piątek, 07 marca 2014

Przez sto pulsowań

do setnych potów

i do łez setnych

przemieszanych

z gonitwą oddechów

 

na krawędzi zatracenia

u brzegu odzyskania

 

ty ja ty ja ty ja ja ty

dwoje a jedno

w fali łagodnej

jak krawędź obłoku

dosadnej

jak krwisty łuk pożądania



niedziela, 23 lutego 2014

Wszystko zaczęło się od tej strony:

https://www.facebook.com/3metry

Nudząc się któregoś grudniowego wieczora zaczęłam buszować po różnych stronach na facebooku i przypadkiem trafiłam na stronę filmu „Trzy metry nad niebem”. Opublikowane tam cytaty z filmu i różnego rodzaju sentencje tak zgrały się z moim stanem ducha (i serca), że już po chwili szukałam w necie filmu do obejrzenia online. Znalazłam, odpaliłam i … nie wstałam od komputera dopóki nie obejrzałam do końca. Śmiałam się potem sama z siebie, że podnieciłam się historią Babi i Stepa jak nastolatka ale nie ma co ukrywać – tak właśnie było. Jestem zresztą w 100% pewna, że gdybym miała o połowę lat mniej niż teraz, „Trzy metry nad niebem” stałyby się moim ulubionym filmem a także i książką. Bo jak się okazało, film został nakręcony na podstawie powieści Federico Moccii. Najzabawniejsze jest to, że obiecałam sobie kiedyś nie tykać powieści tego autora. Swego czasu na wielu blogach pojawiały się recenzje jego powieści „Amore 14” oraz „Wybacz, ale będę ci mówiła skarbie”, które zakwalifikowałam jako typowe miłosne powieścidełka dla nastolatek, od których zamierzałam trzymać się z daleka. Cóż, film w reżyserii Fernando Gonzaleza Moliny tak mnie oczarował, że musiałam zmienić swoje postanowienie i jakoś w połowie stycznia kupiłam książkę w promocji. Dla ostrożności wybrałam wersję kieszonkową, co by mniej żałować wydanych pieniędzy jeśli powieść okaże się gniotem. Wydanych pieniędzy nie żałowałam a książka pana Moccii z całą pewnością trafi do mojego corocznego zestawienia najlepszych książek przeczytanych w danym roku.

Nad fabułą nie ma się co rozwodzić – „Trzy metry nad niebem” opowiada historię burzliwej miłości dwojga nastolatków Babi i Stepa. Ona – dobrze ułożona, kulturalna, spokojna dziewczyna z dobrego domu. On – doświadczony przez życie chuligan, złodziej i obibok, który śpi do południa i spędza czas na bijatykach lub ścigając się na motorze. Jak można się domyśleć, nie będzie to historia z happy endem ale może właśnie dlatego tak mi się spodobała.

Początkowo nie mogłam wczuć się w klimat powieści, nieprzyzwyczajona do narracji w czasie teraźniejszym. Jednak po kilkunastu stronach dziwne wrażenie gdzieś zniknęło a ja mogłam zachłannie śledzić losy bohaterów. Nie podobał mi się także sposób, w jaki na początku powieści Moccia charakteryzował pojawiające się postaci. Chcąc dać czytelnikowi do zrozumienia do jakiej klasy społecznej należy dana postać, autor opisywał jakich marek ubrania nosi. Jest to może czytelne dla włoskiego odbiorcy, jednak polski czytelnik może mieć problem czytając o markach odzieżowych niedostępnych u nas w kraju.

Podoba mi się natomiast to, że uczucie między Babi a Stepem rozwija się powoli i tak właściwie dopiero w drugiej połowie książki tak naprawdę zaczyna się coś między nimi dziać. Pierwsza połowa to charakterystyka postaci, opis ich codzienności, problemów. Przez to historia ta nie jest przesłodzona, czytelnika nie mdli od miłosnych wyznań i schadzek, bo nie ma ich zbyt wiele. Ma to jednak i swoje minusy. Koniec następuje nagle i w mocno przyspieszonym tempie – na ostatnich kilkunastu stronach rozgrywają się wydarzenia, którym warto byłoby jednak poświęcić więcej miejsca. No i sprawa zaginięcia vespy Babi pozostała bez wyjaśnienia.

Opis na okładce książki, tudzież różne opinie w internecie sugerują, że pod wpływem miłości zmieniają się oboje z bohaterów. Ja mam na ten temat odmienne zdanie. Uważam, że jedynie Babi się zmienia – pozwala sobie na odrobinę szaleństwa i ryzyka, korzysta z uroków życia, choć nadal pozostaje wierna swoim zasadom. Step w mojej opinii niewiele się zmienia (jeśli w ogóle). Nadal się bije, nadal kradnie i wykorzystuje innych. Nie jest w stanie (nie chce?) przeciwstawić się swojej paczce; jak oni zaczynają rozrabiać, to on też uważając to za świetną zabawę i usiłuje na dodatek przekonać do tego Babi. Dopiero po rozstaniu coś do niego dociera, ale na jak długo?

Babi jest bohaterką, którą bardzo polubiłam. Podoba mi się jej postawa, jej poglądy, trzymanie się pewnych zasad. Mam z nią wiele wspólnego, dobrze rozumiałam jej decyzje. Choć postacią, którą najbardziej polubiłam był jednak Claudio Gervasi czyli tyranizowany przez swoją żonę i nieco olewany przez córki ojciec Babi – taka trochę pierdoła, zdominowana przez autorytarną żonę, ale pod płaszczykiem uległego męża kryje się naprawdę równy gość. Za każdym razem gdy pojawiał się a kartach powieści wywoływał uśmiech na mojej twarzy.

Ponieważ akcja powieści dzieje się we Włoszech bohaterowie najczęściej słuchają włoskiej muzyki (Eros Ramazotti czy Tiziano Ferro). Mnie do tej historii bardzo pasuje muzyka niejakiego Chris’a Daughtry (moja ostatnia muzyczna fascynacja).

Mimo iż nastolatką już dawno nie jestem, książka idealnie trafiła w mój gust i obecny stan ducha. Najwyraźniej znajduję się teraz na takim etapie w życiu, że tego typu historie są mi potrzebne, by wywołać uśmiech na twarzy. Tym bardziej, że niektóre dialogi z książki znalazły odzwierciedlenie w rzeczywistości ;-) Jestem pewna, że gdyby „Trzy metry nad niebem” zostały przetłumaczone na język polski kilkanaście lat temu (we Włoszech powieść ukazała się w 1992r) a ja przeczytałabym ją jako 15-16-latka to stałaby się ona moją biblią. Nie dziwię się, że we Włoszech powieść uzyskała status kultowej. Na stosiku obok mojego łóżka czeka już „Tylko ciebie chcę”, czyli kontynuacja „Trzy metry nad niebem”, kupiona w pośpiechu pod wpływem zachłyśnięcia się częścią pierwszą.

Polecam nie tylko nastolatkom, starszym czytelniczkom, które chcą powspominać pierwsze burzliwe miłostki ;-) też powinna przypaść do gustu.


Moja ocena: 6/6

 

A jeśli macie ochotę zapoznać się z historią Stepa i Babi w wersji filmowej, to pod tym linkiem można obejrzeć cały film online: http://www.cda.pl/video/5810067/Trzy-metry-nad-niebem-online-2010-Lektor-PL

18:31, weisse_taube , przeczytane
Link Komentarze (2) »
niedziela, 26 stycznia 2014

Nie da się ukryć – nawaliłam na całej linii. Chyba po raz pierwszy tak bardzo zaniedbałam blogowanie i choć mam mocne argumenty na swoje usprawiedliwienie, to jednak źle mi z tym stanem rzeczy. Rok 2013 był dla mnie bardzo trudny. Do mojego zniknięcia z blogosfery przyczynił się prawie trzymiesięczny brak komputera w domu oraz sajgon w pracy. Najpierw nie miałam jak pisać, potem ze względu na nawał obowiązków nie miałam kiedy. Wiele zmieniło się w moim miejscu pracy, doszły mi nowe obowiązki, co sprawia, że mam niewiele czasu wolnego. Nie ma mnie w domu między 7.00 rano a 20.00 wieczorem, a biorąc pod uwagę, że w domu jednak też zawsze coś trzeba zrobić, czasu tylko dla siebie mam jak na lekarstwo. Stopień mojego zmęczenia też robi swoje, niedawno po raz pierwszy w życiu po przyjściu z pracy po prostu urwał mi się film. Obudziłam się następnego dnia o piątej rano, w ubraniu, w makijażu, nie wiedząc jaki jest dzień i w ogóle co się stało. Staram się czytać, ale nie jest łatwo. Od razu mogę napisać, że do połowy lutego na pełną reaktywację bloga nie ma szans, bo mam za dużo na głowie.

Ale wróćmy może jeszcze na chwilę do poprzedniego roku, bo to przecież jego ma dotyczyć ten wpis.

Przeczytałam łącznie 30 książek, w tym kilka książeczek dla dzieci. Gdybym miała wykluczyć je z zestawienia ze względu na niewielką objętość, liczba przeczytanych książek oscylowałaby wokół 22 pozycji. Myślę, że nie jest to tragiczny wynik.

Pod względem gatunków moja zeszłoroczna lista lektur wypadła następująco: 14 powieści, 5 poradników, 3 tomiki wierszy, 2 zbiory opowiadań/felietonów oraz 5 pozycji, które nie wiem jak sklasyfikować (może po prostu ‘inne’).

Prym wiodą jak zwykle kobiety, bo były autorkami 15-stu książek, które przeczytałam. 13 napisali mężczyźni, zaś autorami dwóch pozycji jest duet damsko-męski.

Nie zmienia się nic jeśli chodzi o ubóstwo różnorodności krajów pochodzenia autorów przeczytanych lektur. Odwiedziłam czytelniczo raptem 8 krajów: liderem w tej kategorii jest Polska z 16-stoma książkami. Pozostałe wyniki kształtują się następująco: Francja, USA oraz Wielka Brytania po 3 pozycje, Norwegia, Iran/Irlandia, Indie po jednej książce. Jak zwykle jestem zła na siebie, że w ogóle nie sięgam po autorów niemieckojęzycznych.


visited 8 states (3.55%)
Create your own visited map of The World

Odkryciem roku był dla mnie Kornel Makuszyński. Nie zdawałam sobie sprawy, że pisał tak pogodne i ciepłe książki. Bardzo odpowiada mi także jego poczucie humoru. Już wiem, że jego powieści to najlepsze antidotum na spadki nastroju.

I wreszcie przechodzimy do najważniejszej części czyli do hitów i kitów 2013. Poziom przeczytanych książek był raczej wyrównany a buble odnotowałam raptem tylko dwa. W tej konkurencji nie brałam pod uwagę „Proroka” K. Gibrana, gdyż jest to książka, którą czytałam już wcześniej.

1. Kornel Makuszyński „Awantura o Basię” – za niesamowite ciepło i serdeczność bijące z kart powieści, za lekkie pióro, mądry humor i działanie antydepresyjne  

2. Frances Hodgson Burnett „Mała księżniczka” – za dostarczenie mi wielu wzruszeń, za mądrość i pozytywny przekaz płynący z książki

3. Hanna Kowalewska „Maska Arlekina” – za cudowny ‘zawrociański’ klimat, sugestywne opisy, wiarygodną psychologię postaci oraz – jak zawsze u Kowalewskiej –przepiękną polszczyznę

Czytelnicze niewypały:

1. Katarzyna Miller „Królowe życia” – głównie za nudę i schematyczność w przedstawianiu opisywanych historii

2. Joanne Harris „Czekolada” – za nudę, zbyt dużą jak dla mnie dawkę ‘francuszczyzny’ i bohaterkę, której nie mogłam ścierpieć

Czytałam może niewiele ale za to ile kupiłam! Matko, tutaj statystyki ilościowe zawsze przyprawiają mnie o ból głowy ;-) Gdybym tak czytała tyle ile kupuję i kupowała tyle ile zazwyczaj czytam…

W 2013 roku przybyły mi 104 książki z czego 3 pochodzą z wymiany, dwie otrzymałam od wydawnictwa oraz dwie wygrałam w konkursach. Zakupiłam 97 książek, co kosztowało mnie (o zgrozo!) 1’576,15zł.

Planów na ten rok nie mam. Życie pokazuje, że i tak wszystko szlag trafi, więc wolę iść na żywioł. Mam tylko nadzieję, że uda mi się powrócić do blogowania.   


13:28, weisse_taube , inne
Link Komentarze (5) »
sobota, 02 listopada 2013

Nigdy specjalnie nie przepadałam za twórczością Anity Lipnickiej a jej słynny hit „Wszystko się może zdarzyć” przyprawiał mnie o mdłości. Nie wiem, co mnie skłoniło do przesłuchania jej najnowszego albumu „Vena amoris”. Może pozytywne i bardzo zachęcające opinie w prasie i internecie? W jednej recenzji ktoś napisał, że Lipnicka śpiewa tu folkowe ballady i romanse i chyba właśnie to stwierdzenie ostatecznie przekonało mnie do sięgnięcia po ‘żyłę miłości’.


Album zawiera 12 kompozycji utrzymanych w stylu ‘Americana’. Wyraźnie słychać tu wpływy country, folku czy bluesa. Sama artystka tak wypowiada się na temat płyty:

„Chciałam nagrać coś, co nie będzie przypominało żadnych  moich wcześniejszych dokonań, ani kojarzyło się z niczym co można usłyszeć na naszym rodzimym rynku muzycznym. Postawiłam na niekonwencjonalny zestaw kolorów i vintage'owe brzmienia, instrumenty takie jak pedal steel, banjo, wibrafon czy Wurlitzer ”. 

Jest folkowo, old-schoolowo ale i bardzo kobieco. Teksty to mocna strona tej płyty.  

Szczególnie polecam „Vena amoris”, „Sen Laury”, "Sama", "Nie wiem".

A jeśli nadal nie jesteście przekonani do przesłuchania najnowszego albumu pani Lipnickiej to zachęcam do przeczytania recenzji pod tym linkiem. Świetny tekst!



Tagi: muzyka
20:49, weisse_taube , muzyka
Link Dodaj komentarz »
niedziela, 27 października 2013

Sporo czasu minęło od mojego ostatniego spotkania z bohaterami zawrociańskiego cyklu bo nieco ponad rok ale jakoś nie mogłam zabrać się za kolejną część. Powodem mojego wahania była świadomość, że trzeci tom cyklu poświęcony jest Świrowi, tragicznie zmarłemu mężowi  Matyldy, do którego jak do tej pory niestety nie udało mi się zapałać sympatią. „Maska Arlekina” może nie zmieniła tego stanu rzeczy ale przynajmniej przybliżyła mi postać Filipa, pozwoliła zrozumieć jego psychikę i motywy postępowania.

Powieść rozpoczyna się od nagłego i pełnego pretensji telefonu matki zmarłego przed dziesięciu laty Filipa do Matyldy. Cecylia Just jest oburzona, jak Matylda śmiała postawić na grobie jej ukochanego syna ‘takie coś’. A tym ‘czymś’ jest rzeźba garbatego anioła ze złamanym skrzydłem. Tyle że to nie Matylda była pomysłodawczynią takiego upamiętnienia 10. rocznicy śmierci Świra. A więc kto? I czy rzeźba aby na pewno jest metaforycznym ujęciem życia Filipa czy może przedstawia symboliczny portret kogoś zupełnie innego?

Podobnie jak w przypadku poprzednich części cyklu powieść zbudowana jest na krótkich, kilkustronicowych rozdziałach podzielonych dodatkowo na podrozdziały, co sprawia, że czyta się ją szybko i sprawnie.

Pomimo iż bohaterem „Maski Arlekina” jest postać przeze mnie nielubiana, doskonały warsztat pisarski Kowalewskiej nie pozwolił mi na nudę, brak zaangażowania czy uczucie znużenia. Przepiękna wysoka polszczyzna, wyrobiony, już rozpoznawalny styl, sugestywność opisów oraz umiejętność konstruowania żywych dialogów sprawiła, że ani przez moment nie przeszło mi przez myśl, że książka ta jest w jakimś sensie gorsza od poprzednich.

Jedyny zgrzyt językowy jaki odnotowałam to błędnie napisany tytuł filmu z Julią Roberts i Ricardem Gere – według pani Kowalewskiej brzmiał on „Preaty Wooman”. Rozumiem, że ktoś może nie znać języka angielskiego ale pisząc książkę wypadałoby sprawdzić pisownię chociażby w internecie a jeśli autorka tego nie zrobiła to przeoczenie tego przez korektora uważam już za duży błąd.

Wspominałam już wielokrotnie, że autorka posiada także talent w zakresie obserwacji ludzkich zachowań i kierujących nimi emocji – jej bohaterowie to ludzie z krwi i kości o mocnym psychologicznym zapleczu.

Powtórzę też tezę, która do postaci pojawiających się na kartach „Maski Arlekina” pasuje jak do żadnych dotychczasowych bohaterów zawrociańskiego cyklu – są to z reguły typy nie wzbudzające sympatii, ale gdy przyjrzeć się im bliżej wychodzi na jaw, że są to po prostu ludzie bardzo nieszczęśliwi, nierozumiani i mocno okaleczeni przez najbliższych, zamknięci w kokonach urazów i żalu. Zamiast pogardy czytelnik zaczyna w pewnym momencie odczuwać wobec nich raczej współczucie.

Moja niechęć wobec Świra wynika z tego, że żyjemy w zupełnie innych światach. Filip obraca się  odmiennym od mojego środowisku i tak właściwie to wcale nie dziwiły mnie nieznane wcześniej fakty dotyczące Filipa ujawniane przez jego byłą dziewczynę Olgę. Po odkryciu coraz to nowej ‘rewelacji’ tylko kiwałam głową mrucząc pod nosem ‘w sumie można się było tego po nim spodziewać…’.  

Nie mniej ważną postacią „Maski Arlekina” – jeśli nie najważniejszą – jest była dziewczyna Świra – Olga, która nie mogąc pogodzić się z jego śmiercią pije na umór, by zagłuszyć w sobie nie tylko ból po stracie ukochanego ale i demony przeszłości. Olga dręczy siebie (oraz opiekującą się nią Matyldę) wiedzą na temat tajemnic Świra, prowadzi z Matyldą swoistą grę, której smutny finał poznamy na ostatnich stronach powieści.

Bardzo ale to bardzo polubiłam Olgę z kart tej powieści. Jak do tej pory wydawała mi się mocno antypatyczna a w trzeciej części cyklu znalazłam nawet między nami sporo podobieństw, np. mocno ironiczne poczucie humoru i skłonność do uszczypliwych komentarzy. Resztę podobieństw wolę przemilczeć ;-) Tak naprawdę Olga jest bardzo nieszczęśliwym człowiekiem, czytając jej historię było mi jej niezwykle żal. Nie mogłam też pogodzić się z zakończeniem powieści, bo bardzo chciałabym jeszcze spotkać tę bohaterkę w następnych częściach cyklu.

Zastanawiałam się, co Kowalewska chciała przekazać swoim czytelnikom w „Masce Arlekina”. Ja wymowę powieści odczytałam następująco: każdy gra w życiu jakąś rolę a czasami nawet kilka. Nie zawsze są to role wybrane samemu, czasem życie narzuca nam taki a nie inny kostium i każe grać. Każdy z nas nosi na twarzy maskę ukrywając pod nią swoje prawdziwe ja – często słabe, kruche, małe i bojaźliwe.

Moje obawy dotyczące fabuły trzeciej części zawrociańskiego cyklu okazały się zupełnie bezpodstawne. Po raz kolejny proza Hanny Kowalewskiej pochłonęła mnie bez reszty dając satysfakcję z obcowania z literaturą mądrą, pięknie napisaną i trafiającą w serce.

Jeśli jeszcze nie mieliście styczności z twórczością Hanny Kowalewskiej jak najszybciej zmieńcie ten stan rzeczy. Warto!

Moja ocena: 5/6


Książkę przeczytałam w ramach wyzwań czytelniczych:

* Trójka e-pik (książka z motywem anioła) - w ramach nadrabiania zaległości



piątek, 11 października 2013

Pamiętam moje pierwsze spotkanie z "Prorokiem". Kilka lat temu szukałam w internecie tekstów o miłości po niemiecku i trafiłam przypadkiem na „Von der Liebe” czyli pierwszą część monologu tytułowego bohatera.

Ten tekst zmiażdżył mnie od środka. Z zapartym tchem chłonęłam każde słowo, łzy ciekły mi ciurkiem po policzkach. Długo, bardzo długo nie mogłam się potem otrząsnąć. Nigdy potem nie trafiłam na tekst o miłości, który zrobiłby na mnie większe wrażenie.

„Prorok” to coś w rodzaju powieści poetyckiej opowiadającej o starym proroku, który po kilkunastu latach spędzonych w małej wiosce szykuje się do jej opuszczenia. Na dniach do wybrzeży ma przybić statek, który zawiezie go do jego ojczyzny. Kiedy mieszkańcy wioski dowiadują się o rychłym odejściu proroka gromadzą się w pobliżu jego domu i proszą, aby opowiedział im o różnych aspektach życia jak np. miłość, praca, rodzicielstwo, zbrodnia i kara, śmierć itp. Prorok mówi im jak żyć aby codziennie budzić się z uśmiechem w sercu i być szczęśliwym. Tłumaczy im świat pięknym, pełnym metafor językiem, stylizowanym nieco na biblijny.

Uboga w wydarzenia fabuła kryje w sobie skarbnicę złotych myśli i mądrych rad dotyczących życia. Chwyta za serce, skłania do zadumy, daje pociechę i nadzieję. Nie jest to płytkie czytadełko w stylu Paulo Coelho, Gibran znacznie lepiej operuje słowem i środkami stylistycznymi. Całość na język polski przełożył Ernest Bryl i to właśnie jego przekład Wam polecam. W internecie krąży kilka wersji „Proroka” w niewiadomym tłumaczeniu, niektóre tak kiepskie, że robią temu przepięknemu utworowi naprawdę wielką krzywdę.

„Prorok” jest niewielką objętościowo książeczką, ale odradzam czytania całej naraz. To utwór do powolnego smakowania, niespiesznego zgłębiania zawartych w nim myśli. Przy zbyt szybkim czytaniu wiele może nam umknąć. Zresztą „Prorok“ należy do tych utworów, które można czytać po kilkadziesiąt razy, na różnych etapach życia i za każdym razem znajdziemy w nim nowe tropy, myśli, zrozumiemy więcej niż za poprzednim razem.  

Dzieło Gibrana uważam za swoją prywatną biblię. Lubię do niego wracać, szczególnie wtedy, gdy życie mnie przygniata. Odnajduję w „Proroku” nadzieję i chęć do życia.

Tekst „O miłości” nadal działa na mnie tak samo jak za pierwszym razem. Miażdży mnie od wewnątrz, rozrywa na strzępy, sieje spustoszenie w sercu i duszy, młóci do nagiego ziarna i mieli do białości.  

Wydanie które posiadam zawiera także korespondencję Khalila Gibrana skierowaną do jego wieloletniej przyjaciółki Mary Haskell w wyborze i adaptacji Paulo Coelho. Skłania ona do refleksji, iż uczucie Gibrana do panny Haskell było jednostronne i niestety zupełnie ślepe. Czytałam jego listy z dużą dozą rozdrażnienia i nie mogłam się nadziwić jak ktoś przez tyle lat może być tak zaślepiony. Szkoda, że opublikowana korespondencja przedstawia więź pomiędzy tych dwojgiem tylko z jednej strony, być może gdyby dopuszczono do głosu Mary Haskell, jej listy rzuciłyby nieco inne światło na przedstawioną  tu sytuację.  

Jeśli nie znacie jeszcze „Proroka”, szczerze zachęcam Was do zapoznania się tym pięknym i mądry utworem. Jest dla mnie jedną z najważniejszych książek mojego życia, niewyczerpanym źródłem zadumy, inspiracji, wiary i nadziei.

Moja ocena: 6/6


A na zachętę najpiękniejszy tekst o miłości, jaki dane mi było czytać:

Khalil Gibran 'O miłości'

 

Wtedy zawołała Almitra:

– Mów do nas o miłości!

On podniósł głowę. Zapadła cisza. Wielkim głosem zawołał:

– Podążaj za miłością, kiedy cię wzywa,

Chociaż jej drogi trudne są i strome.

A gdy obejmie cię skrzydłami – ulegnij,

Nawet gdyby miał cię zranić miecz ukryty.

Gdy miłość mówi do ciebie, miej wiarę,

Choćby ten głos miał rozbić twoje sny jak wiatr północny, co pustoszy ogrody.

Bo w tej samej chwili będziesz przez miłość ukoronowany i ukrzyżowany. Ona chce, abyś rósł wysoko, i godzi się, aby cię ścięli.

Jest przy twojej wyniosłości i pieścić będzie najpiękniejsze gałęzie kołyszące się w słońcu. A jednocześnie zejdzie w głąb do korzeni i poruszy je, gdy czepiają się ziemi.

Zbierze was jako kłosy,

Wymłóci do nagiego ziarna,

Przesieje, uwalniając od plewy.

Zmieli do białości.

Ugniecie na miękkość.

W końcu przyjmie was do jej świętego ognia.

Tam staniecie się chlebem błogosławionym i przeświętą ucztą Boga.

Wszystko to uczyni wam miłość, aby poznana została przez was tajemnica serc waszych. A przez tę wiedzę staniecie się jednią z sercem życia.

Jeśli jednak pełni bojaźni zechcecie w miłości szukać tylko pokoju i przyjemności, lepiej abyście okryli swą nagość i wyszli z jej młocarni w świat bez pór roku. Tam śmieją się, ale nigdy pełnym śmiechem, i płaczą, ale nigdy szczerym płaczem.

Bo miłość nie daje nic poza sobą. I nic prócz tego, co dała, nie odbiera.

Miłość nic nie posiada ani jej nie posiędziesz.

Miłość miłości starcza.

Więc jeśli kochasz, nie mów: „Bóg jest w sercu moim”, ale raczej: „Jestem w sercu Boga”.

Nie myśl też, iż potrafisz wyznaczać drogi miłości, bo ona, jeśli będziesz tego godny, wyznaczy drogi tobie.

Miłość nie pragnie niczego poza spełnieniem.

Więc jeśli kochasz i musisz pożądać, pożądaj tego:

Aby roztopić się i być niby strumyk śpiewający dla nocy.

Aby zaznać bólu największej czułości.

Aby mieć w sobie ranę zadaną przez miłości zrozumienie.

Aby krwawić chętnie i radośnie.

Aby budzić się świtem, czując uskrzydlone serce, i dziękować za kolejny dzień miłowania.

By odpoczywać w południe, rozmyślając nad miłości ekstazą.

By wracać do domu pod wieczór pełen wdzięczności w sobie.

By usnąć z modlitwą dla miłości w sercu i pieśnią chwały na ustach.



Tagi: gibran Indie
14:11, weisse_taube , przeczytane
Link Dodaj komentarz »
poniedziałek, 07 października 2013

Miało mnie nie być przez dwa tygodnie a zrobiły się z tego trzy miesiące. Bardzo dziękuję wszystkim, którzy tu zaglądali i cierpliwie wyczekiwali mojego powrotu.

Sytuacja – niestety zupełnie ode mnie niezależna – nieco się zagmatwała i dopiero od wczoraj mam stały dostęp do komputera w domu. Nawet nie wiecie jak tęskniłam za moim małym miejscem w sieci!

Ponieważ do końca tego tygodnia mam urlop postaram się powolutku zacząć nadrabiać zaległości a uzbierało się ich naprawdę dużo. I to nie tylko tych ‘blogowych’. Z wieloma sprawami jestem mocno do tyłu i ogarnięcie tego wszystkiego trochę potrwa. Proszę więc Was jeszcze o chwilę cierpliwości.  

Aby umilić Wam oczekiwanie na nowe recenzje prezentuję ostatnie nabytki książkowe. Jak widać zakupowo nie próżnowałam ;-)


Pierwszy stos zawiera zakupy ze Znaku, Matrasu oraz Weltbildu. Pamiętacie jak ustrzeliłam serię o Kuszielu Jacqueline Carey bez pierwszego tomu? Jakiś czas później w tym samym salonie Weltbild znalazłam go za 10zł. To się nazywa mieć farta :-)

Nie mogłam również przegapić okazji, by zdobyć za 1 grosz najnowszą książkę mojego ukochanego pisarza jakim jest Wiesław Myśliwski i złożyłam w Znaku zamówienie na książki, które też od dawna mam na liście ‘książkowych must-have’. „Ostatnie rozdanie” zaczęłam wczoraj czytać i jak zawsze w przypadku prozy Myśliwskiego jestem oczarowana.

Drugi stosik to tzw. ‘zakupy różne’.

Na samym dole znajduje się moja wygrana z magazynu Sens – książka na temat ajurwedy pt. „Prakriti. Odkryj swoją pierwotną naturę”. Po dokładnym przejrzeniu wydaje się świetna!

„Portret Pani Charbuque…” nabyłam od jednej z blogerek, której w tym miejscu jeszcze raz dziękuję za bardzo sprawną transakcję :-) A książeczka trafia oczywiście do mojej maleńkiej na razie kolekcji serii Uczta Wyobraźni.

Najbardziej jednak jestem zadowolona z upolowanych na giełdzie książek Tiecka i Durrenmatta – każda z tych perełek kosztowała mnie raptem 2,5zł !!!

Jak widać uległam manii na sagę Pieśni Lodu i Ognia. Warto. Kto się jeszcze waha, niech przestanie w tej chwili i leci do księgarni po swój egzemplarz. Rewelacyjna proza, idealna na długie jesienne wieczory. Dozuję sobie pomalutku „Grę o tron”, czytam niespiesznie, bo tak mi się podoba, że chcę jak najdłużej czerpać przyjemność z lektury. Do końca roku pewnie nie zdążę ale to nic. Ważne że radość z obcowania z tak świetną prozą będzie dłuuuga :-)


Tagi: stosiki
15:03, weisse_taube , stosiki
Link Komentarze (4) »
środa, 26 czerwca 2013

Od minionego weekendu aż do połowy lipca dostęp do komputera i internetu mam niestety tylko w pracy, więc ogłaszam przymusową przerwę na blogu.

Nie mam jak pisać recenzji, omówienia książek, które teraz czytam pojawią się dopiero pod koniec lipca.

12:07, weisse_taube , przeczytane
Link Komentarze (3) »
niedziela, 16 czerwca 2013

O jakież wytchnienie dał mi „Puszczyk” po ciężkiej i ciągnącej się w nieskończoność lekturze „Czekolady” Joanne Harris! Był książką, która na powrót pozwoliła mi czerpać radość z czytania i przynosiła co wieczór odprężenie i błogi stan czytelniczego upojenia.

Żałuję, że tak długo musiała czekać na swoją kolej, bo z miejsca polubiłam głównego bohatera a i styl pisania Grzegorczyka bardzo przypadł mi do gustu. Bardzo chciałabym poznać inne jego powieści, szczególnie te, których bohaterem jest Stanisław Madej.

Akcja „Puszczyka” umiejscowiona jest w Rojnie, niewielkiej wsi zagubionej wśród lasów. Jakiś czas temu dobiegający 50-tki Stanisław Madej zakupił tu zrujnowany dom, który wyremontował i po porzuceniu pracy w wydawnictwie postanowił osiąść na stałe na prowincji, by w odległej głuszy móc w spokoju zająć się pisaniem powieści. Plany te komplikują się nieco kiedy pewnego dnia Madej znajduje w kościele zwłoki proboszcza. Policja zamyka sprawę pisząc w raporcie, że był to wypadek, jednak Stanisław nie może uwierzyć, że ksiądz spadł z drabiny akurat w wieczór, kiedy miał mu przekazać zapełniony osobistymi notatkami egzemplarz średniowiecznego mistyka. Madej miał nadzieję odnaleźć wśród tych zapisków trop, który naprowadziłby go do rozwiązania zagadki samobójstwa męża kobiety, z którą był kiedyś związany. Próbuje więc na własną rękę rozwikłać zagadkę śmierci księdza a pomaga mu w tym nieco tajemniczy Radek, zatrudniony w kościele do pomocy przy odnowie dachu. Niespodziewany bieg wydarzeń sprawi, że Stanisław zacznie zastanawiać się nad własnym życiem i decyzjami, które podjął. Inspiracją do nowych przemyśleń będzie obraz przedstawiający rozbitka na plaży, który zupełnie niespodziewanie trafi do rąk Madeja. Czy pomoże bohaterowi ułożyć sobie życie?

„Puszczyk” to takie połączenie kryminału z powieścią a la „Dom nad Rozlewiskiem” tyle że w męskim wydaniu. Być może nie jest to do końca trafione porównanie, bo bestseller pani Kalicińskiej uważam za gniot wszech czasów, natomiast „Puszczyk” bardzo mi się podobał ale chodzi tu po prostu o konwencję – bohater przenosi się na odludzie, by zacząć wszystko od nowa i zapomnieć o jakichś przykrych doświadczeniach, jest natura, są zabawne scenki z życia polskiej wsi, jest też wątek romansowy.

Smaczku dodaje świetnie poprowadzony wątek kryminalny. Grzegorczyk nie jest zwolennikiem łatwych i prostych rozwiązań, kiedy czytelnik jest już prawie pewien rozwiązania zagadki autor wprowadza nowe tropy i motywy sugerujące, że problem jest o wiele głębszej natury. Napięcie nie opada praktycznie do ostatniej strony, książkę czyta się z zainteresowaniem do samego końca. A poza tym intryga kryminalna jest tylko pretekstem do zajrzenia w głąb ludzkiej duszy i zastanowienia się nad kilkoma ważnymi w życiu każdego człowieka sprawami.

Bardzo polubiłam głównego bohatera powieści, Stanisława Madeja. Staszek to taki ‘poczciwina’, ale w jak najbardziej pozytywnym znaczeniu. Człowiek prosty (nie mylić z prostactwem!), kierujący się w życiu uczciwością i szczerością, trochę naiwny (szczególnie w miłości) ale potrafiący w odpowiednim momencie przejrzeć na oczy. Zawsze miły i uprzejmy, lubiany przez innych mieszkańców wsi, głęboko wierzący i uduchowiony – lubiący rozmyślać nad własnym postępowaniem i życiem, czujący bliski związek z naturą. Nie jest to żaden super bohater czy mężczyzna idealny, ot zwykły człowiek z wadami i zaletami.

Mimo iż jestem osobą niewierzącą i mam generalnie negatywny stosunek do kościoła katolickiego to bardzo podobał mi się sposób, w jaki ukazana jest w „Puszczyku” wiara a mianowicie jako coś zupełnie naturalnego, tak jak oddychanie. Nie ma tu księdza grzmiącego z ambony, duchowni przedstawieni są tu jako normalni ludzie mający swoje pasje (wspinaczki górskie, żeglowanie), duże poczucie humoru i potrafiący być dla swoich parafian kimś w rodzaju dobrego kumpla, który zaprosi na plebanię na śniadanie czy popołudniową herbatkę, by pogadać na luzie. Znamienny jest też ukazany w powieści zachwyt nad przyrodą jako tworem Boga.

Zresztą ten ‘religijny’ pierwiastek w powieści ma swoje podłoże w biografii Grzegorczyka, który od 1982r. związany był z chrześcijańskim miesięcznikiem „W drodze”. Kontakt z wieloma związanymi z tym pismem literatami ukształtował Grzegorczyka jako pisarza chrześcijańskiego.

Niezwykle przyjemnie spędziłam czas na lekturze powieści Jana Grzegorczyka i z całą pewnością poszukam w bibliotece innych tytułów tego autora. Żałuję tylko, że odkryłam go tak późno.

Moja ocena: 5/6



Książkę przeczytałam w ramach wyzwań czytelniczych:

* Z półki

* Trójka e-pik (kryminał polskiego autora - mężczyzny) - w ramach nadrabiania zaległości



niedziela, 09 czerwca 2013

Mam problem z organizacją czasu ‘po pracy’. Specjalnie nie piszę ‘czasu wolnego’, bo chodzi tu nie tylko o rozrywkę ale i o pewne obowiązki w domu. W firmie jakoś nie mam z tym problemu, być może działa tu świadomość że na ogarnięcie wszystkiego mam 8h, poza tym od moich działań zależy odpowiednie funkcjonowanie innych działów, no i są osoby i sytuacje które wymagają ode mnie zrobienia czegoś w określonym czasie – a to zestawienie na dzisiejsze zebranie, a to sprawozdanie dla szefa, a to kontrahent zadzwoni, że pilnie czegoś potrzebuje. W domu sytuacja wygląda zgoła inaczej – nikt nie stoi mi nad głową i niczego nie wymaga. Sama sobie jestem szefem i – co dowodzi sięganie po tego typu książki – raczej kiepskim i nie potrafiącym narzucić sobie dyscypliny. Albo mam za dużo do zrobienia i się nie wyrabiam albo mi się nie chce. Ciuchy do prasowania potrafią leżeć na fotelu nawet i miesiąc, zabranie się za ręczną przepierkę też ciągnie się w nieskończoność. Najgorsze jest jednak to, że zawsze najpierw planuję sobie cały tydzień i cieszę się na myśl o tym, jak dużo uda mi się zrobić a jak tydzień mija to okazuje się, że z tego co zaplanowałam nie zrobiłam prawie nic. Na czym więc spędzałam większość czasu? To też było dla mnie zagadką, bo wydawało mi się, że na niczym. Czas przecieka mi przez palce, więc postanowiłam coś z tym zrobić. A zaczęłam od podręcznika (choć to chyba nie jest odpowiednie słowo) topowego polskiego coacha i konsultanta w zakresie psychologii biznesu.

„Życiologia…” napisana jest w stylu ‘przychodzi facet i gada’. Cały czas miałam wrażenie, że siedzę w jakiejś dużej sali i słucham publicznego wykładu pana Brzezińskiego na temat jak żyć żeby nie zwariować. Brak tutaj płynnego przechodzenia z jednego tematu w drugi, z jednego wątku do następnego, Brzeziński skacze po wątkach jak pszczółka z kwiatka na kwiatek, pozwalając swoim myślom rozłazić się na wszystkie strony. Wielokrotnie łapałam się na tym, że kartkuję książkę do przodu podglądając kiedy i czy w ogóle autor powie w końcu coś o tym zarządzaniu czasem, bo przyznam szczerze, że momentami zdawało mi się, że i na tej lekturze go tracę… :-/

O czym więc mówi? Brzeziński wprowadza podział na Trzy Ogrody naszego życia: praca, dom i ty sam (twój czas wolny) a nas przyrównuje do ogrodnika, który nie mając nikogo do pomocy i dysponując tylko jednym kompletem narzędzi musi zadbać o wszystkie trzy ogrody. Jeśli skoncentruje się na pielęgnacji tylko jednego ogrodu, inne porosną chwastem. Idea polega więc na tym, aby tak zaplanować sobie czas aby móc po trochu zajmować się każdym z ogrodów a wtedy każdy z nich będzie wyglądał przyzwoicie.

Miłosz Brzeziński nie jest mi znaną postacią. Z tego co wyczytałam w krótkiej notce na tylnej stronie okładki jest określany jako najbardziej bezpardonowy trener i mówca motywacyjny. Ma na swoim koncie obrazoburcze felietony, obrzydliwe recenzje i rewolucyjne artykuły na tematy związane z psychologią biznesu. Po przeczytaniu czegoś takiego byłam niezmiernie ciekawa ile z tej charakterystyki będę mogła doświadczyć czytając „Życiologię”. Niestety okazało się, że niewiele. Brzeziński jawi mi się jako facet na luzie, z dużym poczuciem humoru i bez zbędnych ceregieli mówiącym wprost o prawdach, które wypieramy. Gdzie ta słynna bezczelność, gdzie obrazoburczość? Brzeziński jest po prostu szczery i nie owija w bawełnę. Nie boi się powiedzieć ‘sorry ale tu jesteś w błędzie’.

Jest też mistrzem w burzeniu fałszywych przekonań na temat naszego życia, wytyka palcem najczęściej popełniane błędy.

Ja także zrozumiałam, co robię źle i skąd bierze się u mnie brak chęci do działania. Największym błędnym przekonaniem u ludzi jest to, że wystarczy dobrze robić jedno a reszta JAKOŚ się ułoży. Guzik prawda, nic się samo z siebie nie ułoży, co najwyżej zrobi się jeszcze większy bałagan ;-) Poza tym należy być świadomym, że czas, którego my nie chcemy/nie potrafimy odpowiednio wykorzystać bardzo chętnie zagospodarują nam inni.  Według swojego uznania. I błędne kółko się zamyka, bo znowu będziemy narzekać, że ciągle ktoś coś od nas chce i wymaga.

Należy także pamiętać, że liczy się to, co zrobiliśmy a nie co zamierzaliśmy czy mogliśmy zrobić. Większość ludzi zbyt wiele czasu traci na myślenie o tym co i w jaki sposób mogliby załatwić. Niestety zwykle na myśleniu się kończy.

Ważne jest również, aby nie odrywać się od pracy. Gdziekolwiek i za jakąkolwiek czynność się zabierasz, rób jedną rzecz na raz i do końca. Staraj się nie odrywać, bo na takie przełączanie między zadaniami mózg musi zużyć mnóstwo energii. Powrót do poprzedniej czynności pochłonie sporo sił (a przy okazji i chęci) i jest spora szansa, że zadanie, które mógłbyś wykonać w 15 minut przez odrywanie się i robienie sobie przerw będzie ciągnęło się w nieskończoność.

Brzeziński próbuje wytłumaczyć nam w swojej książce jak nie dać się zwariować, kiedy każdy czegoś od nas chce. A także jak efektywnie obijać się w pracy, jak dzielić domowe obowiązki aby nasze gospodarstwo funkcjonowało jak należy i jak odnaleźć się w zalewie spraw i informacji, którymi codziennie zasypuje nas współczesny świat.

Tajemnica polega na tym, aby ŚWIADOMIE uprawiać wszystkie trzy ogrody naszego życia. Jeśli od rana do nocy siedzisz w pracy, nie miej pretensji, że twoje życie rodzinne nie jest idealne. Dbając tylko o jeden ogród nie sprawisz, że w pozostałych nie będą rosły chwasty. 

Na końcu autor podpowiada jak zacząć wprowadzać zmiany w życie. Prezentuje kilka zasad, które ułatwią nam doprowadzanie poszczególnych sfer życia do porządku. Kilka z nich zaczęłam już wprowadzać w życie i potwierdzam – to naprawdę działa!

Polecam Wam tę krótką książeczkę jeśli czujecie, że życie Was przerasta i na nic nie macie ani czasu ani ochoty. Znajdziecie w niej informacje, jak działać skutecznie i jak upraszczać to, co się da uprościć. W końcu „czasu nie przybywa nam od właściwego robienia rzeczy ale od robienia rzeczy właściwych”1. Brzeziński burzy stare przekonania i zachęca nas do zmian metodą małych kroczków i codziennych powtórzeń. Aż zadziała. A zadziała na pewno. Sprawdziłam :-)


Moja ocena: 4/6


1 Miłosz Brzeziński, Życiologia czyli o mądrym zarządzaniu czasem", Wyd. Zwierciadło, Warszawa 2011, str.172

 

Książkę przeczytałam w ramach wyzwania czytelniczego:

* Z półki

 
1 , 2 , 3 , 4 , 5 ... 24
| < Kwiecień 2014 > |
Pn Wt Śr Cz Pt So N
  1 2 3 4 5 6
7 8 9 10 11 12 13
14 15 16 17 18 19 20
21 22 23 24 25 26 27
28 29 30        
Zakładki:
Wyzwania czytelnicze

Blogosfera
Bywam...
Czytam...
Kontakt

Przeczytane
Warto zajrzeć