyskich z tzw. wy
poniedziałek, 09 kwietnia 2012
Pod koniec marca wracaliśmy z kolegą z delegacji. W tle grała radiowa Trójka umilając nam podróż i kiedy już zbliżaliśmy się do Łodzi usłyszałam piosenkę zespołu The Chromatics „Lady”.
Muzyka spodobała mi się tak bardzo, że zapisałam sobie w komórce nazwę zespołu aby w wolnej chwili poznać szerzej ich twórczość. Po przesłuchaniu albumu „Night Drive” przepadłam :-) Zupełnie nie mój styl a jednak muzyka ta zawiera w sobie coś co mnie przyciąga. Chyba pewien rodzaj niepokoju, który kojarzy mi się ze ścieżką dźwiękową do Twin Peas czy Mulholland Drive. W tym roku zespół wydał nowy album pt.”Kill for love”, który jednak nie zdobył mojego serca (poza "Lady" i "Broken Mirrors"). |
Zakładki:
Mój drugi blog
Szukam
Wyzwania czytelnicze
Blogosfera
Bywam...
Czytam...
Kontakt
Przeczytane
Warto zajrzeć
Tagi
| |||||||||||||||||||||||||||||||||||||||||||||||||||