niedziela, 26 kwietnia 2015

Różne bywają powody sięgania po dany tytuł. Zachęcająca recenzja w prasie czy w Internecie, polecenie znajomego, interesująca nas tematyka. U mnie zazwyczaj też tak bywa ale tym razem skusiło mnie jedno z zdanie w pewnym artykule dotyczącym… kosmosu. W styczniowym numerze  Nowej Fantastyki Mateusz Wielgosz pisze o misji lądownika Philae, który ma badać powierzchnię komety 67P/Czuriumow-Gierasimienko. Zaczynając artykuł od kilku słów na temat szczególnego miejsca komet w świadomości ludzkiej, wspomina przy okazji, że nawet w naszej epopei narodowej można znaleźć wzmiankę na temat komety C/1811 F1. To wystarczyło, bym o razu skierowała swe kroki do regału z książkami i ściągnęła z półki „Pana Tadeusza” ;-)

Podejścia do tej nielubianej lektury szkolnej miałam dwa. Pierwsze w podstawówce – przeczytałam tylko większy fragment. Drugie podejście miało miejsce w liceum, gdzie na lekcje języka polskiego trzeba było przeczytać już całość. Nie dałam rady. Nie pamiętam nawet czy doszłam do połowy. Męczyła mnie forma jak i sama treść – zupełny brak zainteresowania fabułą i mnogość postaci sprawiły, że spasowałam. I muszę przyznać, że i tym razem nie było łatwo. Czytanie dla przyjemności różni się oczywiście znacząco od przymusowego czytania na zajęcia szkolne, czas nas nie goni, nie musimy skupiać się nad środkami stylistycznymi czy pytaniem ‘co autor miał na myśli?’. Jednakże lektura „Pana Tadeusza” nawet te kilkanaście lat po ukończeniu szkoły była dla mnie momentami drogą przez mękę.

Styl, jakim napisana jest epopeja wymaga od czytelnika maksymalnego skupienia na czytanym tekście, co w moim przypadku znacznie wydłużyło czas czytania, bo nie zawsze miałam odpowiednie ku temu warunki (a niestety najczęściej jest to autobus wiozący mnie do i z pracy). Po drugie ilość postaci występująca w utworze przyprawiała mnie o zawroty głowy i nie byłam w stanie spamiętać kto z kim gdzie i dlaczego. Sama fabuła też nie wzbudziła we mnie entuzjazmu (i nie chodzi o to, że przecież wiem mniej więcej o co chodzi i jak to się wszystko skończy). Między mną a Panem Tadeuszem po prostu nie zaiskrzyło ;-)

Ale – jest jedna rzecz, której nie doświadczyłam czytając tę książkę w szkole a mianowicie odkryłam w niej… humor. Nie spodziewałam się, że taki z tego Mickiewicza dowcipniś :-) Do „Pana Tadeusza” zawsze podchodzi się z jakimś takim nabożnym szacunkiem, powagą a ja w pewnym momencie przerwałam na chwilę lekturę z okrzykiem: toż to komedia jest! I to całkiem niezła :-)

Odkrywanie po latach warstwy humorystycznej w książkach, które kiedyś tam wydawały nam się nudne jest szalenie przyjemne – podobną sytuację miałam z „Procesem” Kafki czy czytanymi teraz „100 latami samotności” Marqueza. 

Mimo, iż nie zapałałam głęboko patriotycznym uczuciem do naszej epopei narodowej, to cieszę się, że udało mi się ją w końcu przeczytać w całości. I jestem niemal w 100% pewna, że za kilkanaście lat sięgnę po nią po raz kolejny i będę próbować znowu czytać – tym razem jednak z pełnym zrozumieniem (t.j. uwzględniając wszelkie przypisy i objaśnienia autora).

P.S. A jeśli chodzi o powód sięgnięcia po „Pana Tadeusza” – pojawia się on w księdze ósmej :-)

Moja ocena: 3,5/6


Książkę przeczytałam w ramach wyzwań czytelniczych:

*z własnego księgozbioru

* Gra w kolory - zielony

* Wyzwanie 2015 – miałam przeczytać w szkole ale się nie udało

* Trójka e-pik (XIX wiek w literaturze) - w ramach nadrabiania zaległości


sobota, 04 kwietnia 2015

To już piąty wygrany konkurs w tym roku! :-)


Tagi: inne
20:49, weisse_taube , inne
Link Dodaj komentarz »
poniedziałek, 30 marca 2015

Bardzo się cieszę, że minął raptem pierwszy kwartał roku a ja mogę przedstawić już pierwszą kandydatkę do miana Książki Roku. Radość jest tym większa, że kultowa powieść Carda okazała się być dla mnie bardzo zaskakująca pod względem bogactwa treści i możliwości interpretacji. Lubię odkrywać dobrą literaturę. „Gra Endera” nie zrobiła na mnie z początku większego wrażenia, podchodziłam do niej raczej chłodno i z dystansem – głównie przez wojskową tematykę, która kazała mi myśleć, że to powieść raczej dla facetów. Nic bardziej mylnego.

„Gra Endera” powstała jako opowiadanie (opublikowane po raz pierwszy w 1977r). Będąc uczniem szkoły średniej Orson Scott Card fascynował się teorią strategii militarnych a zwłaszcza rolą dowódcy w armii. To właśnie wtedy pojawiły się w jego głowie pierwsze pomysły na fabułę, wykorzystane lata później przy pisaniu powieści, która ukazała się w 1985r. Rok później Card został uhonorowany za „Grę Endera” nagrodami Hugo i Nebula. Był pierwszym autorem, który otrzymał te nagrody rok po roku, gdyż kontynuacja powieści - „Mówca umarłych” zdobyła Hugo i Nebulę w 1987r. Dziś „Gra Endera” zaliczana jest do klasyki sci-fi.

Akcja powieści dzieje się w przyszłości, kilkadziesiąt lat po zwycięskiej wojnie (tzw. Drugiej Inwazji) z robalami – obcymi istotami przypominającymi owady. Świat szykuje się do kolejnej wojny i szuka odpowiedniego kandydata na generała – głównego dowódcę, który poprowadzi wojska do zwycięstwa. Okazuje się nim być sześcioletni Andrew (Ender) Wiggin, który trafia do Szkoły Bojowej, gdzie najzdolniejsze dzieci kształci się na przyszłych dowódców wojsk. Nauka polega m.in. na graniu na symulatorach w gry polegające na walce z robalami czy na staczaniu bitew pomiędzy poszczególnymi armiami uczniów w specjalnej sali treningowej. Ender jest niezwykłym dzieckiem o genialnych zdolnościach wojskowych. Bacznie obserwowany a także manipulowany przez dorosłych szybko przechodzi przez kolejne etapy szkolenia, by w końcu trafić na planetę Eros, gdzie czekają go ostatnie miesiące nauki przed objęciem stanowiska głównego dowódcy. Tam, szkolony przez samego Mazera Rackhama, bohatera, który uratował Ziemię podczas ostatniej inwazji robali przygotowuje się do najważniejszego w swoim życiu egzaminu…

„Gra Endera” jest powieścią o tak szerokim wachlarzu zagadnień i interpretacji, że trudno mi zdecydować się, od czego zacząć jej omawianie a obawiam się, że i tak nie zdołam spisać wszystkich myśli i odczuć, które we mnie wywołała.      

Zacznijmy może od głównego bohatera oraz jego rodzeństwa, które ma ogromny wpływ na jego charakter. Ender jest tzw. Trzecim, czyli dzieckiem, które tak właściwie nie powinno się narodzić. Ziemia jest na tyle przeludniona, że posiadanie więcej niż dwójki dzieci jest zabronione a rodziny łamiące ten zakaz są klasyfikowane jako niesubordynowane i oddawane różnym restrykcjom. Narodziny Endera były jednak celowe – kiedy dwójka pierwszych dzieci Państwa Wiggin nie przeszła testów do Szkoły Bojowej, rząd uznał, że trzecie dziecko może posiadać cechy obojga rodzeństwa i stać się odpowiednim kandydatem.

Najstarszy z rodzeństwa Peter jest dzieckiem okrutnym i agresywnym. To wcielony diabeł o niesamowitym sprycie i zdolnościach do manipulowania ludźmi. Nie kocha nikogo i niczego, zawsze myśli tylko i wyłącznie o sobie i swoich korzyściach. Jego niezaspokojone ambicje sprawiają, że nienawidzi Endera i nie potrafi wybaczyć bratu, że okazał się lepszym kandydatem do Szkoły Bojowej. Cechuje go bezwzględność i sadyzm, jest żądny władzy. Obce są mu działania w imię dobra, zawsze stoi po stronie zła.

Valentine, środkowa z rodzeństwa, jest zupełnym przeciwieństwem Petera. Z całego serca kocha Endera i stara się mu pomóc. Łatwo ulega jednak presji sadystycznego starszego brata i pomaga mu w przejęciu kontroli nad światem angażując się w sprawy polityczne. 

Najmłodszy Ender łącząc w sobie cechy charakteru zarówno Petera jak i Valentine jest wypadkową tych dwóch postaci. Nie ma w sobie jednak tyle bezwzględności co starszy brat. W zachowaniu i motywacjach chłopca można zauważyć pewien schemat: Ender brzydzi się agresją i przemocą ale często zostaje zmanipulowany przez swoich nauczycieli do uczestniczenia w działaniach, które wymagają od niego bezwzględności. Można więc powiedzieć, że nasz bohater czyni zło ale w imię dobra. Ma bardzo silnie rozwinięte poczucie moralności i zawsze stara się robić wszystko zgodnie ze swoimi moralnymi przekonaniami, nie chce nikogo krzywdzić ale czasami jest to jedyne wyjście z sytuacji (których na dodatek nie może kontrolować).

Skoro jesteśmy już przy manipulowaniu, zatrzymajmy się na chwilę przy tym temacie, gdyż jest to niezwykle ciekawy aspekt „Gry Endera”. Podczas lektury czytelnik nie raz zada sobie pytanie, czy Ender zdaje sobie sprawę z tych działań a jeśli tak, to czemu nic nie robi. Otóż mamy tu do czynienia z dzieckiem o ponadprzeciętnym umyśle i zdolności kojarzenia faktów, jest więc oczywiste, że w pewnym momencie Ender przejrzy ‘grę’ dorosłych i zda sobie sprawę, że jest tylko pionkiem w grze. Wywoła w nim to złość ale stwierdzenie że jest ofiarą wizji dorosłych byłoby zbytnim uproszczeniem. Ender jest wystarczająco inteligentny, by zrozumieć że te działania to konieczność, tak samo jak jego rola w ratowaniu świata.

Ciekawy jest również motyw gry w powieści, który nadaje kształt całości i stanowi jej główny czynnik interpretacyjny. Mamy tu do czynienia z wieloma znaczeniami słowa „gra”. Mamy gry-zabawy, w które bawią się wszystkie dzieci na Ziemi, np. gra w robale i astronautów, do której Peter zmusza Endera. To jedyna gra w powieści, której chłopiec nie może wygrać. Jest to bardzo znamienne, gdyż można tę porażkę interpretować w kategoriach stosunków pomiędzy braćmi Wiggin. W pewnym momencie w powieści Ender stwierdza, że nigdy nie chciał pokonać brata, chciał jedynie aby Peter go pokochał. Fiasko jakie Ender ponosi za każdym razem w grze-zabawie z bratem jest jednocześnie odzwierciedleniem jego porażki jeśli chodzi o wywołanie miłości braterskiej.

W Szkole Bojowej mamy do czynienia z grami wojennymi, które są swego rodzaju treningiem dla poszczególnych uczniowskich armii. Na komputerze można grać w grę umysłową zatytułowaną „Napój Olbrzyma”, która odzwierciedla stan umysłowy gracza i poprzez docieranie do głębszych pokładów świadomości pomaga mu radzić sobie z różnymi problemami. Strategii wojskowej uczniowie uczą się poprzez gry na symulatorach, gdzie walczą z robalami.

Jednak najważniejsze w powieści wydaje się nie to dosłowne znaczenie gry a raczej to, co ten termin oznacza w przenośni. W miarę rozwoju fabuły zarówno czytelnik jak i sami bohaterowie powieści zaczynają gubić się w tym, co tak naprawdę jest grą a co nie. Pod koniec książki okazuje się, że czasami gra okazuje się być czymś więcej niż się początkowo zdawało. Genialnie jest to pokazanie w scenie egzaminu końcowego Endera, kiedy to zostaje mu przydzielona armia i wydane polecenie, by za pomocą symulatora stoczył bitwę z robalami. Tyle, że okazuje się, że to wcale nie była symulacja tylko walka na żywo a niczego nieświadomy Ender dokonał eksterminacji całej rasy obcych.

W tym miejscu pojawia się pytanie o moralną zasadność takiego czynu. Czy manipulowanie dzieckiem i oszukiwanie go przez dorosłych w imię ratowania planety jest czynem zasadnym z punktu widzenia moralności? Ender nie może pogodzić się z faktem, że poprzez tego rodzaju manipulacje został wrobiony w ludobójstwo. Jego poczucie moralności i sprawiedliwości nie pozwala mu przejść obojętnie wobec takiego zachowania.

Kolejne dwa motywy, które przewijają się przez powieść to współczucie i bezwzględność. To dzięki empatii Ender nie zmienia się w Szkole Bojowej w automat, w maszynę do zabijania. Bezwzględność – choć czasem konieczna – powinna być unikana za wszelką cenę, gdyż może doprowadzić jedynie do zguby ludzkości. Według Carda dobry przywódca powinien posiadać obie te cechy, co pokazuje na przykładzie ich zderzenia w osobie Endera.

Jak już wspomniałam wcześniej „Gra Endera”ma do zaoferowania bardzo szeroki wachlarz możliwości interpretacyjnych. Gdybym chciała choć pokrótce omówić je wszystkie, notka ta osiągnęłaby niebotyczne rozmiary. Nie wspomniałam tu np. o motywie Demostenesa i Locke’a czyli pseudonimów pod którymi ukrywają się Valentine i Peter biorąc udział w politycznych dyskusjach. W Internecie natrafiłam także na teorię jakoby rodzeństwo Wiggin odzwierciedlało freudowską teorię id, ego i superego. Za mało jestem obeznana z psychoanalizą aby móc cokolwiek na ten temat powiedzieć, ale jest to ciekawa teza i na pewno godna zgłębienia. Osobiście zastanawiałam się nad znaczeniem planety Eros, gdzie znajduje się Szkoła Dowodzenia. Czy wybór akurat takiej nazwy był przypadkowy? Czy ma w przenośni oznaczać pewien rodzaj inicjacji, wejścia w dorosłość?

Powieść Orsona Scotta Carda jest bardzo uniwersalna i może zainteresować czytelników w różnym wieku i odmiennej płci. Sama początkowo podchodziłam do niej nieufnie myśląc, iż wojskowa tematyka będzie interesująca tylko dla facetów ale to tylko pozory. Dzięki wpleceniu głębokiej warstwy psychologicznej książka ta może zainteresować również kobiety. Prosty styl i obranie za bohaterów powieści dzieci sprawia, że jest to odpowiednia książka także dla młodszego czytelnika. Być może nie zrozumie on wszystkich aspektów fabularnych, być może nie będzie świadomy głębi psychologicznej tej książki ale może np. utożsamić się z Enderem (czy inną postacią) – z jego osamotnieniem w szkole z powodu bycia lepszym od innych, z jego emocjami i pragnieniami.

„Gra Endera” jest książką szczególnie mi bliską. Dawno już nie odczuwałam takiej więzi z głównym bohaterem, dawno nie znalazłam w literaturze kogoś tak do mnie podobnego. Niezmiernie się cieszę, że w końcu sięgnęłam po tego klasyka sci-fi i mogłam poznać nowego literackiego przyjaciela.   

Oczywiście obejrzałam też ekranizację powieści ale nie dorównuje ona swemu literackiemu pierwowzrorowi. Powieść kryje w sobie zbyt wiele warstw, które trudno jest przełożyć na język filmu. Niby na końcu jest jakieś przesłanie ale nie ma ono takiej głębi jak w przypadku książki. Poza tym wiele wątków zawartych w powieści nie zostało uwzględnionych w filmie (np. wątek działań na scenie politycznej Demostenesa i Locke’a), który tak właściwie jest dosyć płytką filmową wersją rewelacyjnej powieści.

Zachęcam do sięgania po wersję literacką – „Gra Endera” to genialnie napisana, niezwykle wartościowa powieść z pięknym przesłaniem, na długo zapadająca w pamięć. Polecam z całego serca.


Moja ocena: 6/6


Książkę przeczytałam w ramach wyzwań czytelniczych:

* Odnajdź w sobie dziecko (książka, której bohaterem jest chłopiec w wieku szkolnym - wydana po 2000r.)
* Wyzwanie 2015 – autorem jest mężczyzna

* Trójka e-pik (Książka z motywem wojny) - w ramach nadrabiania zaległości



 

niedziela, 29 marca 2015

Jakiś czas temu był to jeden z najgorętszych tytułów w polskiej blogosferze książkowej. Gdzie bym nie weszła, do kogo bym nie zajrzała, tam pełne płaczliwych zachwytów i omdleń recenzje powieści „Gwiazd naszych wina”. Postanowiłam zachować ten tytuł w pamięci, mimo iż od dawna nie należę już do kategorii wiekowej, do jakiej książka ta jest skierowana. Pozytywnie wypowiadały się o niej także blogerki nie-nastolatki, więc dostrzegłam szansę na dobrą (a może i nawet mądrą i wzruszającą) powieść dla czytelników w każdym wieku.

Hm…. jak by to ująć…? Kiedy zaczęłam czytać tę książkę, wpadłam w niemałą konsternację. Po kilkunastu akapitach pojawiło się w mojej głowie pytanie: ‘czy to ze mną jest coś nie tak, czy to świat zwariował?’. Jak coś tak źle napisanego może stać się bestsellerem? Ba! Jak w ogóle doszło do tego, że dopuszczono takie grafomaństwo do druku?

Jojczyłam ostatnio na prosty, mało atrakcyjny językowo styl Matthew Quicka ale po lekturze „Gwiazd…” stwierdzam, że w porównaniu do Greena Quick to jednak mistrz słowa pisanego. Przynajmniej potrafi budować konstruktywne dialogi.

Postaci w tej książce nie wzbudzają żadnych emocji. Żadnych. Są niepełnosprawni lub śmiertelnie chorzy a mnie ich los zupełnie nie obchodzi. Nie współczuję im, nie zastanawiam się, jak czasami musi im być ciężko, przez ile musieli w życiu przejść. Nie cieszę się, że mimo wszystko starają się żyć najlepiej jak potrafią, że się zakochują, tworzą związki, próbują żyć jak ludzie zdrowi. Hazel, główna bohaterka i jednocześnie narratorka powieści usiłuje być zabawna ale niestety w żaden sposób jej to nie wychodzi.

Green nie potrafi tworzyć bohaterów z krwi i kości i ma problem z nadaniem im odpowiedniego rysu psychologicznego. Sposób, w jaki postaci są przedstawieni na kartach powieści sprawia, że odbieramy ich zachowania jako żałosne i głupie.

Ludzie dorośli zachowują się jak rozhisteryzowane nastolatki – vide rodzice Hazel. Najbardziej żałosną postacią jawi mi się ojciec dziewczyny, który zachowuje się jakby był podrzędnym aktorem grającym w filmie klasy C. Sceny z jego udziałem, w których zalewa się łzami nad losem swojej jedynej córki są tak sztuczne, że nadają się jedynie do umieszczenia w jakimś kiepskim amerykańskim sitcomie, gdzie publiczność będzie się z nich śmiała.

Postaci pojawiające się w tej książce to typowi, stereotypowi Amerykanie – puści i głupi. Widać to po prowadzonych przez nich rozmowach, sposobie zachowania i wypowiadania się.

Spotkanie z pisarzem w Holandii jest absurdalne i niedorzeczne ale potwierdza moją tezę, że „Gwiazd naszych wina” to książka bardzo amerykańska. Takie rzeczy mogą się dziać tylko w amerykańskiej rzeczywistości, gdzie wszystko jest możliwe ;)

Zupełnie nie rozumiem, po co autor wplótł do opowieści historię Anny Frank. Chodzi o chwytliwy motyw, wywołujący w czytelniku wzruszenie? O motyw, który dobrze się sprzedaje? Problem jednak w tym, że sceny i dialogi podczas zwiedzania muzeum Anny Frank są tak puste i infantylne, że aż zęby bolą.

Mało tego, Green bardzo często wplata w swoją opowieść ambitne cytaty czy fragmenty wierszy wybitnych amerykańskich poetów, co w połączeniu z infantylizmem stylu autora przyprawia o migrenę.

Czarę goryczy przepełnia fakt, że John Green jest autorem wielokrotnie nagradzanym – o dżizas… Za co? Za kiepskie dialogi? Za prostackość stylu? Heloł ?!

No dobrze, czy ta książka nie ma jednak choć jednej pozytywnej cechy? Ano ma. Na pewno należy docenić wybór tematyki. Pisanie książek dla młodzieży traktujących o ludziach śmiertelnie chorych, umierających na raka nie należy do częstych zabiegów a dzięki temu młodzi ludzie mogą przekonać się, że osoby niepełnosprawne, chore to nie przybysze z obcej planety czy skazane na obojętność i nieszczęśliwe życie jednostki. To ludzie z krwi i kości, którzy też mogą się zakochiwać, wchodzić w związki, walczyć o swoje uczucia, mimo iż walka z rakiem w większości przypadków kończy się fiaskiem… Dobrze, że znalazł się ktoś, kto postanowił przybliżyć nastoletnim czytelnikom tego rodzaju problemy, uwrażliwić ich na istnienie takich osób, pokazać, że ludzie chorzy są w gruncie rzeczy tacy jak my – kochają i cierpią w ten sam sposób.

Mimo wszystko ja tę książkę oceniam bardzo nisko. Sposób w jaki została napisana nie pozwala mi uznać jej choćby za książkę średnią :-/ Razi mnie zbyt prosty styl pisania Johna Greena, brak umiejętności budowania sensownych dialogów, papierowe i najzwyczajniej w świecie głupie postaci.

Rozumiem, że jest to książka dla młodzieży a te raczej nie grzeszą stylem – nastolatki nie zwracają uwagi na to, jak powieść jest napisana (sama przecież byłam kiedyś w tym wieku i zaczytywałam się w różnych głupiutkich powieścidełkach). Jednak ja za kontakt z pisarstwem pana Greena już podziękuję.

 

Moja ocena: 1/6


Książkę przeczytałam w ramach wyzwań czytelniczych:

* Odnajdź w sobie dziecko (książka, w której spotykamy się ze śmiercią - wydana po 2000r.)
* Wyzwanie 2015 – ma smutne zakończenie

* Trójka e-pik ("Kochane zdrowie..." książka z motywem walki z chorobą) - w ramach nadrabiania zaległości


środa, 18 marca 2015

Ja się chyba nie przekonam do współczesnej literatury francuskiej. Kolejny raz trafiam na gniota, na dodatek autorstwa pisarki, o której do tej pory słyszałam tylko same dobre słowa. Anna Gavalda, autorka popularnej u nas swego czasu powieści „Po prostu razem” (nie czytałam) cieszy się dobrą opinią wśród polskich czytelniczek. Internautki czytają ją chętnie i gorąco polecają jej książki.

„Kochałem ją” to historia pewnego romansu, którą opowiada teść swojej synowej, od której właśnie odszedł mąż (czyli jego syn). Chloe jest rozbita, nie potrafi się pozbierać po tym, jak jej mąż odszedł do kochanki. Zupełnie nieoczekiwanie z pomocą przychodzi jej teść, Pierre Dippel, który zawsze jawił się kobiecie jako człowiek zimny, surowy, bez poczucia humoru, mężczyzna nie okazujący własnych emocji i nie liczący się z uczuciami innych ludzi. Kiedy zabiera ją wraz z dwoma córeczkami do starego domu na wsi, odkrywa przed synową skrywaną przez lata tajemnicę – wiele lat temu, będąc już głową rodziny, podobnie jak jego syn zakochał się w pewnej kobiecie, tyle że nigdy nie odważył się porzucić dla niej rodziny. Pierre próbuje w ten sposób naświetlić problem zdrady z kilku stron, pokazując, że czasami zdradzający cierpi bardziej niż osoba zdradzana.

Jest to historia napisana w formie dialogu teścia z synową. Opisów jako takich nie ma tu praktyczne wcale, tak właściwie to miałam wrażenie, że czytam scenariusz filmowy. Wbrew pozorom wcale nie jest łatwo stworzyć dobry dialog, który niczym szkielet będzie podtrzymywał całą konstrukcję powieści. Gdzie tkwi tajemnica sukcesu? W sposobie opowiadania, formułowania myśli. Historia padająca z ust narratora musi być na tyle ciekawa, żeby czytelnik nie mógł się od niej oderwać. Najlepiej jest stworzyć taką atmosferę, w której czytelnik będzie miał wrażenie, że siedzi obok i zafascynowany słucha opowieści bohatera. Niestety pani Gavalda dała się zwieść pozorom, w efekcie czego stworzony przez nią dialog nie ma mocnego szkieletu i wielokrotnie chwieje się, grożąc totalną rozsypką. Zabrakło odpowiednich narzędzi umożliwiających skonstruowanie swobodnej i naturalnej wymiany zdań pomiędzy rozmówcami. Zamiast tego mamy nieudolne wtręty na temat jedzenia i picia – ale niech was nie zmyli narodowość autorki! To, że bohaterami powieści są paryżanie nie znaczy, że znajdziecie tu opisy francuskich smakołyków. Historia opowiadana przez Pierre’a przerywana jest pytaniami w stylu: ’może dolać ci wina?’, ‘masz ochotę na jeszcze jeden kieliszek?’, ‘masz ochotę napić się czegoś?’ a w pewnym momencie nasi rozmówcy stwierdzają, że trzeba zjeść jogurt, żeby się nie zepsuł i raczą czytelnika mało interesującymi faktami na temat jego położenia w lodówce. Na której półce stoi i po której stronie…. No ludzie kochani!

Z przykrością stwierdzam, że styl pisania pani Gavaldy to dla mnie czyste grafomaństwo. Brak umiejętności tworzenia konstruktywnych dialogów, nieudolne wtręty i silenie się na psychologiczną głębię sprawiły, że opowiedziana w tej książce historia nie zrobiła na mnie żadnego wrażenia. Mało tego – jestem niemal w 100% pewna, że za kilka miesięcy zupełnie nie będę jej pamiętać…

Jest to krótka powiastka – moje wydanie liczy raptem 160 stron a mimo to lektura rozciągnęła mi się na kilka dni. Zupełnie mnie nie wciągnęła.

W 2009r na podstawie powieści powstał film o tym samym tytule, ale raczej nie zamierzam go oglądać.

Po inne książki pani Gavaldy też raczej prędko nie sięgnę.


Moja ocena: 2/6

Książkę przeczytałam w ramach wyzwań czytelniczych:

*z własnego księgozbioru

* Gra w kolory - pomarańczowy

* Wyzwanie 2015 – autorem jest kobieta

* Trójka e-pik ( powieść obyczajowa z wątkiem zagmatwanych relacji rodzinnych ) - w ramach nadrabiania zaległości


18:42, weisse_taube , przeczytane
Link Komentarze (1) »
piątek, 27 lutego 2015

Niedawno swoją premierę w polskich kinach miał „Siódmy syn”, film na podstawie pierwszych części cyklu powieściowego Kroniki Wardstone, co stało się dla mnie impulsem do sięgnięcia po pierwszy tom sagi. I żałuję, że tak długo zwlekałam z lekturą książek Josepha Delaney’a, bo choć nie są one przeznaczone dla mojej kategorii wiekowej, to stanowią rewelacyjną rozrywkę także dla dorosłego czytelnika.

W „Zemście czarownicy” poznajemy trzynastoletniego Toma Warda, który – zgodnie z tradycją – jako siódmy syn siódmego syna – zostaje oddany do terminu u stracharza czyli człowieka zajmującego się poskramianiem duchów, potworów, czarownic – ogólnie rzecz biorąc – złych mocy w  okolicy. Powieść opowiada o przygodach Toma podczas pobierania nauki, szczególnie zaś o konsekwencjach uwolnienia z więzienia najstraszniejszej czarownicy o pociesznie brzmiącym przydomku Mateczka Malkin. I dopiero w tym momencie książka odkrywa przed nami całą swą atrakcyjność i szeroką paletę cech charakteryzujących świetną powieść dla dzieci i młodzieży a także dla miłośników nie tyle fantastyki co wręcz powieści grozy.

Jest to książka wspaniale ukazująca jak należy postępować, co jest czynem godnym pochwały a co nie. I nawet jeśli bohaterowie powieści są nieco sztampowi i czarno-biali a zachowanie głównego bohatera momentami irytująco naiwne, czytając tę powieść należy cały cza pamiętać, że została napisana z myślą o młodych czytelnikach a i sam protagonista ma skończone zaledwie 13 lat, więc ma prawo nie wiedzieć wielu rzeczy na temat świata i czyhających w nim niebezpieczeństw. Tom okazuje się być jednak mądrym chłopcem, który w odpowiednim momencie potrafi wykorzystać przekazaną mu przez nauczyciela wiedzę czy też od dawna słyszane od ojca rady. Zdaje sobie również sprawę, że sam musi wypić piwo, które nawarzył i nie unika odpowiedzialności za popełnione błędy. Autor cyklu, Joseph Delaney, przed rozpoczęciem kariery pisarskiej pracował jako pedagog, co zapewne miało niemały wpływ na sposób, w jaki ukazał on postać Toma.

„Zemsta czarownicy” jest przeznaczona dla czytelników powyżej 10. roku życia i myślę, że najbardziej przypadnie do gustu właśnie dzieciom w wieku szkolnym (podstawówka). Będą one zafascynowane nie tyle pojawiającymi się na kartach powieści czarownicami czy boginami ale przede wszystkim atmosferą żywcem wziętą z książek grozy. Możecie mi wierzyć na słowo, że przy niektórych scenach i opisach nawet dorosłemu cierpnie skóra a co dopiero dziecku. Wcale nie dziwi mnie więc widniejąca na okładce przestroga: ‘Nie czytać po zmierzchu!’ bo pierwszy tom Kronik Wardstone to idealna lektura dla tych, którzy lubią się bać. No chyba, że Wasze dzieci dzień w dzień grają w gry komputerowe, w których rozwalają ludziom czy potworom głowy strzelając do nich z karabinu czy wypruwając im flaki siekierą… Ale takich dzieci raczej nie ciągnie do książek… ;-)

Nie polecam jednak czytać tej książki przed snem małym dzieciom – jest w niej wiele naprawdę mrożących krew w żyłach opisów, które mocno działają na wyobraźnię i mogą być przez to niewskazane dla zbyt młodego czytelnika.

W związku z premierą filmową wydawnictwo Jaguar postanowiło wznowić wydawanie Kronik Wardstone, co bardzo mnie cieszy, bo nakład starej edycji cyklu dawno się wyczerpał i zakup pierwszego tomu graniczył z cudem. Dlatego też ja przeczytałam tę powieść w formie e-booka.

Nie widziałam jeszcze ekranizacji ale po obejrzeniu trailera wnioskuję, iż „Siódmy syn” jest typową hollywoodzką papką nastawioną na efekty i prosty przekaz. Z książką zdaje się mieć niewiele wspólnego. Filmowy Tom nie wygląda na trzynastolatka a i Mateczka Malkin jest kompletnym zaprzeczeniem swojego książkowego pierwowzoru (przynajmniej od strony wizualnej). Film został też zupełnie pozbawiony zawartej w powieści makabry.

Czytałam „Zemstę czarownicy” niemal z wypiekami na twarzy, każdą wolną chwilę w pracy wykorzystywałam na dalszą lekturę. Świat wykreowany przez Josepha Delaney’a pochłonął mnie całkowicie i dostarczył świetnej rozrywki.

Z całą pewnością sięgnę po kolejne tomy Kronik Wardstone, by dowiedzieć się jak potoczyły się dalsze losy stracharza Gregory’ego, zdolnego ucznia Toma i jego przyjaciółki Alice. Liczę także, że autor zdradzi więcej szczegółów z życia bohaterów, uchyli nieco rąbka ich tajemnic.

Polecam książkę wszystkim miłośnikom dobrej lektury – zarówno tym młodszym jak i nieco starszym . Szkoda byłoby przegapić tak fajną powieść – a kto wie, może i cała seria trzyma poziom? :-)

Moja ocena: 5/6

Książkę przeczytałam w ramach wyzwań czytelniczych:

* Gra w kolory - czarny

* Wyzwanie 2015 – jest film oparty na książce

* Odnajdź w sobie dziecko (książka z elementem baśniowym, fantastycznym – nie rzeczywistym - wydana po 2000r.)

 

niedziela, 22 lutego 2015

Szczęście wyjątkowo mi sprzyja. To już moja czwarta wygrana w tym roku! :-)

Tagi: inne
14:26, weisse_taube , inne
Link Dodaj komentarz »
sobota, 21 lutego 2015

Nie czytałam szalenie popularnego swego czasu na blogach „Poradnika pozytywnego myślenia" ale jeśli jest napisany w podobnym stylu co „Niezbędnik obserwatorów gwiazd", to raczej nie mam czego żałować. Bo niestety druga wydana w Polsce powieść ciepło przyjętego przez czytelników Matthew Quicka nie zrobiła na mnie wrażenia. Zaczęłam się wręcz zastanawiać, co powoduje, że inni tak wysoko oceniają twórczość tego autora.

Bohaterem powieści jest Finley McManus, uczeń ostatniej klasy liceum, mieszkający z ojcem i dziadkiem w Belmont – mieście rządzonym przez gangi czarnoskórych i irlandzką mafię. Jest typem introwertycznym i małomównym. Oprócz swojej dziewczyny Erin kocha grę w koszykówkę i ciężko pracuje na to, by utrzymać się na pozycji rozgrywającego w pierwszym składzie. Pewnego dnia trener prosi Finleya o dosyć dziwną przysługę – żeby zaopiekował się nowo przybyłym do miasta czarnoskórym chłopcem Russellem. Jak się okazuje, Russ w wyniku śmierci rodziców doznał szoku pourazowego i twierdzi, że nazywa się „Numer 21" i przybył z kosmosu, by prowadzić badania nad emocjami Ziemian. Ale jest jeszcze coś, coś co spędza Finleyowi sen z powiek – Russel jest mianowicie świetnym koszykarzem, który może odebrać mu pozycję w zespole, na którą Finley tak ciężko pracował. Dlaczego więc trener uznał, że tych dwoje może się zaprzyjaźnić i pomóc sobie nawzajem?

Od dawna nie jestem już nastolatką. Czytając „Niezbędnik obserwatorów gwiazd" z każdą kolejną stroną docierało do mnie, że problemy nastolatków – a w szczególności amerykańskich nastolatków – zupełnie nie wzbudzają mojego zainteresowania. Zresztą wydaje mi się, że nawet jakbym miała te 20 lat mniej, to uznałabym książkę za mało ciekawą, bo nigdy nie byłam typem sportowca a spora część powieści kręci się wokół gry w kosza. Nie znalazłam w tej książce bohatera, z którym mogłabym się w 100% zidentyfikować. Aczkolwiek muszę dodać, że bardzo polubiłam Finleya, który jest tak samo małomówny jak ja :-)

Bez trudu domyśliłam się tajemnicy z przeszłości Finleya i powodu, dla którego trener wybrał właśnie jego, by pomógł Russowi w powrocie do gry w koszykówkę. Za dużo się w życiu książek naczytałam, by nie dostrzec pewnego schematu ;-)

Język powieści jest prosty - krótkie zdania i nieskomplikowane słownictwo sprawiają, że książkę czyta się szybko. Niestety dla mnie tego typu lektura jest już nieco zbyt prosta. Czytałam tylko po to, by jak najszybciej mieć ją już z głowy i sięgnąć po coś atrakcyjniejszego zarówno fabularnie jak i językowo.

Zdecydowana większość recenzentów pisze, że powieść ta wywołuje silne emocje - współczucie, wzruszenie, pojawiają się nawet łzy. Nie twierdzę, że jest zupełnie jałowa, bo niesie ze sobą pewne przesłanie ale sposób w jaki cała ta historia została przedstawiona pozostawiła mnie obojętną. Nie wywołała żadnych emocji. Może recenzje, które czytałam zostały napisane przez osoby dużo młodsze ode mnie, mniej doświadczone, które inaczej patrzą na pewne sprawy.

Tytuł powieści nawiązuje do uprzednio wydanej na polskim rynku książki Matthew Quicka czyli do "Poradnika pozytywnego myślenia". Jest to pomysłowy zabieg pod warunkiem, że czytało się tą książkę. Jeśli nie - w trakcie lektury kołacze się po głowie pytanie o co chodzi z tym 'niezbędnikiem', czym on właściwie jest i kiedy w końcu pojawi się jako rekwizyt na kartach powieści. A niestety się nie pojawia (chyba, że coś przegapiłam).

Uważam, że jest to książka, która może przypaść do gustu nastolatkom czy czytelnikom z przedziału wiekowego typowego dla young adult. Również starsi odbiorcy, lubujący się w lekkich czytadłach napisanych nieskomplikowanym stylem, powinni być z lektury „Niezbędnika obserwatorów gwiazd" zadowoleni. Podnoszące na duchu zakończenie pokazujące, że zawsze warto mieć marzenia i nadzieję, bo nie ma w życiu rzeczy niemożliwych i nigdy nie wiadomo kiedy los ześle nam szansę, usatysfakcjonuje większość czytelników. Mnie wyraźnie czegoś zabrakło (głównie chyba emocji) dlatego też jest to książka, która nie zapisze się na długo w mojej pamięci. 


Moja ocena: 3/6

 

Książkę przeczytałam w ramach wyzwań czytelniczych:

* z własnego księgozbioru

* Gra w kolory - czarny

* Wyzwanie 2015 - akcja nie dzieje się w Europie

* Odnajdź w sobie dziecko (książka w której spotykamy się z innym traumatycznym wydarzeniem - wydana po 2000r.)

poniedziałek, 16 lutego 2015

Kiedy po raz pierwszy przeczytałam w zapowiedziach wydawniczych o tej książce, chytry uśmiech pojawił się na mojej twarzy. Philip Pullman zapisał się w mojej pamięci fantastyczną powieścią „Zorza polarna” (znaną także jako „Złoty kompas”), co zagwarantowało mu miejsce wśród pisarzy, po których książki sięgam w ciemno. A biorąc pod uwagę, że jego twórczość ma wyraźny antyklerykalny wydźwięk spodziewałam się prawdziwej literackiej uczty. Sama jestem ateistką  bardzo negatywnie nastawioną do instytucji kościoła katolickiego, więc sięgając po powieść, której już sam tytuł wiele sugeruje, oczekiwałam prześmiewczej krytyki środowiska duchownych i klerykałów.

Pullman pisze alternatywną historię narodzin chrześcijaństwa i instytucji kościoła. Jego Maria nie rodzi jednego syna a dwóch – bliźniaków Jezusa i Chrystusa. Jezus zachowuje swoją historyczną rolę – naucza, uzdrawia, nawołuje do miłosierdzia i głosi nadejście Królestwa Bożego. Chrystus stoi w cieniu brata, obserwuje go i pewnego dnia za namową tajemniczego nieznajomego zaczyna spisywać wydarzenia, których sprawcą jest jego brat. Jak nietrudno się domyślić, powstaje w ten sposób Nowy Testament.

Książka ta ma jedną poważną wadę – jest śmiertelnie nudna. Pullman opisuje życie braci od narodzin po śmierć Jezusa na krzyżu. Robi to w sposób zupełnie beznamiętny, pozbawiony otwartej ironii, złośliwości a nawet humoru. Mamy tu ewidentnie do czynienia ze świetnym pomysłem i bardzo kiepską jego realizacją. Lektura powieści, którą można by przeczytać w dwa dni (a osoby potrafiące szybko czytać nawet i w jeden wieczór) ciągnie się jak flaki z olejem i zajmuje prawie tydzień. Bo nie przyciąga czytelnika, nie ciekawi, nie trzyma w napięciu czy niepewności. I nie ma to nic wspólnego z tym, że przecież każdy wie, jak skończyła się historia Jezusa.

Sama koncepcja wykorzystania postaci brata bliźniaka do opowiedzenia historii narodzin kościoła katolickiego jest według mnie bardzo atrakcyjna i naprawdę żałuję, że Pullman tak ją spartolił. Tym bardziej, że poglądy autora na tą sprawę są mi bliskie. Czytając książkę nie trudno się domyślić, kto jest tajemniczym nieznajomym namawiającym Chrystusa do przyjęcia roli kronikarza i przekształcania ‘historii’ w ‘prawdę’. Zgadzam się z kontrowersyjną opinią autora, jakoby instytucja kościoła była dziełem szatana.

„Lecz jest coś jeszcze, o czym nie wszyscy powinni wiedzieć: pisząc o tym, co minęło, przyczyniamy się do kształtowania tego, co przyjdzie. […] Pisząc o rzeczach, jakimi powinny były być, wprowadzasz prawdę do historii. Jesteś słowem Boga.”1

Pullman dezaprobuje działania i teorie kościoła, krytykuje fałszowanie przez niego historii i ubieranie prawdy historycznej w marketingową, dobrze sprzedającą się otoczkę. To, co dzisiaj wiemy na temat życia Jezusa i początków chrześcijaństwa zostało na przestrzeni wieków przerobione na korzyść kościoła, aby mógł on rządzić i manipulować ludźmi. Aby dodać tragizmu całej sytuacji Pullman całą krytykę tej instytucji wkłada w usta powieściowego Jezusa, który modląc się w ogrodzie Getsemani zwraca się z gorzkimi słowami do samego Boga:

„Czy mój brat miał rację, mówiąc o wielkiej organizacji, o Kościele potrzebnym do stworzenia Królestwa na ziemi? Nie miał racji, mylił się. Wszystko się we mnie przeciw temu buntowało i wciąż się buntuje.

Bo widzę, co by się stało, gdyby to się ziściło. Diabeł by zacierał ręce z radości. Czy to w domu, czy w wiosce, w Jerozolimie czy w Rzymie, kiedy tylko dochodzą do władzy ludzie, którzy uważają, że spełniają wolę Boga, wstępuje w nich diabeł. Zaraz robią spis kar za wszelkiego rodzaju niewinne czyny, w imię Boga skazują ludzi na chłostę albo ukamieniowanie za ubieranie się w to, jedzenie tamtego, wiarę w owo. Uprzywilejowani zbudują wielkie pałace i świątynie, żeby mieć czym się pysznić, a na biednych nałożą podatki, żeby mieć czym za te luksusy płacić. Utajnią święte pisma, pod pretekstem, że są w nich prawdy zbyt święte dla zwykłych ludzi, więc tylko kapłanom będzie je wolno interpretować. Tych, którzy zechcą uczynić słowo Boga jasnym, zrozumiałym dla wszystkich, będą torturować i zabijać. Z każdym dniem będą się coraz bardziej bali, bo im większa będzie ich władza, tym mniejsze zaufanie do innych. Dlatego będą szpiedzy i zdrajcy, denuncjatorzy i tajne trybunały. Nieszczęsnych wykrytych heretyków będą skazywali na okropną publiczną śmierć, żeby strachem zmusić resztę do posłuszeństwa.

Żeby ludzie nie myśleli tylko o swojej niedoli i żeby wzbudzić w nich gniew przeciw komuś, kierujący Kościołem oznajmią czasem, że ten czy ów naród, ten czy ów lud jest zły i należy go zniszczyć. Zbiorą wielkie armie i wyruszą, żeby zabijać, palić, grabić i gwałcić. Na dymiących ruinach niegdyś kwitnącej krainy zatkną swe sztandary i ogłoszą, że Królestwo Boga jest teraz jeszcze większe i wspanialsze.

Kapłan pragnący pofolgować swym ukrywanym skłonnościom – chciwości, chuci, okrucieństwu – poczuje się jak wilk w stadzie owiec, którego pasterz jest skrępowany, zakneblowany i ma zawiązane oczy. Nikomu nawet nie przyjdzie do głowy, by kwestionować stosowność tego, co taki świątobliwy człowiek robi prywatnie. Jego małe ofiary będą błagać niebo o zmiłowanie, moczyć mu łzami ręce, a on wytrze je w swą szatę, złoży pobożnie i wzniesie oczy w górę. I ludzie powiedzą, że to pięknie mieć takiego świętego męża za kapłana, że on się tak dobrze opiekuje dziećmi…”2

Brzmi znajomo?

Nie jest to książka, którą mogę polecić – wieje nudą a i zapowiadana przez wydawcę kontrowersyjność poruszanego tematu nie wzbudza szczególnych emocji. Nie twierdzę jednak, że jest to zupełnie bezwartościowa pozycja. Wnikliwy czytelnik odnajdzie w niej bodźce do dalszych przemyśleń. Kto ma ochotę, niech więc czyta.


Moja ocena: 2/6


1 Philip Pullman, Dobry człowiek Jezus i łotr Chrystus, Prószyński i S-ka, Warszawa 2010, str. 90-91

2 ibidem, str. 178-180


Książkę przeczytałam w ramach wyzwań czytelniczych:

* z własnego księgozbioru

* Gra w kolory - czarny

* Wyzwanie 2015 - w tytule jest imię

 

19:10, weisse_taube , przeczytane
Link Komentarze (1) »
sobota, 14 lutego 2015

Chciałabym dzisiaj pokrótce przedstawić sylwetkę twórczą młodego polskiego poety – Mateusza Bruckiego, który za pomocą kilku słów skradł mi w zeszłym roku serce i duszę :-) Twórczość Bruckiego to moje wielkie zeszłoroczne odkrycie literackie, którego dokonałam – jak to zazwyczaj bywa – zupełnie przypadkiem.

Wszystko zaczęło się od „Erotyka z palcem na ustach”, na który natknęłam się któregoś razu na facebooku:

Kilka minut później wertowałam Internet w poszukiwaniu większej ilości wierszy a kiedy je znalazłam, zniknęłam ze świata rzeczywistego na dobrych kilka godzin. Weszłam w świat obezwładniającej, zmysłowej poezji Mateusza Bruckiego i już nie chciałam z niego wychodzić :-) 


"Erotyk można zacząć od rozmowy"

ON: gdybym miał cię nie kochać tego dnia jak przed snem

kiedy złote jezioro zapłonęło nam w palcach

niby iskry obrączek jak w rzucone na brzeg

pół rozmową pół szeptem zaproszenie do tańca

zmieniłbym się w mokradła co wsysają twój ślad

aż po zręby na bezwznak układanych obietnic

że jedyne co będę w stanie zburzyć to świat

obok świata co wierszem krwinki od nas odetnie

ONA: obym mogła cię kochać każdej chwili jak w noc

co zmalała nam w palcach aż do granic patrzenia

gdy wzrok rzucał się w lilie zakochane na wskroś

w ciepłych brzuchach topielic wiecznie głodnych marzenia

i zmieniła się w światło co wpuściło nam w twarz

długą smugę korzenia by ten czas już nie broczył

żebyś mógł do ostatniej tęczy krwi ze mnie rwać

czyste płatki anioła którym wierzę ci w oczy


 

Ten młody poeta (ur. 28 III 1987) pochodzi ze Starogardu Gdańskiego, gdzie pracuje jako nauczyciel języka polskiego w jednym z gimnazjów. Jest absolwentem filologii polskiej w Państwowej Wyższej Szkole Zawodowej w Elblągu. Od wielu lat związany jest z grupą Teatr Kuźnia Bracka.

Wydał dotychczas dwa tomiki poetyckie: "Wpół do wiersza" (2008) i „Nie polecam nas bogom (2010). Publikował także w różnych almanachach pokonkursowych i w pismach literackich.

 

"Erotyk po"

(według obrazu Henri Toulouse-Lautreca pt.: „Łóżko”)

a teraz

zbudźmy się na oślep

wypuśćmy słońce spod pościeli

i patrzmy jakie jest zazdrosne

że nie ma z kim tak nocy dzielić

i obiecajmy dniom zaspanym

że to się więcej nie powtórzy

na wszystkie nasze dalsze plany

których nam tyle czas nawróżył

a potem

złammy obietnicę

i znów zatajmy słońce w pościel

by wyły na mnie półksiężyce

które znów podasz mi na oścież



Brucki specjalizuje się w ekfrazie – czyli artystycznym opisie dzieła sztuki w literaturze pięknej – którą najczęściej realizuje poprzez przetworzenie rzeczywistości z obrazu na język poetycki.  Ekfrazę stosował także np. Stanisław Grochowiak.

 

"Wysmakowani"

„To wcale nie wymagało wielkiego charakteru

[...] mieliśmy odrobinę koniecznej odwagi

lecz w gruncie rzeczy była to sprawa smaku”

(Zbigniew Herbert)

jeżeli

jeszcze kiedyś będziemy się kochać

po raz pierwszy więc na czczo

żując białą noc

wsparci o chłodną ścianę lasu czy katedry

będziemy bardziej czyści i jeszcze pewniejsi

że nie ma rąk

i powiek na to średniowiecze

które by się złożyły do pozoru nieba

wmawiając nam w nadgarstki usprawiedliwienie

za przełkniętą w pośpiechu ślinkę czy religię

 

Bardzo rzadko zdarza się, aby poezja uwiodła mnie do tego stopnia, by podczas lektury aż brakowało mi powietrza z zachwytu. Obrazy poetyckie, które tworzy Brucki pochłaniają całe moje jestestwo, każdym kolejnym słowem otwierają mnie od środka  rzeźbiąc we mnie kolejne drzwi w głąb mego serca.Tylko nielicznym dane jest dotrzeć do tak głębokich pokładów mojej wrażliwości.

 

"Erotyk na chwilę"

zapamiętana wilgoć rozpina nam usta:

to jest jak żyzny oddech jak wspomnienie morza

i skrawek galaktyki palce co się płożą

w złotowłose komety w złotogłosych muszlach

to dyskrecja bursztynu na zziębniętym piasku

albo gaszenie myśli do zlizania śladów

tylko podmuch czy odpływ grudką soli bladą

włazi pomiędzy rzęsy by tak już nie zasnąć

 

"Na moście w Tleniu"

wieczorny przelot rzeki od skrzydłami mostu

w karminy się dochwiewa nocturno błękitu

kołysanka dla chwili po sen w wodzie skrytej

niekończącej się nigdy jak prostota ostów

smyczkiem mojego czasu po samą rękojeść

zgrywam się z kwiatostanem ostatnich płomieni

czujemy się do szpiku jest niebo brak ziemi

kosmosy się zdarzają srebrzystym spokojem

 

Jeśli i Wam Mateusz Brucki skradł serce, jeśli zaciekawiła Was poezja tego niezwykle uzdolnionego młodego twórcy, zachęcam do odwiedzenia strony z wybranymi wierszami z obu wydanych jak dotąd tomików:

http://www.oko-lice-kultury.pl/folkpubs/wybrane_brucki/



12:19, weisse_taube , poezja
Link Dodaj komentarz »
 
1 , 2 , 3 , 4 , 5 ... 27
| < Maj 2015 > |
Pn Wt Śr Cz Pt So N
        1 2 3
4 5 6 7 8 9 10
11 12 13 14 15 16 17
18 19 20 21 22 23 24
25 26 27 28 29 30 31
Tagi
Related Posts Plugin for WordPress, Blogger...