piątek, 27 lutego 2015

Niedawno swoją premierę w polskich kinach miał „Siódmy syn”, film na podstawie pierwszych części cyklu powieściowego Kroniki Wardstone, co stało się dla mnie impulsem do sięgnięcia po pierwszy tom sagi. I żałuję, że tak długo zwlekałam z lekturą książek Josepha Delaney’a, bo choć nie są one przeznaczone dla mojej kategorii wiekowej, to stanowią rewelacyjną rozrywkę także dla dorosłego czytelnika.

W „Zemście czarownicy” poznajemy trzynastoletniego Toma Warda, który – zgodnie z tradycją – jako siódmy syn siódmego syna – zostaje oddany do terminu u stracharza czyli człowieka zajmującego się poskramianiem duchów, potworów, czarownic – ogólnie rzecz biorąc – złych mocy w  okolicy. Powieść opowiada o przygodach Toma podczas pobierania nauki, szczególnie zaś o konsekwencjach uwolnienia z więzienia najstraszniejszej czarownicy o pociesznie brzmiącym przydomku Mateczka Malkin. I dopiero w tym momencie książka odkrywa przed nami całą swą atrakcyjność i szeroką paletę cech charakteryzujących świetną powieść dla dzieci i młodzieży a także dla miłośników nie tyle fantastyki co wręcz powieści grozy.

Jest to książka wspaniale ukazująca jak należy postępować, co jest czynem godnym pochwały a co nie. I nawet jeśli bohaterowie powieści są nieco sztampowi i czarno-biali a zachowanie głównego bohatera momentami irytująco naiwne, czytając tę powieść należy cały cza pamiętać, że została napisana z myślą o młodych czytelnikach a i sam protagonista ma skończone zaledwie 13 lat, więc ma prawo nie wiedzieć wielu rzeczy na temat świata i czyhających w nim niebezpieczeństw. Tom okazuje się być jednak mądrym chłopcem, który w odpowiednim momencie potrafi wykorzystać przekazaną mu przez nauczyciela wiedzę czy też od dawna słyszane od ojca rady. Zdaje sobie również sprawę, że sam musi wypić piwo, które nawarzył i nie unika odpowiedzialności za popełnione błędy. Autor cyklu, Joseph Delaney, przed rozpoczęciem kariery pisarskiej pracował jako pedagog, co zapewne miało niemały wpływ na sposób, w jaki ukazał on postać Toma.

„Zemsta czarownicy” jest przeznaczona dla czytelników powyżej 10. roku życia i myślę, że najbardziej przypadnie do gustu właśnie dzieciom w wieku szkolnym (podstawówka). Będą one zafascynowane nie tyle pojawiającymi się na kartach powieści czarownicami czy boginami ale przede wszystkim atmosferą żywcem wziętą z książek grozy. Możecie mi wierzyć na słowo, że przy niektórych scenach i opisach nawet dorosłemu cierpnie skóra a co dopiero dziecku. Wcale nie dziwi mnie więc widniejąca na okładce przestroga: ‘Nie czytać po zmierzchu!’ bo pierwszy tom Kronik Wardstone to idealna lektura dla tych, którzy lubią się bać. No chyba, że Wasze dzieci dzień w dzień grają w gry komputerowe, w których rozwalają ludziom czy potworom głowy strzelając do nich z karabinu czy wypruwając im flaki siekierą… Ale takich dzieci raczej nie ciągnie do książek… ;-)

Nie polecam jednak czytać tej książki przed snem małym dzieciom – jest w niej wiele naprawdę mrożących krew w żyłach opisów, które mocno działają na wyobraźnię i mogą być przez to niewskazane dla zbyt młodego czytelnika.

W związku z premierą filmową wydawnictwo Jaguar postanowiło wznowić wydawanie Kronik Wardstone, co bardzo mnie cieszy, bo nakład starej edycji cyklu dawno się wyczerpał i zakup pierwszego tomu graniczył z cudem. Dlatego też ja przeczytałam tę powieść w formie e-booka.

Nie widziałam jeszcze ekranizacji ale po obejrzeniu trailera wnioskuję, iż „Siódmy syn” jest typową hollywoodzką papką nastawioną na efekty i prosty przekaz. Z książką zdaje się mieć niewiele wspólnego. Filmowy Tom nie wygląda na trzynastolatka a i Mateczka Malkin jest kompletnym zaprzeczeniem swojego książkowego pierwowzoru (przynajmniej od strony wizualnej). Film został też zupełnie pozbawiony zawartej w powieści makabry.

Czytałam „Zemstę czarownicy” niemal z wypiekami na twarzy, każdą wolną chwilę w pracy wykorzystywałam na dalszą lekturę. Świat wykreowany przez Josepha Delaney’a pochłonął mnie całkowicie i dostarczył świetnej rozrywki.

Z całą pewnością sięgnę po kolejne tomy Kronik Wardstone, by dowiedzieć się jak potoczyły się dalsze losy stracharza Gregory’ego, zdolnego ucznia Toma i jego przyjaciółki Alice. Liczę także, że autor zdradzi więcej szczegółów z życia bohaterów, uchyli nieco rąbka ich tajemnic.

Polecam książkę wszystkim miłośnikom dobrej lektury – zarówno tym młodszym jak i nieco starszym . Szkoda byłoby przegapić tak fajną powieść – a kto wie, może i cała seria trzyma poziom? :-)

Moja ocena: 5/6

Książkę przeczytałam w ramach wyzwań czytelniczych:

* Gra w kolory - czarny

* Wyzwanie 2015 – jest film oparty na książce

* Odnajdź w sobie dziecko (książka z elementem baśniowym, fantastycznym – nie rzeczywistym - wydana po 2000r.)

 

niedziela, 22 lutego 2015

Szczęście wyjątkowo mi sprzyja. To już moja czwarta wygrana w tym roku! :-)

Tagi: inne
14:26, weisse_taube , inne
Link Dodaj komentarz »
sobota, 21 lutego 2015

Nie czytałam szalenie popularnego swego czasu na blogach „Poradnika pozytywnego myślenia" ale jeśli jest napisany w podobnym stylu co „Niezbędnik obserwatorów gwiazd", to raczej nie mam czego żałować. Bo niestety druga wydana w Polsce powieść ciepło przyjętego przez czytelników Matthew Quicka nie zrobiła na mnie wrażenia. Zaczęłam się wręcz zastanawiać, co powoduje, że inni tak wysoko oceniają twórczość tego autora.

Bohaterem powieści jest Finley McManus, uczeń ostatniej klasy liceum, mieszkający z ojcem i dziadkiem w Belmont – mieście rządzonym przez gangi czarnoskórych i irlandzką mafię. Jest typem introwertycznym i małomównym. Oprócz swojej dziewczyny Erin kocha grę w koszykówkę i ciężko pracuje na to, by utrzymać się na pozycji rozgrywającego w pierwszym składzie. Pewnego dnia trener prosi Finleya o dosyć dziwną przysługę – żeby zaopiekował się nowo przybyłym do miasta czarnoskórym chłopcem Russellem. Jak się okazuje, Russ w wyniku śmierci rodziców doznał szoku pourazowego i twierdzi, że nazywa się „Numer 21" i przybył z kosmosu, by prowadzić badania nad emocjami Ziemian. Ale jest jeszcze coś, coś co spędza Finleyowi sen z powiek – Russel jest mianowicie świetnym koszykarzem, który może odebrać mu pozycję w zespole, na którą Finley tak ciężko pracował. Dlaczego więc trener uznał, że tych dwoje może się zaprzyjaźnić i pomóc sobie nawzajem?

Od dawna nie jestem już nastolatką. Czytając „Niezbędnik obserwatorów gwiazd" z każdą kolejną stroną docierało do mnie, że problemy nastolatków – a w szczególności amerykańskich nastolatków – zupełnie nie wzbudzają mojego zainteresowania. Zresztą wydaje mi się, że nawet jakbym miała te 20 lat mniej, to uznałabym książkę za mało ciekawą, bo nigdy nie byłam typem sportowca a spora część powieści kręci się wokół gry w kosza. Nie znalazłam w tej książce bohatera, z którym mogłabym się w 100% zidentyfikować. Aczkolwiek muszę dodać, że bardzo polubiłam Finleya, który jest tak samo małomówny jak ja :-)

Bez trudu domyśliłam się tajemnicy z przeszłości Finleya i powodu, dla którego trener wybrał właśnie jego, by pomógł Russowi w powrocie do gry w koszykówkę. Za dużo się w życiu książek naczytałam, by nie dostrzec pewnego schematu ;-)

Język powieści jest prosty - krótkie zdania i nieskomplikowane słownictwo sprawiają, że książkę czyta się szybko. Niestety dla mnie tego typu lektura jest już nieco zbyt prosta. Czytałam tylko po to, by jak najszybciej mieć ją już z głowy i sięgnąć po coś atrakcyjniejszego zarówno fabularnie jak i językowo.

Zdecydowana większość recenzentów pisze, że powieść ta wywołuje silne emocje - współczucie, wzruszenie, pojawiają się nawet łzy. Nie twierdzę, że jest zupełnie jałowa, bo niesie ze sobą pewne przesłanie ale sposób w jaki cała ta historia została przedstawiona pozostawiła mnie obojętną. Nie wywołała żadnych emocji. Może recenzje, które czytałam zostały napisane przez osoby dużo młodsze ode mnie, mniej doświadczone, które inaczej patrzą na pewne sprawy.

Tytuł powieści nawiązuje do uprzednio wydanej na polskim rynku książki Matthew Quicka czyli do "Poradnika pozytywnego myślenia". Jest to pomysłowy zabieg pod warunkiem, że czytało się tą książkę. Jeśli nie - w trakcie lektury kołacze się po głowie pytanie o co chodzi z tym 'niezbędnikiem', czym on właściwie jest i kiedy w końcu pojawi się jako rekwizyt na kartach powieści. A niestety się nie pojawia (chyba, że coś przegapiłam).

Uważam, że jest to książka, która może przypaść do gustu nastolatkom czy czytelnikom z przedziału wiekowego typowego dla young adult. Również starsi odbiorcy, lubujący się w lekkich czytadłach napisanych nieskomplikowanym stylem, powinni być z lektury „Niezbędnika obserwatorów gwiazd" zadowoleni. Podnoszące na duchu zakończenie pokazujące, że zawsze warto mieć marzenia i nadzieję, bo nie ma w życiu rzeczy niemożliwych i nigdy nie wiadomo kiedy los ześle nam szansę, usatysfakcjonuje większość czytelników. Mnie wyraźnie czegoś zabrakło (głównie chyba emocji) dlatego też jest to książka, która nie zapisze się na długo w mojej pamięci. 


Moja ocena: 3/6

 

Książkę przeczytałam w ramach wyzwań czytelniczych:

* z własnego księgozbioru

* Gra w kolory - czarny

* Wyzwanie 2015 - akcja nie dzieje się w Europie

* Odnajdź w sobie dziecko (książka w której spotykamy się z innym traumatycznym wydarzeniem - wydana po 2000r.)

poniedziałek, 16 lutego 2015

Kiedy po raz pierwszy przeczytałam w zapowiedziach wydawniczych o tej książce, chytry uśmiech pojawił się na mojej twarzy. Philip Pullman zapisał się w mojej pamięci fantastyczną powieścią „Zorza polarna” (znaną także jako „Złoty kompas”), co zagwarantowało mu miejsce wśród pisarzy, po których książki sięgam w ciemno. A biorąc pod uwagę, że jego twórczość ma wyraźny antyklerykalny wydźwięk spodziewałam się prawdziwej literackiej uczty. Sama jestem ateistką  bardzo negatywnie nastawioną do instytucji kościoła katolickiego, więc sięgając po powieść, której już sam tytuł wiele sugeruje, oczekiwałam prześmiewczej krytyki środowiska duchownych i klerykałów.

Pullman pisze alternatywną historię narodzin chrześcijaństwa i instytucji kościoła. Jego Maria nie rodzi jednego syna a dwóch – bliźniaków Jezusa i Chrystusa. Jezus zachowuje swoją historyczną rolę – naucza, uzdrawia, nawołuje do miłosierdzia i głosi nadejście Królestwa Bożego. Chrystus stoi w cieniu brata, obserwuje go i pewnego dnia za namową tajemniczego nieznajomego zaczyna spisywać wydarzenia, których sprawcą jest jego brat. Jak nietrudno się domyślić, powstaje w ten sposób Nowy Testament.

Książka ta ma jedną poważną wadę – jest śmiertelnie nudna. Pullman opisuje życie braci od narodzin po śmierć Jezusa na krzyżu. Robi to w sposób zupełnie beznamiętny, pozbawiony otwartej ironii, złośliwości a nawet humoru. Mamy tu ewidentnie do czynienia ze świetnym pomysłem i bardzo kiepską jego realizacją. Lektura powieści, którą można by przeczytać w dwa dni (a osoby potrafiące szybko czytać nawet i w jeden wieczór) ciągnie się jak flaki z olejem i zajmuje prawie tydzień. Bo nie przyciąga czytelnika, nie ciekawi, nie trzyma w napięciu czy niepewności. I nie ma to nic wspólnego z tym, że przecież każdy wie, jak skończyła się historia Jezusa.

Sama koncepcja wykorzystania postaci brata bliźniaka do opowiedzenia historii narodzin kościoła katolickiego jest według mnie bardzo atrakcyjna i naprawdę żałuję, że Pullman tak ją spartolił. Tym bardziej, że poglądy autora na tą sprawę są mi bliskie. Czytając książkę nie trudno się domyślić, kto jest tajemniczym nieznajomym namawiającym Chrystusa do przyjęcia roli kronikarza i przekształcania ‘historii’ w ‘prawdę’. Zgadzam się z kontrowersyjną opinią autora, jakoby instytucja kościoła była dziełem szatana.

„Lecz jest coś jeszcze, o czym nie wszyscy powinni wiedzieć: pisząc o tym, co minęło, przyczyniamy się do kształtowania tego, co przyjdzie. […] Pisząc o rzeczach, jakimi powinny były być, wprowadzasz prawdę do historii. Jesteś słowem Boga.”1

Pullman dezaprobuje działania i teorie kościoła, krytykuje fałszowanie przez niego historii i ubieranie prawdy historycznej w marketingową, dobrze sprzedającą się otoczkę. To, co dzisiaj wiemy na temat życia Jezusa i początków chrześcijaństwa zostało na przestrzeni wieków przerobione na korzyść kościoła, aby mógł on rządzić i manipulować ludźmi. Aby dodać tragizmu całej sytuacji Pullman całą krytykę tej instytucji wkłada w usta powieściowego Jezusa, który modląc się w ogrodzie Getsemani zwraca się z gorzkimi słowami do samego Boga:

„Czy mój brat miał rację, mówiąc o wielkiej organizacji, o Kościele potrzebnym do stworzenia Królestwa na ziemi? Nie miał racji, mylił się. Wszystko się we mnie przeciw temu buntowało i wciąż się buntuje.

Bo widzę, co by się stało, gdyby to się ziściło. Diabeł by zacierał ręce z radości. Czy to w domu, czy w wiosce, w Jerozolimie czy w Rzymie, kiedy tylko dochodzą do władzy ludzie, którzy uważają, że spełniają wolę Boga, wstępuje w nich diabeł. Zaraz robią spis kar za wszelkiego rodzaju niewinne czyny, w imię Boga skazują ludzi na chłostę albo ukamieniowanie za ubieranie się w to, jedzenie tamtego, wiarę w owo. Uprzywilejowani zbudują wielkie pałace i świątynie, żeby mieć czym się pysznić, a na biednych nałożą podatki, żeby mieć czym za te luksusy płacić. Utajnią święte pisma, pod pretekstem, że są w nich prawdy zbyt święte dla zwykłych ludzi, więc tylko kapłanom będzie je wolno interpretować. Tych, którzy zechcą uczynić słowo Boga jasnym, zrozumiałym dla wszystkich, będą torturować i zabijać. Z każdym dniem będą się coraz bardziej bali, bo im większa będzie ich władza, tym mniejsze zaufanie do innych. Dlatego będą szpiedzy i zdrajcy, denuncjatorzy i tajne trybunały. Nieszczęsnych wykrytych heretyków będą skazywali na okropną publiczną śmierć, żeby strachem zmusić resztę do posłuszeństwa.

Żeby ludzie nie myśleli tylko o swojej niedoli i żeby wzbudzić w nich gniew przeciw komuś, kierujący Kościołem oznajmią czasem, że ten czy ów naród, ten czy ów lud jest zły i należy go zniszczyć. Zbiorą wielkie armie i wyruszą, żeby zabijać, palić, grabić i gwałcić. Na dymiących ruinach niegdyś kwitnącej krainy zatkną swe sztandary i ogłoszą, że Królestwo Boga jest teraz jeszcze większe i wspanialsze.

Kapłan pragnący pofolgować swym ukrywanym skłonnościom – chciwości, chuci, okrucieństwu – poczuje się jak wilk w stadzie owiec, którego pasterz jest skrępowany, zakneblowany i ma zawiązane oczy. Nikomu nawet nie przyjdzie do głowy, by kwestionować stosowność tego, co taki świątobliwy człowiek robi prywatnie. Jego małe ofiary będą błagać niebo o zmiłowanie, moczyć mu łzami ręce, a on wytrze je w swą szatę, złoży pobożnie i wzniesie oczy w górę. I ludzie powiedzą, że to pięknie mieć takiego świętego męża za kapłana, że on się tak dobrze opiekuje dziećmi…”2

Brzmi znajomo?

Nie jest to książka, którą mogę polecić – wieje nudą a i zapowiadana przez wydawcę kontrowersyjność poruszanego tematu nie wzbudza szczególnych emocji. Nie twierdzę jednak, że jest to zupełnie bezwartościowa pozycja. Wnikliwy czytelnik odnajdzie w niej bodźce do dalszych przemyśleń. Kto ma ochotę, niech więc czyta.


Moja ocena: 2/6


1 Philip Pullman, Dobry człowiek Jezus i łotr Chrystus, Prószyński i S-ka, Warszawa 2010, str. 90-91

2 ibidem, str. 178-180


Książkę przeczytałam w ramach wyzwań czytelniczych:

* z własnego księgozbioru

* Gra w kolory - czarny

* Wyzwanie 2015 - w tytule jest imię

 

19:10, weisse_taube , przeczytane
Link Komentarze (1) »
sobota, 14 lutego 2015

Chciałabym dzisiaj pokrótce przedstawić sylwetkę twórczą młodego polskiego poety – Mateusza Bruckiego, który za pomocą kilku słów skradł mi w zeszłym roku serce i duszę :-) Twórczość Bruckiego to moje wielkie zeszłoroczne odkrycie literackie, którego dokonałam – jak to zazwyczaj bywa – zupełnie przypadkiem.

Wszystko zaczęło się od „Erotyka z palcem na ustach”, na który natknęłam się któregoś razu na facebooku:

Kilka minut później wertowałam Internet w poszukiwaniu większej ilości wierszy a kiedy je znalazłam, zniknęłam ze świata rzeczywistego na dobrych kilka godzin. Weszłam w świat obezwładniającej, zmysłowej poezji Mateusza Bruckiego i już nie chciałam z niego wychodzić :-) 


"Erotyk można zacząć od rozmowy"

ON: gdybym miał cię nie kochać tego dnia jak przed snem

kiedy złote jezioro zapłonęło nam w palcach

niby iskry obrączek jak w rzucone na brzeg

pół rozmową pół szeptem zaproszenie do tańca

zmieniłbym się w mokradła co wsysają twój ślad

aż po zręby na bezwznak układanych obietnic

że jedyne co będę w stanie zburzyć to świat

obok świata co wierszem krwinki od nas odetnie

ONA: obym mogła cię kochać każdej chwili jak w noc

co zmalała nam w palcach aż do granic patrzenia

gdy wzrok rzucał się w lilie zakochane na wskroś

w ciepłych brzuchach topielic wiecznie głodnych marzenia

i zmieniła się w światło co wpuściło nam w twarz

długą smugę korzenia by ten czas już nie broczył

żebyś mógł do ostatniej tęczy krwi ze mnie rwać

czyste płatki anioła którym wierzę ci w oczy


 

Ten młody poeta (ur. 28 III 1987) pochodzi ze Starogardu Gdańskiego, gdzie pracuje jako nauczyciel języka polskiego w jednym z gimnazjów. Jest absolwentem filologii polskiej w Państwowej Wyższej Szkole Zawodowej w Elblągu. Od wielu lat związany jest z grupą Teatr Kuźnia Bracka.

Wydał dotychczas dwa tomiki poetyckie: "Wpół do wiersza" (2008) i „Nie polecam nas bogom (2010). Publikował także w różnych almanachach pokonkursowych i w pismach literackich.

 

"Erotyk po"

(według obrazu Henri Toulouse-Lautreca pt.: „Łóżko”)

a teraz

zbudźmy się na oślep

wypuśćmy słońce spod pościeli

i patrzmy jakie jest zazdrosne

że nie ma z kim tak nocy dzielić

i obiecajmy dniom zaspanym

że to się więcej nie powtórzy

na wszystkie nasze dalsze plany

których nam tyle czas nawróżył

a potem

złammy obietnicę

i znów zatajmy słońce w pościel

by wyły na mnie półksiężyce

które znów podasz mi na oścież



Brucki specjalizuje się w ekfrazie – czyli artystycznym opisie dzieła sztuki w literaturze pięknej – którą najczęściej realizuje poprzez przetworzenie rzeczywistości z obrazu na język poetycki.  Ekfrazę stosował także np. Stanisław Grochowiak.

 

"Wysmakowani"

„To wcale nie wymagało wielkiego charakteru

[...] mieliśmy odrobinę koniecznej odwagi

lecz w gruncie rzeczy była to sprawa smaku”

(Zbigniew Herbert)

jeżeli

jeszcze kiedyś będziemy się kochać

po raz pierwszy więc na czczo

żując białą noc

wsparci o chłodną ścianę lasu czy katedry

będziemy bardziej czyści i jeszcze pewniejsi

że nie ma rąk

i powiek na to średniowiecze

które by się złożyły do pozoru nieba

wmawiając nam w nadgarstki usprawiedliwienie

za przełkniętą w pośpiechu ślinkę czy religię

 

Bardzo rzadko zdarza się, aby poezja uwiodła mnie do tego stopnia, by podczas lektury aż brakowało mi powietrza z zachwytu. Obrazy poetyckie, które tworzy Brucki pochłaniają całe moje jestestwo, każdym kolejnym słowem otwierają mnie od środka  rzeźbiąc we mnie kolejne drzwi w głąb mego serca.Tylko nielicznym dane jest dotrzeć do tak głębokich pokładów mojej wrażliwości.

 

"Erotyk na chwilę"

zapamiętana wilgoć rozpina nam usta:

to jest jak żyzny oddech jak wspomnienie morza

i skrawek galaktyki palce co się płożą

w złotowłose komety w złotogłosych muszlach

to dyskrecja bursztynu na zziębniętym piasku

albo gaszenie myśli do zlizania śladów

tylko podmuch czy odpływ grudką soli bladą

włazi pomiędzy rzęsy by tak już nie zasnąć

 

"Na moście w Tleniu"

wieczorny przelot rzeki od skrzydłami mostu

w karminy się dochwiewa nocturno błękitu

kołysanka dla chwili po sen w wodzie skrytej

niekończącej się nigdy jak prostota ostów

smyczkiem mojego czasu po samą rękojeść

zgrywam się z kwiatostanem ostatnich płomieni

czujemy się do szpiku jest niebo brak ziemi

kosmosy się zdarzają srebrzystym spokojem

 

Jeśli i Wam Mateusz Brucki skradł serce, jeśli zaciekawiła Was poezja tego niezwykle uzdolnionego młodego twórcy, zachęcam do odwiedzenia strony z wybranymi wierszami z obu wydanych jak dotąd tomików:

http://www.oko-lice-kultury.pl/folkpubs/wybrane_brucki/



12:19, weisse_taube , poezja
Link Dodaj komentarz »
wtorek, 10 lutego 2015

Zbliża się termin zwrotu książek do biblioteki, więc zmusiłam się do przeczytania drugiego w moim czytelniczym życiu dzieła Wieniedikta Jerofiejewa. Po przykrych doświadczeniach z „Zapiskami psychopaty” nie bardzo miałam ochotę na kolejne pijackie wywody ale cóż… Zawzięłam się i przeczytałam.

To nie będzie długa recenzja, bo i pisać nie mam za bardzo o czym. Niestety proza Jerofiejewa zupełnie do mnie nie trafia.

„Moskwa – Pietuszki” to krótka, suto zakrapiana (a jakże…) historia alkoholika, który jedzie pociągiem ze stolicy Rosji do Pietuszek, gdzie czeka na niego dziewczyna i dziecko. Utwór podzielony jest na kilkanaście rozdziałów, które są jednocześnie nazwami kolejnych odcinków na trasie Dworzec Kurski w Moskwie – Dworzec w Pietuszkach. Podczas jazdy bohater pije z innymi pasażerami wódkę i prowadzi filozoficzno-polityczne dysputy.  

W tak zwanych ‘internetach’ wyczytałam same cuda na temat ‘prozy poetyckiej’, jak zwykło się określać ten utwór. Andrzej Drawicz, tłumacz Jerofiejewa określa „Moskwę…” jako arcydzieło prozy rosyjskiej i kunsztowną parabolę opisującą bezwyjściowość losu rosyjskiego. Gdzieś rzuciło mi się w oczy porównanie do drogi krzyżowej (przez wzgląd na stacje).

Na temat tego, co przeczytałam mogę niestety powiedzieć tyle samo, co jedna z prostytutek występujących w utworze, która zwraca się co Jerofiejewa następującymi słowy:

„Czytałam jeden pański kawałek. I wie pan co? Nigdy bym nie pomyślała, że na pięćdziesięciu stronach można wypisać tyle bzdur. Przecież to ponad ludzkie siły.”1

Niestety najwyraźniej brak mi oczytania, wiedzy dotyczącej sytuacji społeczno-politycznej ówczesnej Rosji jak i zrozumienia dla postawy życiowej przybieranej przez bohaterów. Z żalem stwierdzam, że nie potrafię dostrzec w prozie Jerofiejewa tkwiącej tam ponoć głębi.

To moje ostatnie spotkanie z Wieniediktem Jerofiejewem. Nie rozumiem jego prozy i nie mam ochoty próbować ponownie się w nią zagłębiać.

 

Moja ocena: 2/6


1 Wieniedikt Jerofiejew, Moskwa - Pietuszki, Wydawnictwo Literackie, Kraków 2007, str. 55


Książkę przeczytałam w ramach wyzwań czytelniczych:

* Trójka e-pik (literatura rosyjska) - w ramach nadrabiania zaległości

* Wyzwanie 2015 - przeczytana w jeden weekend



niedziela, 01 lutego 2015

Początek roku obfituje w wygrane w różnych konkursach. Najpierw kalendarz w Mydlarni u Franciszka, teraz książka od wyd. Biały Wiatr. Czekam jeszcze na wygraną w konkursie magazynu Nowa Fantastyka :-)

11:52, weisse_taube , inne
Link Dodaj komentarz »
piątek, 30 stycznia 2015

Lucy Maud Montgomery miała 33 lata kiedy w czerwcu 1908 roku ukazała się „Ania z Zielonego Wzgórza”. To prawie tyle co ja, kiedy po wielu latach powróciłam do jednej z ulubionych książek dzieciństwa (czy też czasów wczesnonastoletnich).

Nieco ponad rok przed publikacją książki, 2.maja 1907r Maud wspomniała w liście do Ephraima Webera, swojego wieloletniego korespondencyjnego przyjaciela, że czeka na wydanie swojej pierwszej powieści:

„Przez całą jesień i zimę pracowałam nad książką. Nie pisnęłam o tym nikomu ani słowa, bo bardzo się bałam, iż nie znajdę dla niej wydawcy. Gdy wszystko było gotowe, posłałam egzemplarz do bostońskiego wydawnictwa, którego właścicielami są bracia L.C. Page i dwa tygodnie temu, po dwóch miesiącach oczekiwań, dostałam odpowiedź. Przyjęli książkę i oferują mi dziesięć procent zysków ze sprzedaży!”1

Praca nad książką, którą wspomina Maud nie była jednak pisaniem powieści od zera a poszerzaniem i redagowaniem wcześniejszej wersji, która powstała między wiosną 1904r a jesienią 1905r. Wtedy żaden z pięciu wydawców, którym przedstawiła swoje dzieło, nie był zainteresowany jego wydaniem, więc zniechęcona Maud wsadziła rękopis do pudła na kapelusze i schowała głęboko do szafy. Kiedy rok później robiąc w domu generalne porządki znalazła rękopis, zaczęła go podczytywać i stwierdziła, że wcale nie jest taki zły – wymaga tylko odpowiedniego dopracowania. Jednak pomimo przyjęcia książki do druku, debiutująca na rynku pisarka była pełna wątpliwości co do napisanej przez siebie powieści. Tak pisała w tym samym liście do Webera:

„Proszę nie myśleć, że oto powstała wielka powieść literatury kanadyjskiej. To jedynie książeczka dla młodzieży, a właściwie dla dziewcząt. Nie przypuszczam, by odniosła wielki sukces i nawet nie marzę o innej grupie czytelników.”2

Och, gdyby Maud wiedziała wtedy jaki los spotka jej książkę! Nawet w najśmielszych snach nie przypuszczała, że „Ania z Zielonego Wzgórza” podbije serca czytelników na całym świecie a nazwisko Lucy Maud Montgomery będzie od tej pory nierozerwalnie kojarzone z Wyspą Księcia Edwarda i literaturą kanadyjską. Już w połowie września 1908r, trzy miesiące od premiery, powieść doczekała się czwartego (!) wznowienia a pod koniec listopada szóstego.

Rudowłosa dziewczynka dorastająca w Avonlea skradła serca milionom kobiet na całej kuli ziemskiej, które uśmiechają się szeroko słysząc tytuł „Ania z Zielonego Wzgórza” i dodają: ‘wychowałam się na tej książce’. Ba! Całą serię o przygodach Ani Shirley przeczytał nawet mój firmowy informatyk! Kiedy któregoś dnia podczas rozmowy o książkach wspomniał, że czytał Anię, to widząc nasze zdziwione spojrzenia wzruszył tylko beztrosko ramionami i powiedział: ‘no co? Siostra miała to czytałem’ :-)

Była to również i moja ulubiona książka. A przynajmniej tak twierdziłam będąc w wieku wczesnoszkolnym. Tak w ogóle to dziwna historia z tą Anią, bo pytana w dzieciństwie o ulubioną książkę zawsze wymieniałam między innymi właśnie pierwszy tom przygód Ani a tak naprawdę… nigdy go do końca nie przeczytałam. Zaczynałam kilka razy, docierałam do połowy (albo i dalej) i jakoś nie miałam już ochoty czytać dalej. Za to film (ten najsłynniejszy, z 1985r z Megan Follows w roli głównej) oglądałam wielokrotnie. Później przeczytałam „Emilkę ze Srebrnego Nowiu” i to ona skradła mi serce. Nigdy nie zastanawiałam się nad tym, czemu po jakimś czasie lektura „Ani…” mnie nużyła aż do teraz, kiedy sięgnęłam po nią po tylu latach. I chyba już wiem, co jest przyczyną  :-)

A mianowicie nie jestem w stanie znieść ciągłego trajkotu głównej bohaterki. Ja rozumiem, że można być straszną gadułą ale na miłość boską, żeby aż tak?! O nie, nie… tego moja lubująca się w ciszy osoba nie zniesie. Jestem z natury osobą spokojną i małomówną, wolę słuchać i dobrze czuję się w towarzystwie przysłowiowych gaduł – ale bez przesady! Z Anią mam jeszcze dodatkowy problem w postaci jej wiecznego rozkojarzenia i roztrzepania. Są to cechy stojące w zupełnym przeciwieństwie do mojego charakteru i naprawdę ciężko było mi poskromić irytację, kiedy czytałam o kolejnych gafach Ani, popełnianych w wyniku jej skłonności do totalnego odpływania w świat marzeń. Dobrze rozumiałam załamującą nad paplaniną Ani ręce Marylę (Montgomery nadała tej postaci pewne cechy Lucy Woolner Macneill, swojej babki ze strony matki) i wielokrotnie miałam ochotę pacnąć po łbie tego małego rudzielca i powiedzieć: 'zamknijże się wreszcie'  ;-)  Przez całą książkę mocno mnie jej osoba irytowała i dlatego też nie mogę zaliczyć Ani Shirley do grona moich ulubionych bohaterek literackich. Jeśli już to znalazłoby się dla niej miejsce obok Becky Sharp/Crawley, Emmy Bovary czy Katarzyny Earnshaw czyli w niechlubnym gronie moich literackich antypatii. Ponieważ zamierzam kontynuować poznawanie losów Anny Shirley nie pozostaje mi nic innego jak mieć nadzieję, że w dalszych tomach okaże się bohaterką, którą da się jednak polubić :-)

Trzeba jednak przyznać, że Ania została także obdarzona kilkoma bardzo pozytywnymi cechami – doceniam jej dobre serce, wyobraźnię a przede wszystkim wrażliwość na piękno przyrody oraz umiejętność dostrzegania pozytywnych stron w życiu.

A dlaczego w ogóle zdecydowałam się na powrót do jednej z lektur dzieciństwa? Głównie za sprawą przeczytanej pod koniec zeszłego roku biografii Lucy Maud Montgomery autorstwa Mollie Gillen, z której dowiedziałam się nie tylko wielu ciekawych faktów na temat życia pochodzącej z Wyspy Księcia Edwarda pisarki ale także miałam okazję poznać okoliczności powstania wielu jej dzieł. Ciekawa lektura sprawiła, że postanowiłam powrócić do książek z dzieciństwa i przeczytać w tym roku wszystkie książki Montgomery w kolejności chronologicznej. 

Śliczna okładka Wydawnictwa Literackiego widniejąca w górnym lewym rogu tej recenzji została wybrana tylko i wyłącznie ze względów estetycznych. Ja czytałam swoje stare i wysłużone wydanie Naszej Księgarni z 1970 roku w tłumaczeniu R. Bernsteinowej. Język wyraźnie trąci myszką ale ma to swój urok. 

Cieszę się, że po tylu latach powróciłam na Zielone Wzgórze. Nawet jeśli tylko po to, by przekonać się, że nadal mam problemy z polubieniem jego rudowłosej mieszkanki. Nie da się jednak ukryć, że „Ania z Zielonego Wzgórza” to absolutna klasyka i grzechem byłoby jej nie znać. Jeśli w przyszłości będę miała córkę, z całą pewnością będę ją namawiać do sięgnięcia po serię o Ani. Ciekawe, jak ona ją odbierze? :-)


Moja ocena: 4/6


1 Mollie Gillen, Maud z Wyspy Księcia Edwarda, Wydawnictwo Literackie, str. 149-150

2 ibidem, str. 152

 

Książkę przeczytałam w ramach wyzwań czytelniczych:

* z własnego księgozbioru

* Trójka e-pik (własna książka, która na półce czeka już zbyt długo) – w ramach nadrabiania zaległości

* Odnajdź w sobie dziecko (książka, której bohaterką jest dziewczynka w wieku szkolnym – wydana przed 2000r)

* Wyzwanie 2015 – w tytule jest kolor


czwartek, 29 stycznia 2015

"Postać Holendra tułacza jest mitycznym poematem ludu; prastary rys natury ludzkiej wypowiada się w nim z poruszającą serca potęgą. Rysem tym jest w najogólniejszym znaczeniu tęsknota za spokojem wśród burz życia." 

Richard Wagner


Poszłam na ten spektakl z lekką obawą. No wiecie... w końcu to ten wielki i poważny Wagner... ;-) Poza tym był to pierwszy spektakl operowy w życiu mojego partnera, więc zastanawiałam się, czy czasem po paru minutach nie ucieknie z krzykiem ;-) Całe szczęście tak się nie stało a przedstawiona na scenie historia okazała się nad wyraz ciekawa.

Ale nie tyle historia sama w sobie mnie uwiodła (choć przyznaję, że podczas pierwszego aktu zdarzało mi się przysypiać ;-) - ale to zapewne ze zmęczenia, byłam po ciężkim dniu w pracy). To scenografia zrobiła na mnie największe wrażenie. Jednym słowem: zapiera dech w piersiach - piękna, mroczna, niezwykle klimatyczna.

Cały spektakl ma w sobie coś ewidentnie niemieckiego, nie potrafię dokładnie powiedzieć, co to takiego ale moje germanofilskie serce wyraźnie to czuło. Może to niemiecki duch romantyzmu unoszący się nad przedstawioną historią? W końcu libretto opery oparł Wagner na jednym z opowiadań Heinricha Heinego bazującego na jednej ze skandynawskich legend.

Arie nie zrobiły na mnie wielkiego wrażenia, choć jedna z arii śpiewanych przez Sentę wywołała we mnie dreszcze :-)

Jedyne, co mi się w "Holendrze Tułaczu" nie podobało to zakończenie. Szybkie, nagłe, sprawiające wrażenie zrobionego 'na odwal', byle by w końcu jakoś tą historię zakończyć. Siedziałam osłupiała w fotelu i oszołomiona zastanawiałam się, co to ma znaczyć? Klątwa została przełamana czy nie? I co się stało z Holendrem?  

Jednak pomimo tego rozczarowania na końcu uważam obejrzany spektakl za absolutnie fantastyczny. Wzbudził moją ciekawość jeśli chodzi o legendę o Latającym Holendrze. Bardzo chciałabym przeczytać jakąś zajmującą powieść, która jest literacką adaptacją tej niezwykłej legendy!


*wszystkie zdjęcia pochodzą ze strony operalodz.com

Tagi: opera teatr
18:58, weisse_taube , inne
Link Dodaj komentarz »
wtorek, 13 stycznia 2015

Cóż za literackie kuriozum trafiło w moje ręce!

„Sztuka pierdzenia” powstała we Francji w 1751 roku i cieszyła się dużą popularnością w kręgach ówczesnej socjety – fragmenty tego suto okraszonego humorem eseju cytowano na salonach po spożyciu ostatniego posiłku, aby poprzez śmiech ułatwić gościom trawienie.

Autor tegoż dziełka, niejaki Pierre Thomas Nicolas Hurtaut to persona o szerokich i dosyć osobliwych zainteresowaniach jak można mniemać po tytułach spłodzonych przez niego dzieł. Oprócz wspomnianej tu „Sztuki pierdzenia” spod jego pióra wyszły też np. „Esej medyczny o upławach miesięcznych”, „Angielski rzut oka na ceremonie ślubne” czy „Skrócony podręcznik historyczny o królach dynastii Merowingów”.

Książeczka, którą chciałabym wam dzisiaj przybliżyć należy do literatury skatologicznej, czyli takiej, która w humorystyczny sposób traktuje o ludzkich wydalinach. Jej podtytuł brzmi „Esej teoriofizyczny i metodyczny” i jak sama nazwa wskazuje dąży do wyjaśnienia pochodzenia i działania pierdnięć, bo przecież „doprawdy wstyd, Czytelniku, że od kiedy pierdzieć począłeś, nie wiesz nawet, jak to robisz i jak to robić powinieneś”.1

A czego konkretnie możemy się z eseju pana Hurtauta dowiedzieć? Zaczynamy oczywiście od definicji pierdnięcia („sprężone powietrze, które ujścia szukając, przebiega rozmaite partię ciała i wreszcie znajduje pospieszne wyjście, którego przyzwoitość nazwać nie zezwala”2), zaznajamiając się przy okazji z różnicami pomiędzy pierdnięciem a beknięciem. Co dociekliwsi czytelnicy poczują się usatysfakcjonowani szczegółowymi opisami odmian pierdów (dyftongalne, klarowne, przydechowe), ich przyczyn i konsekwencji. Z ciekawostek dowiemy się np. dlaczego umiejętność grania na instrumentach dętych pomaga w prawidłowym (toż to prawdziwa sztuka jest!) wypuszczaniu gazów, dlaczego mogą służyć jako skuteczne narzędzie przy odprawianiu egzorcyzmów i jaki wpływ mają one na… piegi. Na zakończenie autor raczy nas charakterystyką pierdnięć reprezentantów poszczególnych zawodów czy grup społecznych a jako epilog poznajemy dzieje księcia Pierdziwiatra i królowej Amazonek czyli opowieść o tym skąd we Francji wzięli się szambiarze.

A wszystko to w doskonałym tłumaczeniu Krzysztofa Rutkowskiego, dzięki któremu podczas czytania tej króciutkiej książeczki uśmiech ani razu nie schodzi z twarzy.

Ukochany, przekartkowawszy pobieżnie książeczkę, mruknął tylko z chytrym uśmieszkiem: ‘ciężka bania’  ;-)  Może i tak ale jest to pozycja w całej swej absurdalności tak urocza, że chętnie będę do niej wracać, bo po ciężkim i wkurzającym dniu niezwykle skutecznie przywraca dystans do siebie i do świata.

Moja ocena: 4,5/6

1 Pierre Thomas Nicolaus Hurtaut, Sztuka pierdzenia , wyd. słowo/obraz terytoria, Gdańsk 2010r, str.7

2 ibidem, str.14


Książkę przeczytałam w ramach wyzwań czytelniczych:

* z własnego księgozbioru

* Gra w kolory - biały

* Wyzwanie 2015 - ma więcej niż 100 lat

 

20:09, weisse_taube , przeczytane
Link Komentarze (1) »
 
1 , 2 , 3 , 4 , 5 ... 27
| < Marzec 2015 > |
Pn Wt Śr Cz Pt So N
            1
2 3 4 5 6 7 8
9 10 11 12 13 14 15
16 17 18 19 20 21 22
23 24 25 26 27 28 29
30 31          
Zakładki:
Tagi
Related Posts Plugin for WordPress, Blogger...